Przejdź na stronę główną Interia.pl

Mamo, tato, co robić?

Dorośli, samodzielni, odpowiedzialni. A jednak od czasu do czasu potrzebują rady, a bywa, że i wsparcia. W ich przypadku telefon do przyjaciela to najczęściej telefon do rodziców.

Czwartek, godzina 22, kończy się dziesiąty odcinek emitowanego w Polsacie serialu "Szpilki na Giewoncie". Magdalena Schejbal gra zwariowaną 29-latkę, która przenosi się z Warszawy do Zakopanego. Film gromadzi przed telewizorami prawie trzy miliony widzów. Gdy pojawiają się napisy końcowe, Magda zerka na leżący na stole telefon. Ale komórka milczy.

Reklama

Po 20 minutach aktorka nie wytrzymuje i wybiera numer mamy Grażyny Krukówny, też aktorki: "Coś się stało? Przecież zawsze dzwonisz po emisji", dopytuje. "Myślałam, że jest już za późno". "Coś ty, nigdy nie jest za późno na telefon od ciebie", żartuje Magda. Rozmawiają kilkanaście minut, najpierw o serialu, potem o kłopotach z poszukiwaniem niani dla niespełna rocznego synka Magdy, Ignasia. Magda często powtarza: "Mama to moja najbliższa przyjaciółka. Zawsze jako pierwsza dowiadywała się o ważnych wydarzeniach w moim życiu". - Potrafi w ciągu minuty wyciszyć moje rozbuchane emocje. Nigdy nie narzuca się ze swoimi radami, bardziej słucha i wspiera. Dopiero gdy pytam: "Co mam zrobić?", próbuje coś podpowiedzieć - opowiada.

Przyjechałam z odsieczą

Magda Schejbal pamięta trudne początki w Warszawie. Rok 2004, na casting do "Kryminalnych" przyjeżdża z rodzinnego Wrocławia. Producenci nie są do niej przekonani, ale reżyser Piotr Wereśniak czuje, że idealnie pasuje do roli policjantki Basi. Latem zaczynają się zdjęcia. Magda mieszka w wynajętej kawalerce, z dala od znajomych, czuje się strasznie samotna. Do tego nie potrafi porozumieć się z drugim reżyserem.

- Chyba we mnie nie wierzył - wspomina. - Traktował jak nowicjuszkę, rozstawiał po kątach. Czułam się mobbingowana. Codziennie dzwoniła do mamy z płaczem. "Nie chcę, żeby ktoś mnie tak traktował". "Nie kłóć się i nie denerwuj, załatw to sposobem. Jeśli nie zadziała, porozmawiaj z kimś wyżej", radziła mama. - W kilka minut potrafiła opanować moją histerię. Robiłam, jak radziła, co zresztą przyniosło pozytywny skutek - przyznaje Magda Schejbal. - Ponieważ oboje rodzice są aktorami, w pewien sposób było mi łatwiej, bo gdy mówiłam o problemach w pracy, nie była to dla nich czarna magia. Mogli mi udzielać konkretnych rad.

Podobnie myśli Zosia Zborowska, córka aktorów Marii Winiarskiej i Wiktora Zborowskiego. Właśnie pracuje nad swoim debiutanckim audiobookiem. Po nagraniu pierwszego rozdziału płytę daje do przesłuchania tacie. Ten ocenia: "Tu za cicho, tu za głośno, a tu zła dykcja". "Tato, proszę, pojedź ze mną do studia, posłuchasz, jak mi idzie na żywo", prosi Zosia. - Chociaż jest bardzo zajęty, poświęcił mi swój wolny dzień. Dał wiele cennych wskazówek.

Sobotni poranek. Zosia przewraca się z boku na bok na łóżku w warszawskim mieszkaniu przy placu Zbawiciela. W końcu sięga po słuchawkę. Poranny telefon do mamy to już rytuał. "Przyjedź do nas, do Konstancina", prosi mama, "Pójdziemy na spacer, zjemy, pogadamy. Taka piękna pogoda". "Nie, dziś mam ochotę posiedzieć sama", odpowiada Zosia.

Niespełna dwie godziny później dzwonek do drzwi. Maria Winiarska wpada do mieszkania obładowana siatkami: kawa, jajka, jogurty, sery, tuńczyk. Rozpakowuje zakupy i uśmiecha się do córki: "Po głosie wyczułam, że nie masz najlepszego humoru, przyjechałam z odsieczą". Teraz szczególnie Zosia Zborowska może liczyć na wsparcie rodziców. W czerwcu ukończyła akademię teatralną. Cztery lata intensywnego życia, 70-80 godzin zajęć tygodniowo, i nagle cisza.

- Jestem wykształconą aktorką, pełną pasji, pomysłów, i nie ma dla mnie pracy. Rynek jest bezlitosny - mówi Zosia Zborowska. - Jest tyle zdolnych, ślicznych, fajnych dziewczyn. Nie wystarczy być dobrym, posiadać nazwisko, trzeba mieć jeszcze mnóstwo szczęścia. Rodzice znają ten świat od podszewki, ale nigdy nie powiedzieli: "Widzisz, mówiliśmy, że to ciężki kawałek chleba", tylko: "Spokojnie, zagrałaś w serialu, masz za sobą debiut teatralny, występujesz w przedstawieniu u Jandy". Zosia narzeka: "Ale to tylko kilka dni w miesiącu", a oni radzą: "Wypełniaj dzień, jak możesz, zapisz się na języki, na siłownię, śpiew, my ci pomożemy. Jeszcze nadejdzie twój czas". Zosia zapisuje się na portugalski, latino dance, basen.

Rodzice Tytusa Hołdysa, Zbigniew i Bogumiła Hołdysowie, także wspierali syna w wejściu w zawodowy świat. Tytus po skończeniu liceum, razem z trzema kumplami, stworzył grupę teatralną Niewinni Chłopcy. - Mieliśmy mnóstwo pomysłów, ale żadnego miejsca, by grać. W teatrach państwowych nas nie chcieli, w prywatnych za wynajęcie sali żądali kilku tysięcy. Nie było nas na to stać - opowiada Tytus. Gdy jego marzenia prysły, ojciec tłumaczył: "Synu, czasem coś nie wychodzi i nieraz będziesz to przerabiał". - Wiedział, co mówi, przecież sam robił w swoim życiu tak wiele różnych rzeczy. Nie mam powodu, aby mu nie ufać, ma ogromną wiedzę i niesamowity bagaż doświadczeń.

Mieszkanie przez telefon

Rok 2005, Maja Włoszczowska, reprezentantka kolarstwa górskiego, wicemistrzyni olimpijska z Pekinu, mistrzyni świata, szuka we Wrocławiu mieszkania. Ogląda kilka, ale żadne jej nie pasuje. Potem wyjeżdża z przyjaciółką na tydzień na Teneryfę. Pełnomocnictwa zostawia swojej mamie. Dwa dni później Maja odbiera od niej telefon: "Słuchaj, jest supermieszkanie, kupować?". "Ale powiedz coś więcej", prosi zaskoczona Maja. "Piękny stół w kuchni, fantastyczne wnętrze. Jest jeszcze czterech chętnych, ale masz pierwszeństwo". "To kupuj", decyduje córka.

Dziś Maja Włoszczowska wspomina: - Tak oto przez telefon zostałam właścicielką swojego pierwszego mieszkania. Uznałam, że skoro mama, bez cienia wątpliwości, mi je poleca, to nie mam się co zastanawiać. Gdybym kupowała je sama, przyczepiłabym się do wielu rzeczy - że widok z okna nie taki, że parter. W odróżnieniu od niej nie potrafię szybko podejmować decyzji. Ona postępuje według zasady: byle szybko, bo szkoda życia i czasu na analizy. Jej filozofia sprawdza się też w biznesie. Mama Mai, Ewa Włoszczowska, jest właścicielką firmy Quest produkującej kobiece stroje kolarskie.

Po wygranych zawodach córka często powtarza: "Wszystko zawdzięczam mamie". - Choć nigdy nie chciała, żebym jeździła zawodowo, nauczyła mnie, jak ważny jest ruch. Zafundowała mi sportowe dzieciństwo. Sama w młodości uprawiała chyba wszystkie dyscypliny - uśmiecha się Maja. - Każdą zimę spędzaliśmy na nartach, latem podróżowaliśmy rowerami po Europie. Nigdy nie odpuszczała, gdy byłam zmęczona, ciągnęła mnie na specjalnej lince. Całą rodziną, razem z moim starszym bratem i ojczymem, startowaliśmy nawet w zawodach amatorskich. Na jednych z nich (Family Cup - amatorskie mistrzostwa Polski) zauważył mnie trener Zdzisław Szmit i zaproponował, żebym zaczęła jeździć w jego ekipie.

Anna Stańko, córka Tomasza i Joanny Stańków, muzyka jazzowego i malarki, akurat wyszła od lekarza. Wsiadła do samochodu i ruszyła. Nagle prosto na nią wjechało drugie auto. Rozległ się dźwięk zgniatanej blachy. "O nie. Jeszcze tego mi trzeba", pomyślała. Tysiąc myśli na sekundę. Dzwonić na policję czy spisywać umowę? I odruch: telefon do taty. "Co zrobić? Ratuj". Chwilę później do mamy: "Miałam wypadek, mam już tego dość. Dlaczego ja?".

- Jestem samodzielna i niezależna - mówi Anna Stańko. - Ale ostatni rok był dla mnie trudny. Dowiedziałam się, że cierpię na dyskopatię, do tego doszły kłopoty osobiste. W takiej sytuacji u kogo człowiek szuka pomocy? U rodziców. To oni byli autorytetami w kwestii, czy poddać się operacji. Doradzili najlepszych lekarzy. A prywatnie? Mama to wzór harmonii i spokoju. Bierze życie takim, jakie jest. Zawsze mi zarzuca, że jestem w gorącej wodzie kąpana, chcę wszystko natychmiast. Tata tłumaczy: "Życie to ciągła praca nad sobą". Jest jedyną znaną mi osobą, która potrafiła przedefiniować swój świat. Gdy się załamuję, mówi: "Ty nie dasz rady?! Moja córka?! Moja krew?!". To dodaje mi sił.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje