Przejdź na stronę główną Interia.pl

Inni niż myślisz - część druga

Spotykamy się w mroźny dzień. Na dworze minus jedenaście stopni, pejzaż skuty lodem. Zupełnie jak w filmie "Dom zły" w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. Tylko że tam pokazana jest zima stulecia 1982 roku w stanie wojennym. Porucznik Mróz (Bartłomiej Topa) prowadzi śledztwo w sprawie podwójnego morderstwa.

Milicjanci piją na umór. Wokoło demoralizacja i upadek. Zło rodzi zło. – Postać grana przeze mnie to bohater tragiczny, uwikłany w trudne czasy, w których przyszło mu żyć – opowiada Topa. Wspomina, że podczas zdjęć było strasznie zimno. Ale nikomu z aktorów nie przyszło do głowy narzekać. Wszyscy grali jak w transie.

Reklama

– Między reżyserem i aktorem musi istnieć pewien rodzaj porozumienia, jakaś nieuchwytna chemia, która sprawia, że myśli spotykają się w pół drogi – przekonuje aktor. Taki rodzaj współpracy połączył go z Wojciechem Smarzowskim – charyzmatycznym twórcą, wizjonerem kina. Najpierw zagrał u niego Majera, lekarza psychiatrę, w „Kuracji” w Teatrze Telewizji. Potem były dwa obsypane nagrodami filmy „Wesele” i „Dom zły”. Swoimi kreacjami Topa zaskoczył publiczność. Wcześniej kojarzony był głównie z postacią Zenka ze „Złotopolskich”. Rolę w popularnym serialu w reżyserii Radosława Piwowarskiego uważa jednak za szczęśliwy przypadek, podobnie jak samo aktorstwo.

Pewnego dnia zadzwoniła do niego Małgorzata Zaliwska, drugi reżyser. Zaproponowała epizod w „Złotopolskich”. Topa nie znał serialu, ale od razu przyjął ofertę. Już następnego dnia dostał propozycję dołączenia na stałe do obsady. Zagrał chłopka-roztropka. Jego bohater był tak wyrazisty, że widzowie do dziś go pamiętają. – Na przestrzeni trzech lat Zenek ulegał różnym przeobrażeniom – wspomina aktor. – Potem już było tak, że scenarzysta pisał tę rolę trochę pode mnie. Swoich kwestii uczyłem się w samochodzie, stojąc w korkach. Sporo dodawałem od siebie, bo reżyser dawał mi swobodę. Dzięki serialowi stał się popularny i rozpoznawalny. Ci, którzy znali go z ekranu, dziwili się czasem, że prywatnie nie jest „wieśniakiem”. Postać tak mocno zapisała się w świadomości widzów, że przez jakiś czas aktorowi trudno było zdobyć inne, ciekawsze role.

– Dla mnie najważniejsze są dobry scenariusz i ekipa, z którą pracuję – przekonuje Topa. – A czy to będzie serial, czy film fabularny to sprawa drugorzędna. W ogóle mam wrażenie, że podział na aktorów filmowych, serialowych i teatralnych jest sztuczny i nie sprawdza się w rzeczywistości. Aktorstwo to w jego wypadku zrządzenie losu.

Skończył technikum weterynaryjne i jak każdy w wieku 18 lat stanął przed dylematem: co dalej? – Od dziecka związany byłem z Kościołem – wspomina. – Brałem czynny udział w działaniach wspólnot parafialnych. To były wczesne lata 80., schyłek komuny, w moim rodzinnym mieście życie kulturalne toczyło się właśnie wokół Kościoła. Poszedłem porozmawiać z zaprzyjaźnionym duchownym. Powiedziałem mu, że nie czuję powołania, by zostać księdzem (tę opcję też brałem pod uwagę). Poradził: „Nie rób nic na siłę. Jeśli nie chcesz zamykać się w klasztornych murach, wybierz zawód, który pozwoli ci być wśród ludzi. A jednocześnie przyniesie zadowolenie i spełnienie”. Byłem wtedy zakochany w dziewczynie, która zdawała do szkoły teatralnej. Poszedłem z nią na egzaminy i… dostałem się.

Skończył szkołę w okresie, gdy wszyscy próbowali zarabiać pieniądze i urządzać się w nowym świecie. On też próbował. Na jakiś czas przystopował z aktorstwem i zaczął pracować jako producent filmów reklamowych w ITI Film Studio. Dobrze mu szło. Później z grupą przyjaciół w nowej firmie produkował filmy fabularne i sztuki dla Teatru Telewizji. Dla Bartka Topy bardzo ważne są spotkania z twórczymi ludźmi. Nazywa je „zderzeniami energii” i z fascynacją obserwuje, co z tych zderzeń wyniknie. Przyznaje, że przez życie prowadzi go ciekawość. Chce wiedzieć, poznać, zrozumieć, doświadczyć.

Także w życiu prywatnym. Często płaci za to wysoką cenę. Życiowe zamęty i turbulencje wiele go nauczyły. Uważa, że nic nie dzieje się niepotrzebnie. Nawet te bolesne wydarzenia pozwalają rozwijać się. – Są sytuacje, gdy czujemy, jakbyśmy szli na dno. A potem okazuje się, że nie utonęliśmy, że to tylko głębokie zanurzenie, spotkanie z samym sobą – tłumaczy.

Choć lubi pływać (skończył kurs pomocnika górskiego ratownika wodnego), nigdy nie zszedł głęboko pod wodę. – Boję się braku powietrza – przyznaje. Mimo to nurkowanie go fascynuje. Może w przyszłości zrobi o tym film? Niedawno założył firmę producencką Room 4 Films. Wraz z amerykańskim wspólnikiem przygotowują kilka nowych projektów dokumentalnych. – Jestem wdzięczny losowi, że niekiedy zdarza mi się być aktorem – wyznaje. – To bardzo istotna część mojego życia. Nie robię dalekosiężnych planów. Najważniejsza jest tu i teraz, łyk powietrza, który nabieram do płuc. Oddech jest najistotniejszy.

Magda Rozmarynowska

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje