~RamMam mieszane uczucia: te małe osiedla zaczynają przypominać charakterem wsie: wszyscy się znają, wiedzą o sobie czasem aż za dużo; brak anonimowości, ploteczki; przyjaźnie i kłótnie. Ja zbyt bardzo cenię sobie spokój, by wpasować się w ten schemat. Po pracy zaszywam się w domowym zaciszu i nie ciągnie mnie do ludzi, a o szewską pasję przyprawiają sąsiedzi wiecznie gapiący się w okna spacerujący pod blokami z psami - w przerwach między kolejnymi odcinkami seriali żyjący cudzym życiem. Fajnie jest wiedzieć, że można na siebie liczyć nawzajem, ale trzeba umieć zachować zdrowy dystans.
Drodzy sąsiedzi
Chłodne „dzień dobry” w windzie i czasem pukanie w rurę, by ci z góry przyciszyli telewizor. Samotność na wielkim osiedlu? Nie musi tak być. Zamiast rodziny 2+2 można stworzyć większą: z sąsiadami, którzy mieszkają tuż obok, a których nie znamy. Nagle zyskujemy poczucie bezpieczeństwa, możemy dzielić się opieka nad dziećmi. Jesteśmy wśród swoich.
Woreczki na zużyte pieluchy można było dostać przy kasie. Dla niemowlaków były słoiczki podgrzewane w mikrofali. Dla tych w ciąży - sok z buraków, ktoś powiedział Magdzie, że zdrowy. Do Qbka wpadali sąsiedzi z podwórka: Krzysiek, Piotrek, Emil, zapytać Magdę: "Słuchaj, nie masz pojęcia, gdzie poszła moja żona?". W Qbku odbywały się najfajniejsze imprezy. Chór Uniwersytetu Warszawskiego śpiewał kolędy przed świętami, dziewczyny z osiedla, przebrane za czarownice, szalały na babskich wieczorach.
Do Qubka chodzili: Agata i Krzysiek Arciszewscy (i córki: Paulina, Justyna, Weronika, Iza); Jola i Radek Sosnowscy (syn Kuba); Ania Majer-Krukowska (Roch i Sonia); Dorota i Piotr Juszczakowie (Zosia i Franek). Sąsiedzi. Qbek ich zmienił. Już go nie ma. Ale po kolei.
Samotność na osiedlu
Zacznijmy od tego, że Białołęka nie ma wśród warszawiaków dobrej opinii. Typowa sypialnia: w ciągu ostatniej dekady wprowadziło się tu kilkadziesiąt tysięcy osób, głównie małżeństw z dziećmi. To najmłodsza stołeczna gmina, co piąty mieszkaniec nie skończył 14 lat, jedynie co dwudziesty jest na emeryturze! Co rano z tutejszych osiedli na drugą stronę Wisły, do centrum, do biur i urzędów, ciągnie sznur samochodów. W korkach trzeba spędzić nawet dwie godziny.
Teatry, kina, restauracje - wszystko daleko, za rzeką. Wieczorami mieszkańcy Białołęki siedzą w domach, bo na puste, czasami nieoświetlone ulice i drogi gruntowe, strach wyjść. No i po co? Do kogo?
Jola i Radek Sosnowscy sprowadzili się na Białołękę, na osiedle Płudy Village (wysokie miejsce w nieformalnym rankingu dziwnych nazw warszawskich osiedli) w 1999 roku. - Byliśmy jeszcze na studiach. Trafiliśmy na totalną pustynię, bez infrastruktury, wszędzie ciemno. Kiedy urodziłam syna, ciągałam wózek po wertepach, grzęzłam w błocie. Potem okazało się, że oprócz mnie są tu jeszcze dwie inne mamy i odtąd już razem grzęzłyśmy. Zawsze to milej. Więcej znajomych nie miałam - opowiada Jola.
Juszczakowie - on warszawiak od pokoleń, ona ze Słupska - zaraz po ślubie wynajmowali dwa pokoje na Bielanach, dokładnie po drugiej stronie Wisły. W 2002 roku zaczęli się rozglądać za czymś własnym. Przeczytali ogłoszenie: "Mieszkanie z kominkiem sprzedam". Zdziwili się: gdzie w Warszawie można mieć kominek? Tak trafili na Płudy Village.
Ciężarówka, którą Magda Kozak z rodzicami przewoziła swoje rzeczy w czasie przeprowadzki, zajechała na osiedle równo rok później. Po dwóch latach swoje M kupili tu Arciszewscy. Mieli już dosyć i wynajmowania, i centrum Warszawy. Podobnie jak Ania Majer-Krukowska. W 2007 roku była w ciąży z synem. Mieszkali wtedy z mężem w kawalerce w śródmieściu, tam gdzie filmowa Magda M.
- Nawet z psem nie było gdzie wyjść, nie ma skrawka trawnika, a co dopiero mówić o małym dziecku. Stwierdziliśmy, że nie chcemy się tak kisić. Kiedy urodziłam Rocha, od razu ze szpitala przyjechałam na Białołękę. Z początku byłam zachwycona. Ale mąż jest sportowcem, trenerem kadry Polski, często wyjeżdża. I okazało się, że co z tego, że jest las, są łąki, jeśli nie ma nawet z kim porozmawiać. Nikogo nie znałam, z małym dzieckiem, czułam się samotna... Nie miałam pojęcia, jak to zmienić - opowiada Ania.
Poznajmy się
Pierwszą osobą, która wpadła na pomysł zintegrowania sąsiadów, była mama Magdy Kozak. Magda w tym czasie pracowała w Szkocji. Opowiadała matce: Szkoci w ogóle nie siedzą w domu, codziennie po pracy chodzą do pubów. Każdy ma kilka do wyboru w najbliższym sąsiedztwie. Ludzie się znają, pożyczają sobie produkty, podwożą nawzajem dzieci do szkoły, jest zawsze z kim pogadać, do kogo zwrócić się z prośbą o pomoc...
Mama powiedziała: "Kochana, zrób coś takiego tutaj! Na naszym osiedlu jest przecież puste miejsce po sklepie spożywczym, wracaj do Polski, zobaczysz, będzie super!". I Magda wróciła razem z Renatą, przyjaciółką i wspólniczką. Był rok 2008. Wynajęły pomieszczenie, zaczęły urządzać je powolutku za pieniądze przywiezione z zagranicy i pożyczone od rodzin.
- Pierwszą znajomość zawarłam już w trakcie remontu - opowiada Magda. - Malowałam ściany, zapomniałam zamknąć drzwi na klucz. Było koło północy, nagle wpada jakaś kobieta, mówi: "Irina jestem". I zaczyna gadać. Ja myślę: "Matko, kto to jest?!". A ona po prostu była tak spragniona kontaktu z ludźmi, że jak mnie zobaczyła, nie mogła się powstrzymać. Czuła się na tym osiedlu totalnie odcięta od świata. Jak wszyscy zresztą.
Qbek, bo tak nazwały swój bar, zaczął przyciągać ludzi. Przychodzili codziennie. - Jak masz dwoje, troje dzieci, pracę, różne sprawy, to nie jest wcale tak prosto zaprosić sąsiadów do swojego mieszkania. Trzeba przecież wcześniej posprzątać, coś ugotować, uprasować koszulę, włożyć szpilki... Wizyta, rewizyta - to krępujące. A do Qbka można było wpaść o każdej porze i wyjść, kiedy się miało ochotę - opowiada Dorota Juszczak.
Dziewczyny miały fantastyczne pomysły na imprezy integracyjne dla sąsiadów. Na początek - babskie wieczory. Oklejały witryny w Qbku gazetami, wywieszały kartkę: "Tylko za zaproszeniami". I mogły poszaleć. - One ciągle o tych dzieciach, chciałam jakoś je rozerwać, odciągnąć od tematu kupek, papek, alergii... Zostawiały więc dzieciaki pod opieką mężów. Niektórzy z początku byli zazdrośni: co tam się dzieje w tym Qbku? Na przykład Piotrek, mąż Dorotki, krążył z wózkiem dookoła knajpy i próbował zaglądać przez szpary - śmieje się Magda.
Artykuł pochodzi z kategorii: Prawdziwe historie
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
Reklama
Wasze komentarze (43)
-
03.02 (01:30)W 100% się zgadzam i podobne doświadczenia do przedmówców dały mi pewny pogląd na sprawę. Uprzejmość-tak, miłe słowo-tak, uśmiech- owszem, mimo, że sama wychowałam się na wsi i pamiętam jak dziś słowa znajomej która mieszkała w tamtym czasie na "Zachodzie" , "tak Wam dobrze możecie wpadać do siebie bez uprzedzenia, poprostu wejść, napić się herbaty i pójść dalej" było to miłe nie powiem, lubiłam to będąc dzieckiem, być może dlatego, że ludzie nas otaczający nie byli "przypadkowi" byliśmy niemalże rodziną, większość była spokrewniona. Jak większość młodzieży wiejskiej wyjechałam na studia i w pierwszej chwili przytłoczyła mnie wielkomiejska anonimowość z czasem jednak zaczęłam doceniać jej walory... szczególnie po fakcie, gdy ją utraciłam zapraszając swoich sąsiadów na "parapetówkę" w swoim pierwszym mieszkaniu...Warto mieć przyjazne stosunki z sąsiadami, jednocześnie zachowując zdrowy dystans inaczej wejdą Ci na głowę a LIDER powie jak masz spędzać czas wolny..
~RamMam mieszane uczucia: te małe osiedla zaczynają przypominać charakterem wsie: wszyscy się znają, wiedzą o sobie czasem aż za dużo; brak anonimowości, ploteczki; przyjaźnie i kłótnie. Ja zbyt bardzo cenię sobie spokój, by wpasować się w ten schemat. Po pracy zaszywam się w domowym zaciszu i nie ciągnie mnie do ludzi, a o szewską pasję przyprawiają sąsiedzi wiecznie gapiący się w okna spacerujący pod blokami z psami - w przerwach między kolejnymi odcinkami seriali żyjący cudzym życiem. Fajnie jest wiedzieć, że można na siebie liczyć nawzajem, ale trzeba umieć zachować zdrowy dystans. -
02.02 (14:02)Kupiłam mieszkanie na tym osiedlu 6 lat temu. Nie będę się rozpisywała jak jest fajnie, super sąsiedzi, daleko od zgiełku i hałasu...Mając małe dzieci, pracę, obowiązki trzeba tak rozplanować swój czas, żeby starczyło go na wszystko, także na życie towarzyskie i przyjemności. Mam dużo znajomych "nieosiedlowych", z którymi się spotykam w "centrum", chodzę do kina, na imprezy, nie zamknęłam się na osiedlu jak w jakimś getcie. Ale nic i nikt nie zastąpi mi ludzi, których tutaj mam, komfort, że mogę na nich liczyć, pożyczyć przysłowiowy cukier. .. Umawianie się z sąsiadkami na wieczorne bieganie po lesie, czy babskie wieczory to naprawdę super sprawa. Znajomi przyjeżdżali do mnie i pędziliśmy do Qbka na naleśniki i pyszną zupę Reni, a nasze dzieci bawiły się cały dzień na podwórku-żałowali, ze tu nie mieszkają. Mi takie życie się podoba. Każdy własne zdanie na ten temat i od tego jest forum, żeby wyrazić swoją opinię, ale obrażanie ludzi jest oznaką między innymi kompleksów, wielu problemów i niedowartościowania. Jeśli wyładowywanie się w ten sposób sprawi, ze czujecie się lepiej to trudno. Dobrze, ze nie jesteście naszymi sąsiadami, współczuję waszym:)
-
-
02.02 (12:13)DZISIAJ TRUDNO O DOBREGO SĄSIADA, MOJA SĄSIADKA TO OSOBA WŚCIBSKA ,CHYTRA I ZAZDROSNA I JAK SIĘ Z TAKĄ "NAWIEDZONĄ" PRZYJAZNIĆ
-
02.02 (12:07)~leonsąsiadko 40 Kasia to światowiec pracowała na zmywaku we wszystkich krajach Europy na pewno ma dużo znajomych z podstawowym wykształceniem i boi się o swojego faceta zrozum ją pozdrawiam szkoda ,że nie jesteś moją sąsiadkom.
Bardzo trafna wypowiedż. Też tak myślę. Pozdrawiam z Katowic -
02.02 (11:38)Witajcie,
Dziękuję za wszystkie komentarze, te dobre i te złe. Nam życie w zgodzie z sąsiadami się podoba. Jak się żyje 'na wsi' daleko od rodziny i przyjaciół to dobry sąsiad pod ręką jest bezcenny. My to już wiemy..... Pozdrawiam













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli