Ja się z tobą wykończę...
Miłość od pierwszego wejrzenia czekała na nich w korytarzu telewizji. Teraz kwitnie w ogrodzie, który wspólnie uprawiają.
Agnieszka
Kiedy poznałam Maćka, byłam zapracowaną trzydziestolatką, dziennikarką telewizyjną spędzającą życie w gmachu na Woronicza w Warszawie. Przychodziłam rano, wychodziłam w nocy. Mój zawód traktowałam z pasją, ambitnie i emocjonalnie. Dla TVP2 robiłam relacje z wydarzeń kulturalnych, byłam też producentką wywiadów, w których gościły takie gwiazdy, jak: Jeremy Irons, John Malkovich, Catherine Deneuve, Morgan Freeman czy Dalajlama XIV. Jak się ma taką pracę, trudno się nie angażować.
Kiedyś szefowa powiedziała mi: „Tylko nie zapomnij wyjść za mąż!”. Innym razem usłyszałam od koleżanek z redakcji: „Ty sobie nigdy faceta nie znajdziesz. Szukasz cech, które wzajemnie się wykluczają. Ktoś taki, kto by je w sobie połączył, nie istnieje”. Dziś wiem, że istnieje, to Maciek.
Jest mieszanką przeciwieństw: nieprzewidywalny, szalony, ekscentryczny, a zarazem opiekuńczy i rodzinny. Nie wstydzi się uczuć, ale umie też okazać stanowczość i niezależność. Artysta, macho i domator w jednej osobie. Nieustannie mnie fascynuje, zaskakuje, podnosi poziom adrenaliny. Pierwszy raz zobaczyłam go jesienią 2002 roku, wkrótce po festiwalu w Opolu, na którym Leszcze dostały nagrodę dziennikarzy.
Ktoś w studiu przeglądał materiały z koncertu monograficznego, jaki zespół nagrał dla naszej stacji. Wszyscy zachwycali się powiewem muzycznej świeżości, a ja wpatrywałam się w monitor, myśląc: „Co za koleś! Jaki zabawny”. Moją uwagę przykuły jego czarne jak węgle oczy i głęboki uwodzicielski głos.
Niedługo potem wpadliśmy na siebie na korytarzu TVP. Uśmiechnęłam się, bo miałam wrażenie, że już się znamy. Następnym razem podszedł i zagadał. Potem ja wysłałam SMS: „Może przyjrzymy się sobie bez pośrednictwa monitora?”. Odpowiedział od razu: „Świetnie, o której dzisiaj kończysz?”. I tak poszliśmy na pierwszą, niezapomnianą randkę.
To była miłość od pierwszego wejrzenia. Nie mogłam jeść ani spać. Kiedy potem dzwonił albo przyjeżdżał, nogi się pode mną uginały z wrażenia. Na szczęście zakochałam się z wzajemnością. Wielką zaletą Maćka jest jego fantastyczne poczucie humoru. Nieporozumienia obraca w żart, do dziś potrafi mnie tak rozśmieszyć, że turlam się po dywanie. Oprócz ujmującego sposobu bycia ma też imponującą wiedzę, sporo czyta, zna dużo anegdot i potrafi barwnie opowiadać.
Jest bardzo utalentowany muzycznie. Śpiewa, w tym także operowo – bo przecież skończył Wydział Wokalno-Aktorski ze specjalnością operową w Akademii Muzycznej w Gdańsku – gra na wielu instrumentach, a gdy bierze do ręki któryś z nich, świat przestaje dla niego istnieć.
Muzyka jest moją rywalką, o nią się czasem kłócimy. Tak jak wtedy, kiedy kupił dwie kolumny wielkości ogromnych lodówek i bez porozumienia ze mną ustawił w centralnym miejscu domu. Brzmią idealnie, ale od tego nagłośnienia puchnie mi czasem głowa. Zamieszkaliśmy razem niedługo po naszym pierwszym spotkaniu. Zaszłam w ciążę, gdy tylko pomyśleliśmy, że fajnie byłoby mieć dziecko, czary jakieś…
Maciek do dziś mi wypomina, że na przedślubnym spotkaniu z księdzem, dopytywałam o… rozwody kościelne. Nie wiem, skąd mi to wtedy przyszło na myśl, sama się z tego śmieję. Gdy nasz synek miał siedem miesięcy, wzięliśmy ślub w Kościele Środowisk Twórczych w Warszawie. Wśród gości była Nina Terentiew, ówczesna szefowa Dwójki, która w żartach nazywała się matką chrzestną naszego związku. Pamiętam, spóźniliśmy się na własne wesele.
W domu zostało dziecko, któremu chyba udzieliły się nasze emocje, bo tego dnia ciągle płakało. Byłam nie tylko panną młodą, ale też zaaferowaną mamą. Dziś jesteśmy już rodzicami dwójki dzieci: Maciuś ma siedem lat, Zosia pięć. Od małego uczestniczą w naszych pasjach, także w dalekich wyprawach – cztery lata temu wyjechaliśmy razem do Tajlandii. Teraz po raz pierwszy wyruszyły bez nas na wakacje. Wieczorami siadamy i oglądamy w internecie zdjęcia z każdego dnia ich pobytu na obozie. Dzięki temu wiemy, co robią, jak się bawią, i łatwiej nam znieść rozłąkę.
Jeśli podróże są metaforą życia, to Maciek i ja doskonale się dobraliśmy, oboje uwielbiamy przygody. Ale w równym stopniu jesteśmy też domatorami. Mamy psy, oba ze schroniska, koty, dom pod lasem z łąką wokół i sporym ogrodem, który sami uprawiamy. To mąż zaraził mnie miłością do ziemi i ekologicznych upraw. Co roku sieje fasolę, bób i uwielbiany przez dzieci zielony groszek. Lubię patrzeć, jak schylony nad grządkami sadzi coś albo pieli, od razu widać, że sprawia mu to dużą radość.
Maciek jest lepszym ogrodnikiem ode mnie, ma więcej cierpliwości. Ja od razu chciałabym widzieć efekt. Nie używamy środków chemicznych, nie chcemy zabijać pszczół i biedronek. Okazuje się, że wiele chorób w ogrodzie można zwalczyć naturalnymi metodami. Maćka od dawna fascynuje buddyzm, zresztą ta filozofia życia obojgu nam jest bliska. Obserwując świat przyrody, można się wiele nauczyć.
Przeczytałam piękną książkę „Ogród w zgodzie z naturą” i zachwyciłam się mądrością ziemi. Odtąd inaczej patrzę na dżdżownice, skorki, złotooki i innych mieszkańców ogrodu. Dawniej denerwowały mnie zastępy mrówek, które z upodobaniem odwiedzały naszą łazienkę, ale zrozumiałam, że one były pierwsze na tej łące, jeszcze zanim postawiliśmy dom. Odkąd dałam im spokój, same się wyniosły.
Po piętnastu latach pracy zrezygnowałam z etatu w TVP. Maćka często nie ma w domu, wyjeżdża z koncertami albo nagrywa audycje dla telewizji czy radia. Z natury jest otwarty, serdeczny, a to zachęca do kontaktów. Przyznaję, że bywam o niego zazdrosna. Wiem, że podoba się kobietom. Potrafią ostentacyjnie go adorować, ignorując fakt, że ma żonę i dzieci. Zdarza się, że mnie to wyprowadza z równowagi. Z drugiej strony rozumiem, że artyście, zwłaszcza gdy występuje na scenie, potrzebna jest miłość fanów. Czasem niepokoję się tylko, żeby „za bardzo nie odleciał”.
Zawsze miałam tendencję do mnożenia obaw i zamartwiania się na wyrost. Maciek mnie dobrze zna i podchodzi do tego z wyrozumiałością. Napisał piosenkę „Ja się z tobą wykończę”. Wydaje mi się, że to osobliwe wyznanie miłości. Takie w jego stylu: pełne przekory, humoru i zaufania do życia.
Artykuł pochodzi z kategorii: Prawdziwe historie
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
Reklama
Wasze komentarze (57)
-
19.03 (18:58)
-
19.03 (14:18)
-
-
28.09.2011 (10:30)
-
19.09.2011 (03:25)uwielbiam Miecznikowskiego i jego piosenki. Swietny glos i z wygladu ze zdjecia daje mu piatke za caloksztalt. Napewno jest fajnym mezem.
-
15.09.2011 (19:22)Miłość szczególna ,świetnie że zawsze kwitnie,nawet na codzień przy pracy w ogrodzie.Nie musi być nastrojowo ważne ,że jest na wesoło.















Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli