Przejdź na stronę główną Interia.pl

Gdy dorosnę będę z panią!

Ewa poznała przyszłego męża na koloniach, był jej wychowankiem. Magda związała się z licealistą, gdy po latach zostawił ją mąż.

Pola od kilkunastu lat jest z chłopakiem, który w podstawówce chodził do klasy z jej synem. Kiedyś nie wierzyły, że takie rzeczy zdarzają się naprawdę.

Reklama

Dziś mówią: "samo życie ". Czasem wymigują się z imprezy jego znajomych, czasem muszą tłumaczyć: "to nie mój syn, tylko partner". Miłość wyzwań się nie boi.

"Pani Ewo, ja się z panią ożenię. Zaczeka pani na mnie? - Tak, Aruś, zaczekam", śmieje się Ewa. Jest lato 1991 roku, ostatni dzień kolonii. On ma dziesięć lat, ona dwadzieścia. Jest jego wychowawczynią. Dziś są małżeństwem. Mają córeczkę Wiktorię.

Ewa: Mąż z kolonii

- Chudziutki blondyn w dmuchanych pomarańczowych rękawkach skacze do wody. Tak go zapamiętałam - wspomina Ewa. Jest pedagogiem i instruktorką tańca. Dwadzieścia lat temu robiła kurs dla wychowawczyń. Na zaliczenie - kolonie w Piasecznie. Pierwsze. I ostatnie, mówi sobie. - Nigdy więcej takiego stresu: trzydzieścioro dzieci, wrzask, wszyscy naraz skaczą do wody. Ja przerażona liczę dzieci bez przerwy - opowiada. I wciąż ten głosik: "Pani Ewo! Pani Ewo! - Co chcesz, Aruś? - pytała. - Pani jest bardzo fajna!". Ten chłopczyk z Warszawy wciąż się kręcił wokół niej. Zagadywał, uśmiechał się, prawił komplementy.

Poobiednia drzemka. Dzieci na sali, Ewa siedzi na korytarzu. - "Mogę usiąść koło pani? - zza drzwi wyłania się Arek w piżamie. - Idź spać. - Nie mogę. Muszę pani coś powiedzieć. - Tu nie ma gdzie usiąść" - zniechęca Ewa. Arek chwyta pusty kosz na śmieci, odwraca do góry dnem i siada. "Uparty facet z niego będzie", myśli Ewa. Inteligentny. Grał na skrzypcach. - Dużo opowiadał o tacie, że to prawie superman. Zdziwiłam się, gdy przyjechał po Arka, zobaczyłam starszego, skromnego pana - mówi. "Proszę pani, kiedy ten pan sobie pojedzie?" - zapytał Arek Ewę, gdy odwiedził ją narzeczony z Lublina.

Mam tylko jedno marzenie, że jeszcze Panią zobaczę

Jeszcze wtedy nie zwróciła uwagi na zainteresowanie chłopca. Dzień później ogłosiła konkurs plastyczny: Wspomnienie z kolonii. Arek z sarkastycznym uśmiechem wręczył jej rysunek. - To byłam ja pod rękę z ówczesnym narzeczonym! Obok stała smętna postać: Aruś! - opowiada Ewa. Tydzień po powrocie z kolonii w skrzynce znalazła list. "Pani Ewo! Chodzę do czwartej klasy. Mam kolegę, siedzimy w jednej ławce i dużo gramy w piłkę. Mam tylko jedno marzenie, że jeszcze Panią zobaczę. Arek". Ewa odpisuje: "Aruś! Cieszę się, że dobrze się uczysz i że masz kolegę. Pozdrawiam Ewa M.".

Kontakt się urywa. Rok później list: "Przepraszam, że nie pisałem. Spotkała mnie tragedia. Zmarł mi tato". - Wiedziałam, jak bardzo Arek był związany z ojcem. Jechałam akurat do Warszawy na turniej tańca. Postanowiłam go odwiedzić - wspomina. Wręcza Arkowi pluszową małpkę. A jego mama częstuje "panią z kolonii" herbatą i robi pamiątkowe zdjęcie. Jeszcze kilka listów i kontakt się urywa. Ewa zapomina o chłopcu. Nie wie, że fotografię z jej odwiedzin Arek przez lata przechowuje jak relikwię. Ona przeprowadza się z Lublina na Dolny Śląsk.

Listy specjalnego znaczenia

Rok 2000. Ewa nie wie, że Arek za tydzień zdaje maturę i właśnie zanotował w pamiętniku: "Znalazłem dziś adres Ewy M. Może waży 90 kilo, ma męża i czworo dzieci? Ale i tak do niej napiszę. Tamto lato na koloniach było piękne". Pod starym adresem Ewy w Lublinie mieszkają jej rodzice. Przekazują list córce. Ewa odpisuje zdawkowo. Akurat rozstaje się wtedy z narzeczonym.

Znów mija kilka lat. Ona w tym czasie przeżyła kilka nieudanych związków, on miał dziewczynę "na serio", ale z oświadczynami wciąż zwlekał. Któregoś dnia Arek spotyka kolegę z liceum: "Stary, szukałem cię. Załóż konto na Naszej-klasie! Można tam znaleźć każdego!".

Pierwsze hasło, jakie Arek wpisuje w wyszukiwarkę, to: "Ewa M., Lublin". Miasto się nie zgadza. Kilka prób, wreszcie trafia na jej profil. Pisze. Przechodzą na ty. Wymieniają aktualne fotografie. Są rozmowy na Gadu-Gadu. - Nie miało znaczenia, że był młodszy - opowiada Ewa. - To był dojrzały, inteligentny facet.

Spotkanie po latach

Koleżanka z Warszawy zaprasza ją do siebie na kilka dni. Przy okazji Ewa umawia się też z Arkiem pod kolumną Zygmunta. - Męski, przystojny! Przytulił mnie, trzęsły mi się ręce - wyznaje Ewa. Kawiarnia na Freta. Przegadują cztery godziny. On mówi: "Podobasz mi się jeszcze bardziej niż na kolonii". Nie musi mówić. - I tak widziałam, jak na mnie patrzy - opowiada Ewa. On odprowadza ją na spotkanie z koleżanką. - Na ruchomych schodach w centrum handlowym obejrzałam się za nim. Koleżanka strofowała: "Ewka, przestań, bo się jeszcze w nim zakochasz! - Coś ty! Ma narzeczoną", powiedziałam.

Wkrótce Arek rozstaje się z dziewczyną i przyjeżdża do Ewy na turniej tańca. Ona przedstawia go uczniom. "Dzieci, to mój dawny wychowanek". Kilka godzin później Arek pierwszy raz ją całuje. "Mamo, pamiętasz Arusia? Tego z kolonii...". Ewa zaprasza Arka na obiad do rodziców. Mama szepcze w kuchni: "Przecież on się w tobie podkochuje! Nie mieszaj chłopcu w głowie". - Był pełnoletni, a ja poczułam wstyd. Jakbym uwodziła 10-letniego Arusia - wspomina Ewa. I mówi, że nie czuła różnicy wieku.

- Pamiętam tylko dwie takie sytuacje. Imprezę z moimi dawnymi znajomymi ze studiów. Licytowaliśmy się, kto co pamięta ze stanu wojennego. Kto tylko czołgi i brak Teleranka, a kogo rodzice zabrali ze sobą na manifestację. "A ty? Co tak milczysz?", zagadnął ktoś Arka. A on wykrzyknął: "Ludzie, miałem wtedy pół roku!". I jeszcze kiedyś, gdy w taksówce usłyszałam Forever Young Alphaville, spytałam: "Pamiętasz?! Hit dyskotek w ósmej klasie!". A Arek na to: "Taaa… Chyba hit piaskownicy" - śmieje się Ewa.

Jesteś dla mnie najważniejsza

On jeździ za nią na turnieje tańca. Koleżanka Ewy zagaduje: "Miły ten twój Arek, będzie dobrym ojcem. Fajnie dogaduje się z dzieciakami z twojego zespołu". Arek zaprasza Ewę do rodzinnego domu. - Na początku jego mama przyglądała się nam sceptycznie - relacjonuje Ewa. - Uważała chyba, że to chwilowy powrót dawnej, kolonijnej fascynacji syna. Gdy zorientowała się, że łączy nas coś poważnego, zaakceptowała mnie. Niedługo potem Ewa i Arek zaczynają mówić o dziecku. Oboje bardzo chcieliby je mieć. Ale przecież dopiero zaczęli być parą. Ewa nadal mieszka na Dolnym Śląsku, Arek w Warszawie. Widują się na wspólnych wyjazdach, odwiedzają, ale to nie to samo, co "test wspólnego mieszkania".

Gdy po trzech miesiącach ciąży nie ma, Ewa mówi: "Mam swoje lata, może nic z tego nie będzie? Arek uspokaja: - Mam pieniądze. W razie czego zaczniemy się leczyć". - Wtedy poczułam się naprawdę bezpieczna, pewna, że Arek naprawdę chce ze mną spędzić życie - mówi. Trzy miesiące później Ewa dzwoni do Arka: "Musimy pogadać. Będę w Warszawie o 19.15. Odbierz mnie z Centralnego. - Powiedziałam: mam ważną sprawę, chodźmy do kawiarni - wspomina Ewa. - Byłam w ciąży. On miał 27 lat, ja zbliżałam się do czterdziestki. Znów zobaczyłam w nim chłopca, który w dmuchanych rękawkach skacze do jeziora.

Pomyślałam: trudno, najwyżej sama wychowam dziecko. Do kawiarni szli bez słowa, Arek zrobił się blady. Gdy usiedli, Ewa zapytała: "Kim dla ciebie jestem?". Arek łamiącym się głosem wyznał: "Jesteś dla mnie najważniejsza. Nie wyobrażam sobie, żeby ciebie nie było". Wtedy Ewa wyjęła wynik USG. "Co to? - zapytał. - Nasze dziecko - odpowiedziała. - Myślałem, że przyjechałaś mnie rzucić" - powiedział i zaczął płakać. Ślub odbył się w walentynki. W kościele śpiewały dzieci z zespołu Ewy. "No i jednak na mnie zaczekałaś!", wyszeptał Arek, wkładając jej obrączkę na palec. Dziś, po roku, wciąż zdarza mu się, że nad ranem patrzy na żonę i mówi: "Nie mogę uwierzyć, że leżę obok Ewy M.!".

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje