Przejdź na stronę główną Interia.pl

Mój ludzik się odmeldował

Sto kobiet dziennie traci w Polsce ciążę. Dlaczego więc jest to problem, który się bagatelizuje? Dlaczego na oddziałach położniczych niedoszłe matki traktowane są bez szacunku? Rzadko daje im się prawo do żałoby, a potrzeba pogrzebu jest dziwactwem, fanaberią. Opowiadają Barbara, Żaneta i Marta- dziś szczęśliwe mamy.

Choć ich szczęście ma gorzko-słodki smak. Rok 2006. Barbara ma plan na życie: Aplikacja sądowa, doktorat, dziecko, potem kariera w wymiarze sprawiedliwości. Zachodzi w ciążę bez przeszkód. Dzwoni do rodziny: "Będziesz chrzestną", "Będziecie dziadkami" "Będziesz ciocią!". "Gratulacje", słyszy dziesiątki razy. Dziewięć tygodni później mało kto ma odwagę powiedzieć: "Kondolencje". "Zapomnij o tym poronieniu", radzą życzliwi.

Reklama

To były początki ich wspólnego życia: 26-letnia Żaneta, doradca personalny, i 25-letni Marek, strateg w firmie telekomunikacyjnej, zawsze myśleli o dwójce dzieci. O kolejne ciąże starali się długo. O wszystkich trzech Żaneta mówi "straty". Strata I - rok 2000. Strata II - rok 2003. Trzecia nieudana próba: rok później. - Poszukaliśmy innej drogi do szczęścia - opowiada.

"Ciąża prawidłowa", słyszy Marta. Ma 22 lata i jest w piątym tygodniu. Starali się ze starszym o 25 lat mężem przez rok. - To na pewno chłopak. Konstanty, po moim ukochanym Gałczyńskim - głaszcze się po jeszcze płaskim brzuchu. Ma nadzieję, że uda się podejrzeć płeć podczas następnego USG. Nie może doczekać się słów: "gratulacje, to chłopak". Zamiast tego słyszy: "Serce dziecka nie bije".

2004 rok. Monika prosi, żeby to mąż sprawdził wynik testu ciążowego. "Znowu zostaniemy rodzicami!", cieszy się Andrzej. "Przecież nie palę, nie piję, dbam o siebie - mówi kilka tygodni później Monika, gdy słyszy: - Płód przestał się rozwijać w ósmym tygodniu. - Czy jest na to lekarstwo? - panikuje. - Wypiszę skierowanie na zabieg". Tego roku Monika słyszy to zdanie jeszcze raz.

Barbara - na forum poronienie.pl podpisuje się: Mama x 5. Straciła dziecko w pierwszym trymestrze. Dziś szczęśliwa mama dwóch chłopaków i dwójki dzieci z adopcji serca.

Nad cmentarzem w Lublinie unoszą się różowe i niebieskie baloniki. Na niektórych słowa: "Kocham cię". Na innych: "Kiedyś cię przytulę". Basia, organizatorka happeningu, liczy: przyszło ze 200 osób. Już nie stoi sama nad grobem synka, którego poroniła. Znalazła więcej rodziców "aniołków", dzieci utraconych na którymkolwiek etapie życia.

- Żałoba nie musi być depresyjna, przegrana - mówi. - Po to puszczamy w niebo baloniki w Dniu Dziecka Utraconego. Nie wszyscy rozumieją, że "nieobecne" maleństwa kocham tak samo jak te, które są z nami tu i teraz - mówi, karmiąc piersią pięciomiesięcznego Lubomira.

Czerwiec 2006. Basia jest w ciąży. Często zagląda na forum dla przyszłych mam. Wciąż natyka się na posty, których autorką jest: Mama Dwóch Aniołków. - Ten podpis nie dawał mi spokoju - mówi dziś. - Wsłuchiwałam się w ciało. Za bardzo. Obsesyjnie sprawdzałam w toalecie, czy nie plamię. Aż tak się stało.

Szpital w Lublinie. Na ścianach dyplomy. "Tu na pewno uratują nasze dziecko", Basia się rozkleja. Nagle krzywi się z bólu, łapie się za brzuch. To dziesiąty tydzień, nocą zaczęło się plamienie, pokazuje lekarzowi podpaskę. Ginekolog podczas USG głośniej nastawia aparaturę. "Nie słyszę akcji serca dziecka. Ale w dziesiątym tygodniu to się zdarza. Powtórzymy badanie". Koniec wyjaśnień.

"Musimy jechać do innego szpitala. Ten lekarz na pewno się myli" - powtarza Basia. Mąż uspokaja: "To najlepszy oddział położniczy w województwie". Odprowadza żonę do pachnącej lizolem sali. Obok kobiety w zaawansowanej ciąży. Baśka nakrywa poduszką głowę, żeby nie słuchać dźwięku KTG i bicia serc ich dzieci. "Jak coś się zacznie dziać dzwonić - mówi sucho położna - i nic nie pić". Umiera z pragnienia, ale myśli: to dla dobra dziecka...

Basia: - Nikt mi nie powiedział, że nie wolno pić przed narkozą. Nikt nie wspomniał o zabiegu. Leżałam z otwartymi oczami, miałam wrażenie, że ktoś przywalił mnie kamieniami. Próbowałam oddychać głęboko, jakbym chciała wysłać dodatkową energię dziecku. Rano wypatrywałam lekarza. Gdy mijał mój pokój, przyspieszał kroku. "Doktor przyjdzie do mnie? - pytałam położne. - Doktor niepotrzebny".

Wreszcie obchód. Lekarz ubrany w dres wpada na moment, dotyka brzucha pacjentki. "No, jeszcze pani nie poroniła? Co się tak przytkało? - Widząc przerażenie, dodaje: - Nikt pani nie powiedział, że ciąża obumarła?". Świat się zawalił. "Wszystko stracone?!", wyłam w poduszkę. Cisza, inne pacjentki udawały, że śpią.

"Trzeba się TEGO pozbyć", pielęgniarka zabiera Basię na zabieg łyżeczkowania. Wybudzenie z narkozy. - Potworny ból i nadzieja: to był zły sen - wspomina Basia. - Trwał jednak dalej, kiedy pielęgniarka wręczyła mi ulotkę: "Masz prawo do pochówku szczątków Twojego dziecka". "Ty decyduj", prosiłam męża. Nie byłam w stanie wstać, ubrać się. Wiem od Wojtka, że nasze dziecko zanurzone w słoiczku z formaliną miało dwa centymetry, główkę, zaczątki rączek... Nie odważyłam się spojrzeć.

Powrót do domu. Wszystko przypomina. Bohaterka w "Na Wspólnej" jest w ciąży. Ta w reklamie kremu Nivea też. Nieświadoma niczego sąsiadka proponuje: "Oddam ci nasz bujak i laktator". Basia czuje się jak zadżumiona. Znajomi i przyjaciele dzwonią rzadko. - "Jak się masz? - Zastanawiamy się, kiedy będziemy mogli pochować Karolka" - mówi otwarcie Baśka. W ich marzeniach dziecko było chłopcem. Po drugiej stronie cisza. Albo niezręczne: "Mam ważny telefon, oddzwonię".

- Ja, która dotąd słuchała innych, chciałam teraz się wygadać - mówi smutno. - Dopóki byłam w szpitalu, bliscy wspierali: "Modlimy się za was", pisali w sms -ach. Rodzice niezręcznie pocieszali: "Dobrze, że tobie nic nie jest. Jeszcze będziesz miała pięciu zdrowych chłopaków". Po dwóch tygodniach, gdy Basia nadal płacze, słyszy ostrzejsze: "Ogarnij się. To nie było jeszcze dziecko...". - Ludzie nie radzą sobie z taką śmiercią - mówi.

- Kobieta, która traci dziecko po urodzeniu, ma prawo do żałoby - buntuje się Baśka. Ale jeśli poroni, jej ból jest bagatelizowany. Tylko Wojtek dzwonił z pracy z czułym: "Płaczesz sobie? - Właśnie zaczynam - chlipałam w słuchawkę. - To płacz, płacz" - nie rozłączał się.

Trumna w reklamówce

Telefon do prosektorium. - "Po co się fatygować, przecież to sama woda w słoiku?!", słyszy Basia, gdy domaga się wydania ciała dziecka. Nie ustępuje, powołuje się na ustawę: "Mogę zabrać ciało na 72 godziny do domu!". W empiku kupuje owalne pudełko. Wykleja je białymi piórkami, rysuje krzyż. Nie daje sobie wcisnąć zwykłej trumienki , "żeby wyglądało na normalne rozmiary", jak tłumaczy pracownik domu pogrzebowego.

Jedzie do prosektorium. - "Darek, Darek, przyszła pani po 'te resztki!' " Laborant przynosi białą kopertę. Basia wyczuwa kształt słoiczka. Wraca na piechotę z trumienką w reklamówce. - W domu się uspokoiłam. Mąż zapalił świeczki i usiedliśmy w salonie we trójkę. Nie chciałam spać, liczyła się każda chwila z synkiem. Następnego dnia pochowaliśmy Karolka. Na początku Basia jest na cmentarzu codziennie. Rozmawia z synem w myślach. "Chcę zasłużyć na niebo i cię przytulić", szepce nad grobem z przyczepionymi aniołkami.

- To zabrzmi jak melodramat, ale ja w 17. alei cmentarza przewartościowywałam sobie świat - opowiada. - Poczułam znużenie paragrafami, ustawami, które zmieniają się co pół roku - tłumaczy. "Chrzanić kodeksy", pomyślałam i nigdy nie poszłam na końcowy egzamin po aplikacji sędziowskiej. Mąż zrozumiał i zaakceptował, że ponad wszystko chciałam być mamą. "Może niepotrzebnie wypiłam wtedy kawę. Mogłam nie pływać kajakiem. Po co to malowanie w łazience?", wyrzuty sumienia i przekonanie, że poroniłam dziecko z powodu nieostrożności, męczyły mnie miesiącami. W końcu ogarnęłam się: dowiem się, dlaczego cię straciłam. Z zasiłku pogrzebowego zapłaciłam za badania w prywatnej klinice.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje