Przejdź na stronę główną Interia.pl

Inaczej niż w "Klanie"

Dla Jacka, wrażliwego poety, Barbara jest muzą. Dla niej pisze teksty piosenek. Ona wnosi do związku energię i entuzjazm. Wymarzona kobieta dla romantycznego mężczyzny.

Barbara

Reklama

Ja wybucham częściej, ale nawet gdy się kłócimy, to Jacek pierwszy wyciąga rękę. Kiedy mam problem z cieknącym kranem, proszę o radę złotą rączkę Andrzeja Grabarczyka, mojego serialowego partnera Jerzego z "Klanu". Andrzej mówi: "Powtórz Jackowi, żeby wziął śrubokręt i…", a ja się śmieję, bo wiem, że mój prawdziwy mąż może raczej wiersz o tym napisać. Domowe prace wykonuję więc sama. Czasem mnie to złości, ale przez tyle lat zdążyłam się już przyzwyczaić, że nie jest praktyczny i nosi głowę wysoko w chmurach. Prawie minimalista, na codzienne sprawy trzeba zwracać mu uwagę. Wystarczy dobra książka, gazeta i fortepian. Może właśnie dlatego się w nim zakochałam. Najpierw usłyszałam, jak gra.

Lubiłam w szkole teatralnej schodzić do piwnicy, gdzie stał instrument. Od czasu do czasu siadał przy nim młody pianista. Nie widziałam jego twarzy, tylko wysoką sylwetkę i burzę kręconych włosów. Potem zaczęliśmy się sobie przyglądać na korytarzu, mijając się w drodze na różne zajęcia. Był na wydziale aktorskim dwa lata wyżej ode mnie. Koledzy nazywali go "Bursztyn" i mówiło się, że jest inteligentny i dowcipny. Warszawiak z artystycznej rodziny, ja - trochę zagubiona dziewczyna z Bielska-Białej. Poznaliśmy się bliżej na jakiejś prywatce. Imponowało mi, że jest kulturalny, delikatny, oczytany, ale byłam wtedy zbyt niepewna siebie, może niegotowa na uczucie i pokrywałam to surowością. Kilka tygodni później Jacek zaprosił mnie do modnej wówczas restauracji Krokodyl na Starówce. Długo wahałam się, czy pójść na tę randkę. Właściwie to koleżanka, z którą dzieliłam pokój w akademiku Dziekanka, zdecydowała za mnie: "Pójdź, spotkaj się z nim, co ci szkodzi?". Spóźniłam się wtedy dwie godziny. Liczyłam, że go tam jeszcze zastanę. Był, siedział przy kawie, nie skomentował mojego spóźnienia. Wydawał mi się niezwykle elegancki i pamiętam, że był ubrany w skórzaną kurtkę. W tamtych czasach to było coś. Później okazało się, że była pożyczona od kolegi i w dodatku ze zwykłego skaju, ale ten czekający w kawiarni chłopak zrobił na mnie wrażenie. Od tamtego czasu zaczęliśmy się spotykać. Byłam ambitna i żeby zaimponować Jackowi wiedzą, przygotowywałam się teoretycznie do naszych randek. Sporo czytałam, zastanawiałam się, co mądrego powiedzieć, wertowałam słowniki. Kiedyś pomyliłam znaczenie jakiegoś słowa i bardzo mnie to speszyło. Jacek uśmiechnął się tylko i zażartował na inny temat. Przez te wszystkie lata pod tym względem niewiele się zmienił, nigdy się nie wymądrza, nie wypomina innym błędów i umie słuchać.

Dwa lata byliśmy taką typową w tamtych czasach studencką parą bez kąta dla siebie. Wałęsaliśmy się po ulicach i kawiarniach, chodziliśmy do teatru i kina. Wreszcie Jacek odważył się przedstawić mnie swoim rodzicom. Wypieszczony jedynak mieszkał w przedwojennej kamienicy na Saskiej Kępie. Jego mama, znakomita śpiewaczka operowa, zrobiła na mnie wrażenie osoby surowej, wręcz apodyktycznej. Ojciec, dyrektor Teatru Muzycznego w Szczecinie, rzadko bywał w domu. Gdy przychodziłam na herbatę do mieszkania pełnego antyków, czułam się onieśmielona. Śmieszne były te staroświeckie randki przy otwartych drzwiach z mamą zawsze w pobliżu.

Pobraliśmy się w 1976 roku, Jacek grał już w teatrze w Grudziądzu, ja byłam jeszcze studentką czwartego roku. Wtedy też zadebiutowałam u profesora Aleksandra Bardiniego w "Barbarzyńcach" Gorkiego w Teatrze Powszechnym. Zaraz potem dostałam angaż do Ateneum, gdzie pracowali tak wspaniali artyści, jak Janusz Warmiński czy moja pani profesor Aleksandra Śląska. Byli moimi mistrzami, to od nich nauczyłam się najwięcej. Tutaj zagrałam wiele interesujących ról. Jacek nie miał tyle szczęścia w zawodzie co ja. Być może nie dostał takiej szansy, zabrakło mu siły przebicia. Nigdy jednak nie rywalizował ze mną, nie zazdrościł mi sukcesów. To mąż przekonał mnie do roli Elżbiety Chojnickiej w "Klanie". Gdy dostałam tę propozycję, długo się zastanawiałam, bo praca w telenoweli aktorce teatralnej wydawała się wtedy czymś gorszym. Jacek tłumaczył: "To twój zawód i możesz mieć satysfakcję, jeśli potraktujesz to profesjonalnie, a poza tym nauczysz się czegoś nowego". Miał rację. Serial dostarczył mi wiele emocji, dał sympatię widzów. Jacek w tym czasie reżyserował, prowadził zajęcia teatralne z młodzieżą, pisał. Zawsze marzył o stworzeniu kameralnego kabaretu, takiego na wzór paryskich, które powstają w artystycznych dzielnicach. Oboje lubimy Saską Kępę i dobrze czujemy jej klimat. Kilka lat temu jego pomysł urealnił się dzięki zaprzyjaźnionej właścicielce uroczego Bistro na Francuskiej. Wspólnie z kompozytorem i pianistą Januszem Tylmanem stworzyliśmy kabaret liryczny "Cafe-Teatr". Jacek pisał teksty, Janusz muzykę i we troje wraz z zaproszonymi gośćmi występowaliśmy tam. Niestety, po kilku latach Bistro zmieniło właściciela i utraciło swój charakter, a my musieliśmy szukać nowego lokum. Klimat kabaretu był związany z Saską Kępą i jej mieszkańcami, na innej scenie teksty nie brzmią już tak prawdziwie. Nie tracimy jednak nadziei i wierzymy, że kiedyś znajdziemy odpowiednie miejsce i spróbujemy jeszcze raz.

Na co dzień Jacek jest optymistą, choć ma też gorsze chwile. Są momenty, kiedy wydaje mi się, że ten świat jest dla niego zbyt brutalny. Łagodny z natury, rzadko oddaje razy. Ja częściej wybucham, ale nawet gdy się kłócimy, to on pierwszy wyciąga rękę. Wobec naszej córki też jest niezwykle wyrozumiały. To ja jestem tym surowym rodzicem. Małgosia skończyła scenografię na ASP i pracuje w telewizji i w teatrze. Jest już dorosła i samodzielna, a ja wciąż traktuję ją jak małą dziewczynkę. Urodziła się tuż po stanie wojennym. Gdy miała trzy miesiące, skończył się mój urlop macierzyński i musiałam wrócić do teatru. Płakałam, nie chciałam się z nią rozstawać. Jacek doskonale umiał mnie zastąpić. Jest świetnym ojcem. To mężczyzna, któremu mogę zaufać. Kiedyś byłam o niego zazdrosna. Lubi adorować kobiety, potrafi ich słuchać, a one to doceniają. Denerwowało mnie to dawniej, obrażałam się i nie odzywałam do niego. Nie rozumiał, o co mi chodzi. Przez te wszystkie lata nauczył mnie, że nawet w chwilach złości trzeba próbować się dogadać. Dlatego ciągle rozmawiamy, chociaż inaczej wyrażamy emocje. On wyważony, z dystansem do świata, nazywa rzeczy po imieniu. Często nie ujawnia prawdziwych uczuć. Jeśli ktoś go nie zna, może uznać męża za osobę chłodno patrzącą na rzeczywistość. Ja jestem bardziej żywiołowa, łatwo wydaję sądy. Różnimy się. Ale właśnie dlatego się uzupełniamy.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama