Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kolekcjonerzy kobiecych względów - część II

Tede (rocznik 1976) i Marka Tejchmana (rocznik 1978) łączy jedno: śmiało opisują swoje doświadczenia, nie krępują się. Co innego mężczyźni nieco starsi. Marcin Meller (rocznik 1968) i Piotr Najsztub (rocznik 1962). Choć o ich powodzeniu krążą legendy, nie są zbyt otwarci. Tego nie powiedzą, tamtego nie zdradzą. Bo nie wypada, bo ktoś się domyśli, bo to przecież intymne sprawy.

W gabinecie Marcina Mellera, redaktora naczelnego "Playboya", pełno jest erotycznych pism. Leżą na stole (trudno znaleźć na nim miejsce nawet na szklankę wody), na biurku, porozrzucane na podłodze, na parapetach. Na okładkach piękne dziewczyny, starannie wyretuszowane przez grafików. Meller przesuwa pisma jednym ruchem ręki. - Dużo tego, co? - uśmiecha się. Miły, ciepły, serdeczny, trochę zawstydzony, że znów ma mówić o kobietach. Generalnie jest już zmęczony tym tematem, ciągle dzwonią do niego dziennikarze z radia czy gazet i zadają te same pytania. A on po prostu robi fajny magazyn dla mężczyzn i to go interesuje najbardziej. Na tyle, że w dniu sesji zdjęciowej wykonuje rozpaczliwy telefon i przeprasza: - Nie zdążę, mam w redakcji prawdziwy koszmar, urwanie głowy. Zawsze poważnie podchodził do swoich pasji. Ludzie, którzy znają Mellera sprzed "Playboya" czy prowadzenia "Dzień dobry TVN", jeszcze z czasów studiów czy pracy w "Polityce", pamiętają jego roztargnione spojrzenie i to, że pasjonował się historią, zawsze chodził z książką pod pachą: - Nawet koledzy na studiach śmiali się, że podrywam na intelektualistę. Ale to nie była prowokacja. Do tej pory nie ruszam się z domu bez czegoś do czytania.

Reklama

Piotr Najsztub to też typ "umysłowy". Dziennikarki, które z nim pracowały, wspominają, że zawsze podobał się kobietom, choć może nie był zabójczo przystojny. Ale potrafi ł oczarować rozmową, sprawić, żeby kobieta poczuła się bezpiecznie. - Nigdy nie podrywałem w klubach, na bankietach. Jest rodzaj więzi, i to zupełnie nieseksualny, który można mieć tylko z kobietą. Uwodzę więc chyba mówieniem - zdradza Najsztub. Meller przyznaje, że niejednokrotnie krępowała go zbytnia otwartość kobiet. Uważa, że dużo zmieniła telewizja. - Gdy prowadziłem program "Dzień dobry TVN", dostawałem dużo maili z propozycjami spotkań od dziewczyn - opowiada. Piotr Najsztub wspomina czasy, gdy zaczął robić swój pierwszy program w telewizji. Wówczas jego znajomy aktor powiedział: - Jeśli ten program odniesie sukces, staniesz się sławny i nigdy już nie będziesz wiedział, czy chcą cię znać dlatego, że jesteś interesujący, czy dlatego, że jesteś tym rozpoznawalnym Piotrkiem Najsztubem. Tede żartuje, że kiedyś był nieśmiałym grubaskiem, a teraz jest pewnym siebie grubaskiem. Kariera Tede od 2001 roku, gdy nagrał pierwszy oficjalny album "S.P.O.R.T.", toczy się w zawrotnym tempie. Jest nie tylko raperem, ale też producentem muzycznym i śmieje się, że właśnie od tych magicznych ośmiu lat jego notowania wśród kobiet skoczyły mniej więcej o sto procent. - Kiedyś powodzenie mieli moi kumple, dziś mam je ja - stwierdza.

Oczywiście zawsze ułatwione zadanie mieli artyści, ludzie znani - mówi Jerzy Gruza (rocznik 1932), reżyser teatralny i filmowy, twórca takich hitów jak "Czterdziestolatek" i "Wojna domowa". - Ale nie w tym tkwi sedno. Czasy się zmieniły. Pełno jest pięknych, młodych i zadbanych kobiet. Ileż one mają sposobów, by uwodzić - te wszystkie szminki, tusze do rzęs, pudry, ubrania. Siłą rzeczy wymagania mężczyzny rosną, mniej mu się chce walczyć, jest w czym wybierać. Za czasów PRL możliwości były ograniczone. Jedna szara spódniczka, koszula. Atrakcyjna kobieta była takim ewenementem, że gdy szła warszawskim Nowym Światem, biegł za nią tłum podrywaczy i każdy chciał, by zwróciła na niego uwagę, by nawiązała z nim kontakt. A teraz? Nie ta, to następna.

Gruza opowiada, że dosłownie przed chwilą stał na przystanku, przysłuchując się rozmowie dwojga młodych ludzi. Ona nalegała, żeby pojechali do niego, on się wzbraniał, mówiąc, że chce iść gdzieś z kumplami. - Kiedyś to było nie do pomyślenia - wzrusza ramionami. - To mężczyźnie zależało. Z rozrzewnieniem wspomina kwiaty, które rzucało się kobiecie na scenę (jeśli była aktorką) czy przynosiło do domu. Spacery po ogrodzie botanicznym, później kawa w kawiarni. - Kto teraz chodzi na kawę? - pyta retorycznie. - Zresztą teraz mężczyźni nie są nastawieni na przyjemności, spotkania; biegną do pracy, zastanawiają się, jak zarobić. PRL niósł ze sobą luz, szczególnie wśród artystycznej grupy, która pozwalała sobie na wszystko.

Jeśli chodzi o męskie potrzeby, niewiele zmieniło się od czasów PRL. Bo oni ciągle chcą przede wszystkim zdobywać. Nie o to chodzi, by złapać króliczka, tylko by go gonić. Marcin Meller: - W głębi duszy jestem tradycjonalistą, nigdy nie interesowały mnie dziewczyny, które dość jednoznacznie proponują spotkanie. Moją żonę zdobywałem długo, bo ona na początku była absolutnie przekonana, że jestem beznadziejnym bucem. - Nigdy nie poszedłem do łóżka na pierwszej randce z kobietą, z którą później się związałem - mówi Tede. Dziewczyna z tamtego klubu następnego dnia napisała do niego. Jakoś nie chciało mu się z nią spotkać. Za to przez pół godziny opowiada o kobiecie, z którą łączy go więź w rodzaju: "Krok w przód, krok w tył". - To jest nęcące, gdy jednego dnia się całujemy, a następnego dnia ona mówi tylko "cześć". Otwiera się, mówi o uczuciach, a potem znika. - Moim marzeniem nie jest kobieta, która deklaruje: "Zrobię dla ciebie wszystko" - twierdzi Piotr Najsztub. - Imponują mi i podobają mi się takie, które żyją według filozofi i: "Zrobię dla siebie wszystko".

Jerzy Gruza: - Zawsze uwielbiałem ten moment poznania. Jak w "Annie Kareninie" Lwa Tołstoja. On patrzy na nią, ona na niego, już wiedzą, że "coś się stało". Czasem "to coś" zdarza się przez przypadek. Marka Tejchmana minęła na korytarzu firmy dziewczyna, patrząc mu w oczy. Odebrał to jako oznakę zainteresowania, a potem okazało się, że ona pomyliła go z kumplem. - Na tyle jednak zaintrygowała mnie swoim spojrzeniem, że próbowałem ją później zdobyć. Byliśmy dwa lata razem. Tede przez kilka lat był związany z dziewczyną, którą długo obserwował w klubie. Półtora roku pojawiał się w nim tylko po to, by ją spotkać. Któregoś dnia ona, już bardzo późną nocą, otumaniona muzyką i alkoholem podeszła do niego i go pocałowała. Okazało się, że myślała, że to chłopak, z którym zaczęła się spotykać. - Zadziałała między nami taka chemia - uśmiecha się Tede - że do tej pory to pamiętam.

I ważne jest jeszcze jedno: w obliczu prawdziwego uczucia prawie wszyscy jesteśmy słabi. Zapominamy o tym, co myślimy, że powinniśmy. Prawie każdy "podrywacz" ma za sobą wielkie, zwykle niespełnione uczucie. Bo albo nie udało mu się jej zdobyć, albo nigdy nie była do końca jego, albo go zostawiła. - Jako nastolatek byłem nieszczęśliwie zakochany - wspomina Marcin Meller. - Radziła mi siostra: "Nie dzwoń, przetrzymaj ją, baby są proste w obsłudze", ale nie potrafiłem. Zresztą zawsze byłem raczej spontaniczny i impulsywny, chociaż przyznaję, uratowałem jedną parę. Poradziłem zakochanemu kumplowi, żeby kobiecie, która nie wiedziała, czy wybrać jego, czy innego faceta, powiedział: "Nie jesteś pewna? To w takim razie zadzwoń, jak będziesz wiedziała". Cierpiał, ale ona w końcu się odezwała i do dziś są razem. Tede rzuciła pierwsza dziewczyna. - To ona stworzyła potwora - żartuje. - A pocałowałem ją tylko raz w życiu. Dwa dni przed tym, jak oznajmiła, że na rok wyjeżdża z rodzicami do Abu Zabi. Przez dwanaście miesięcy pisałem do Emiratów Arabskich listy, a potem ona wróciła i rzuciła mnie dla innego. Marek Tejchman pierwszą dziewczynę zdobywał kilka lat. Chodzili razem do liceum, on wystawał pod jej oknem. Może zostaliby parą wcześniej, gdyby nie to, jaki był jej oddany. O tym, że jest zakochany, wiedziała cała szkoła. Ona też. Nie potrafi ł powiedzieć sobie: potrzebna jest taktyka. - Miałem mnóstwo kolegów, którzy zakochiwali się, cierpieli, nie widzieli życia poza tą jedną osobą. Ja nigdy nie robiłem niczego na siłę. Zawsze wychodziłem z założenia, że każdy człowiek niesie ze sobą coś innego, cennego; że każde spotkanie jest w jakiś sposób wzbogacające. Miałem szaleńczy romans już jako dojrzały mężczyzna. To była naprawdę wielka miłość, długo musiałem się z niej leczyć. Dlaczego się skończyło? - zastanawia się Jerzy Gruza. - Bałem się stabilizacji, odpowiedzialności, tego, że zawiodę. Wolałem zrezygnować, niż konfrontować nasze uczucie z rzeczywistością. Byłem więc może bardziej kolekcjonerem…

Katarzyna Troszczyńska

Przeczytaj pierwszą część artykułu

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje