Małżeństwo niezależne
Jedna z najwybitniejszych polskich aktorek i ceniony reżyser teatralny. Bezkompromisowi w dokonywaniu zawodowych i życiowych wyborów. Od 40 lat tworzą zgodną, szczęśliwą rodzinę.
Jadwiga:
Kiedy byłam na studiach, panowała opinia, że aktorki powinny zrezygnować z rodziny, bo dzieci przeszkadzają w karierze. Słuchałam tych "mądrych" rad, ale rozglądałam się wokół i widziałam wspaniałe aktorzyce, które u schyłku życia zostawały same i pies z kulawą nogą do nich nie zaglądał. Świat przestał się nimi interesować, a one gasły w całkowitym zapomnieniu. Wiedziałam, że takiej drogi nie chcę przejść.
Miałam 20 lat, gdy wychodziłam za mąż, dwa lata później pojawiła się Zosia, po siedmiu latach urodził się Jakub, a przed czterdziechą "zafundowaliśmy" sobie trzecie dziecko - Antka, który teraz studiuje grafikę w ASP. To stadko to nasz największy dorobek. Cenniejszy niż wszystkie nagrody i zaszczyty.
Rodzina nie przeszkadzała mi w wykonywaniu zawodu. Czasami przychodziły momenty, że prosiłam o chwilę ciszy, ale nam nadzieję, że nikogo nie terroryzowałam. Moim zdaniem, jak się chce, to można wszystko pogodzić. Zwłaszcza jeśli dostaje się wsparcie, a ja zawsze mogłam liczyć na pomoc swojej mamy i Piotra.
On wszystko potrafi zrobić, jest typowym majster-klepką, do tego świetnym kucharzem - specjalistą od mięs. A najważniejsze - bardzo dobrym ojcem, chociaż wymagającym. Dzięki niemu dzieci wyszły na ludzi, bo ja byłam częściej pobłażliwa. Gdy grałam w "Innym spojrzeniu" Károlya Makka i jeździłam na zdjęcia do Budapesztu, Kuba miał zaledwie kilka miesięcy, a Piotr studiował reżyserię. Bez wahania przyjęłam tę propozycję. Byłam pewna, że warto.
Jesteśmy razem od ponad czterdziestu lat, więc to naturalne, że zaliczyliśmy wiele górek i dołków. Na początku oczekiwania są niewiarygodnie wysokie. Oboje z Piotrem mamy niezależne natury. Potrzebujemy i dajemy sobie dość dużo wolności i przestrzeni. W tym też tkwi niebezpieczeństwo, żeby nie przekroczyć cienkiej linii i nie popaść w obojętność, ale z drugiej strony taka ciągła niepewność jest stymulująca.
Zawsze dbaliśmy o to, żeby razem z dziećmi wyjeżdżać na wakacje, i dopiero ostatnio udało się nam spędzić urlop tylko we dwoje. Lubimy być ze sobą, chociaż pod wieloma względami się różnimy. Piotr jest ciągle otoczony ludźmi, wciąż poszukuje nowych wyzwań i mierzy się z nimi, do czego ja podchodzę raczej z dystansem. I nie chodzi o to, że ich unikałam. U mnie proces podejmowania decyzji trwa dłużej.
Niechętnie uzewnętrzniam emocje, w sytuacjach konfliktowych raczej się wycofuję i szukam argumentów, które pozwolą osiągnąć kompromis, nie uwłaczając żadnej ze stron. Wspólne życie to praca u podstaw i im szybciej człowiek zda sobie z tego sprawę, tym lepiej. Ale trzeba dojrzeć, żeby dojść do takiego wniosku.
Piotr jest moją pierwszą miłością. Poznaliśmy się, kiedy zdawałam egzaminy wstępne do PWST, on był jednym ze starszych studentów, którzy pomagali w sprawach organizacyjnych. Podobno już wtedy mnie sobie wypatrzył, jednak minęło kilka miesięcy, zanim zaczął się koło mnie kręcić. Miałam powodzenie, ale on był uparty i bardzo przystojny.
Po pierwszym roku wyprowadziłam się z rodzinnego domu, uznałam, że jestem dorosła i przyszła pora, żeby wziąć za siebie odpowiedzialność. Zamieszkaliśmy w wynajętym pokoju na Starym Mieście. Utrzymywaliśmy się, zarabiając w spółdzielniach studenckich - myliśmy okna, sprzątaliśmy, ja dziergałam swetry. Zdarzały się konflikty, rozstania i powroty, pląsy, dąsy, kolejne wybuchy namiętności. Mimo zawirowań dość dobrze się dogadywaliśmy, w podobny sposób myśleliśmy o przyszłości, zawodzie.
Oboje buntowaliśmy się przeciwko tradycyjnemu teatrowi, byliśmy zafascynowani Jerzym Grotowskim, jeździliśmy kilkanaście godzin pociągiem osobowym na jego spektakle do Wrocławia. Kiedy byłam na czwartym roku, wzięliśmy ślub. Mama zdobyła żółtą kremplinę, z której krawcowa uszyła dla mnie sukienkę. Okropną, ale pokornie ją włożyłam, bo nie chciałam sprawić jej przykrości.
Huczne weselisko odbyło się w hotelu wojskowym przy Belwederskiej. Spędziliśmy tam z Piotrem dwie godziny, po czym wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy
do Puław, gdzie razem z grupą zapaleńców założyliśmy Studio Teatralne przy Zakładach Azotowych "Puławy". Był to niezwykły eksperyment, przedsięwzięcie całkowicie niezależne od dotacji państwowych. Udało się wystawić kilka przedstawień: Majakowskiego, Cervantesa, na które przychodziła miejscowa inteligencja, wpadali Grotowski i opozycjoniści jadący z Warszawy na KUL, na przykład Adam Michnik.
Nie zdążyłam tam zagrać, bo zaszłam w ciążę. Spacerowałam z małą Zośką po pięknym parku Czartoryskich. Jednak wkrótce okazało się, że teatr został rozwiązany, a my musimy wracać do Warszawy. Byliśmy na dorobku, bez mieszkania, pieniędzy. Na szczęście miałam za sobą udany debiut w "Trzeba zabić tę miłość" Kuby Morgensterna. Zainteresowanie moją osobą było duże.
Trafiłam do Dramatycznego, do fantastycznego zespołu kierowanego przez Gustawa Holoubka, natomiast Piotr skupił się na reżyserii. Zdarzało się nam razem pracować, co jest trudne i niewdzięczne, bo jak wiadomo, aktorstwo polega na udawaniu, a jak zna się kogoś na wylot, to nie jest to takie proste. Nie wiem, co na ten temat sądzi książę małżonek, ale ja mogę powiedzieć, że współpraca z nim dawała mi wiele satysfakcji. Cenię jego talent i mądrość.
Bardzo przeżyłam, gdy cztery lata temu z dnia na dzień przestał być dyrektorem Dramatycznego. I nie chodzi o utratę funkcji - to normalne, że dyrektorem się bywa - ale o nikczemny sposób, w jaki to zrobiono. Skutki tego wydarzenia były poważne i wciąż trwają. Ja także straciłam miejsce pracy, z którym byłam związana uczuciowo, bo przecież w Dramatycznym spędziłam z przerwami ponad 30 lat.
Ostatnio Piotr wykłada aktorstwo w Bytomiu, w filii krakowskiej PWST, i w Szwecji. Natomiast ja znalazłam przystań w Ateneum. Jestem wdzięczna Izie Cywińskiej, że wyciągnęła do mnie rękę, bo w innym wypadku nie wiem, co bym zrobiła. Mimo różnych rozczarowań nadal lubię swój zawód, wciąż dostarcza mi wiele przyjemności, choć przyznaję, że czekam na propozycje z coraz większą niecierpliwością. Ostatnie moje filmy - "Rysa" Michała Rosy i "Tatarak" Andrzeja Wajdy - zdarzyły się trzy lata temu. Potrafię zająć się sobą, ale jestem już głodna grania.
-------------
Jadwiga Jankowska-Cieślak - wybitna aktorka teatralna i filmowa. Debiutowała w filmie "Trzeba zabić tę miłość" J. Morgensterna. W 1982 roku otrzymała Złotą Palmę w Cannes za "Inne spojrzenie" K. Makka. Dwukrotnie nagrodzona Złotym Lwem za rolę kobiecą na festiwalu w Gdyni: "Sam na sam" A. Kostenki i "Wezwanie" M. Dembińskiego. W 2008 roku otrzymała nagrodę specjalną za rolę w "Rysie" M. Rosy. Przez 30 lat związana z warszawskim Teatrem Dramatycznym.
Artykuł pochodzi z kategorii: Prawdziwe historie
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
Myślami jestem daleko… na plaży Rozgrzana słońcem... więcej
Reklama
Wasze komentarze (77)
-
09.08.2011 (23:47)Z przyjemnością przeczytałam wywiady z państwem Cieślak . Mogę tylko pogratulować wzajemnego zrozumienia i niewątpliwego szczęścia . Oby tak dalej i jak najdłużej.
-
12.07.2011 (19:02)
-
-
12.07.2011 (10:05)~dziwnanigdy nie czułam się "lepsza " zawsze za to szukałam tolerancji dla "inności " szeroko pojętej. I być może znajdę. Tu gdzie jestem obecnie.~wwwwYes. mi tez zawsze wmawiali że jestem dziwna. lubilam sie za to, chociaż czasem draznily mnie te komentarze. ale czułam sie lepsza(częsciowo i czasami ;)), wiedzialam ze jestem lepsza tylko takie srodowisko tego nie rozumialo. wiedzialam i to mi wystarczylo:) bo bylam ponad to i robilam swoje. Teraz wchodzenie w 'dorosle zycie' wszyscy sa tacy sami dostosowalam sie do tego i żałuję.. codziennie szukam 'siebie' bezskutecznie..~dziwnaGosh ! jak ja lubię mądrych ludzi. Mówiąc mądrych nie mam na mysli fakultetów , papierów tylko taką "mądrość życiową " . Zawsze są lubiłam choć urodą nie grzeszy. Jest naturalna i to co robi na scenie przemawia do mnie. Nie lubi blichtru i swiecidełek. Ale jak każdy zmaga się ze swoimi demonami. Ludzie którzy nie mają problemów egzystencjalnych są na pewno szczęsliwsi ale przeslizgują się po życiu. To nie znaczy że to nie jest zycie. Jest. Tylko inne. Największym szczęściem ( fartem ) :) w zyciu jest znaleźć partnera który to zrozumie. I da nam sporo przestrzeni i swobody. Ale to rzadkie w zyciu. Fajny artykuł. Cieszę się że pomimo wmawiania mi przez ludzi że jestem "dziwna " nie jestem w tej dziwności osamotniona :)
tez czasem czulam sie zle. 'innosc rodzi zlosc' . moze bez przesady nie jestem kosmitka ale jednak cos w tym jest..:) ale jak spotykalam madrych ludzi potrafilam sie z nimi dogadac z przyjemnoscia w odroznieniu od ogolu innych z ktorymi przebywalam na codzien niestety. 'madrych ludzi' czyli nie 'innych dziwakow' tylko szanowane osoby ktore wybily sie w lepsze srodowisko i moga byc soba:) Jestem tolerancyjna, staram sie nikogo nie oceniac bo to jaki ktos jest bardzo czesto nie zalezy od niego.. jestem mloda a zrozumialam to juz po swoich doswiadczeniach. dziwię sie ze starsi ludzie ktorzy przezyli wiecej ode mnie moga tak po prostu kogos oceniac i krzywo patrzec..
-
12.07.2011 (06:27)~R.Cz.Ja tez , zblizam sie do 40 i uwazam ze, prawie 40 lat to pasmo kompromjsow izaufania.Gratuluje Pani Jadwidze, wspanialej aktorce, tego osiagniecia, zarowno w zyciu prywatnym jak i zawodowym.Serdecznie pozdrawiam i Zycze dalszych sukcesow.
też uważam że bez zaufania nie mam nic. nie tylko małżeństwa ale przyjażni, koleżeństwa , żadnej relacji. Dlatego trzeba być tak uważnym ha . Nic nie ma na stałe. -
12.07.2011 (05:54)Ja tez , zblizam sie do 40 i uwazam ze, prawie 40 lat to pasmo kompromjsow izaufania.Gratuluje Pani Jadwidze, wspanialej aktorce, tego osiagniecia, zarowno w zyciu prywatnym jak i zawodowym.Serdecznie pozdrawiam i Zycze dalszych sukcesow.













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli