Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dr House z naszego szpitala

"Housomania" ogarnęła świat. Dlaczego ekscentryczny lekarz stał się ikoną popkultury? Bo to człowiek z krwi i kości, sercem i duszą oddany pracy. A co najważniejsze, mający indywidualne podejście do każdego pacjenta, a raczej przypadku. Więc teraz i my zaczynamy podświadomie szukać Dr. House'a na naszym oddziale.

Coraz częściej słyszę, że lekarze mówią o jednym z kolegów: "To taki doktor House", co znaczy niepokorny, przemądrzały egocentryk - śmieje się prof. Andrzej Bochenek, szef I Kliniki Kardiochirurgii w Górnośląskim Centrum Medycznym w Katowicach, jednym z najbardziej renomowanych ośrodków w kraju. Profesor przyznaje, że ogląda serial z zainteresowaniem, ale rzeczywistość filmowa jest kompletnie oderwana od tego, co można spotkać w polskich szpitalach.

Nie chcę House'a na swoim oddziale

Reklama

W fartuchu narzuconym na elegancką marynarkę i białą koszulę, przystojny i szarmancki, prof. Bochenek wygląda jak lekarz z amerykańskiego filmu. Jego gabinet mieści się na siódmym piętrze szpitala, a klinika różni się od pozostałych oddziałów. Nowoczesny sprzęt, przestronne sale zabiegowe. Niby oczywiste, ale tak wyglądają tylko nieliczne krajowe szpitale.

Profesor od 20 lat kieruje tutejszą kardiochirurgią, którą tworzył od podstaw. - Zaczynałem jako taki House, sam decydowałem o operacji, a do pomocy miałem tylko anestezjologa - wspomina. - Dziś to wielki zespół: 11 specjalistów kardiochirurgów, 14 lekarzy po doktoracie, siedmiu anestezjologów, dwóch docentów, dwóch kardiologów, pielęgniarki, rehabilitanci i psycholodzy. Teraz zaczyna się liczyć współpraca, my, lekarze, potrzebujemy wiedzy z różnych dziedzin. Ale był taki czas, gdy w kardiochirurgii niepodzielnie rządził szef geniusz - dodaje profesor.

Widać, że prof. Bochenek jest niestandardowym szefem: komunikatywny, bezpośredni. Ale przyznaje, że każdy lekarz w jakimś momencie życia jest egocentrykiem, a zawodowa droga bywa podobna. Najpierw terminuje się przy mistrzu. Podpatruje się i bezgranicznie wierzy. W miarę zdobywania doświadczeń zaczyna się powątpiewać w jego słowa. Szuka się własnej drogi. W trzecim etapie nie wierzy się nikomu i ma się świadomość własnej nieomylności. Taki właśnie jest House. Ale wtedy łatwo o pomyłkę.

- Najważniejsza bywa umiejętność przyznania się do błędu - dodaje prof. Bochenek. - Myślę, że nauczyłem się tego. Być może dlatego udaje mi się przez tyle lat prowadzić zespół i unikać konfliktów, które wykończyły niejeden dobry oddział. Nie chciałbym u siebie House'a, któremu strach zwrócić uwagę - śmieje się profesor.

- Nikt nie jest nieomylny, a w naszym zawodzie błąd może drogo kosztować - przestrzega prof. Bohdan Maruszewski, szef kardiochirurgii w Centrum Zdrowia Dziecka. Profesor jest jednym z najlepszych kardiochirurgów dziecięcych na świecie, a jego twarz znana jest Polakom z finałów Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Od samego początku współpracuje z Jerzym Owsiakiem. Maruszewski na pierwszy rzut oka wydaje się poważny, ale podczas rozmowy odkrywa swoją prawdziwą naturę - człowieka uroczego i dowcipnego.

Na oddziale, na którym profesor pracuje ponad 30 lat, a którym kieruje od 12 lat, lekarze i pielęgniarki spotykają się codziennie na tzw. kominku. Każdy chirurg musi omówić operację, którą wykonał, opowiedzieć, co mu się udało, jak będzie wyglądało leczenie dziecka i kiedy planuje jego wypis.

Za swój sukces profesor uważa wychowanie następców. - Na moim oddziale jest sześciu kardiochirurgów, którzy operują najbardziej skomplikowane wady serca u dzieci. Kiedyś robiłem to sam, dziś, gdy wyjeżdżam na jakiś kongres, praca odbywa się w normalnym trybie.

Profesor Maruszewski zastanawia się chwilę, kiedy pytam, jakim jest szefem. - Trzeba dowiedzieć się od współpracowników, ja nie jestem kompetentny - uśmiecha się przekornie. - Ale zapewniam, że jako szef dużo wymagam. Każdemu podnoszę poprzeczkę coraz wyżej i wyżej, aby się rozwijał. Staram się też tonować emocje w zespole i wprowadzać spokój, a to trudne w gronie tylu indywidualności.

Podobne zasady stosuje u siebie profesor Mirosław Ząbek, neurochirurg, ordynator Kliniki Neurochirurgii i Urazów Układu Nerwowego w Szpitalu Bródnowskim w Warszawie. On też tworzył tę klinikę od podstaw. Przyjmuje mnie w dużym gabinecie na piątym piętrze szpitala, gdzie mieści się jego oddział.

Robi wrażenie bardzo konkretnego, na pytania odpowiada krótko. Gdy jednak opowiada o kolejnych nowatorskich metodach operacji, mówi z pasją. Z półki zdejmuje model oprzyrządowania przymocowanego do czaszki, który skonstruowano według jego pomysłu na Politechnice Warszawskiej, i objaśnia skomplikowane szczegóły.

Jako pierwszy w Polsce wprowadził wszczepienie stymulatora mózgu w chorobie Parkinsona oraz pacjentowi cierpiącemu na dystonię mięśniową, a ostatnio nowy system do operacji mózgu przy jednoczesnym obserwowaniu włókien nerwowych.

Kiedy ponad 20 lat temu zaczynał pracę, neurochirurgia dopiero się rozwijała. Prof. Ząbek dzięki swoim kontaktom nawiązanym jeszcze podczas studiów często wyjeżdżał za granicę - do Skandynawii, Stanów Zjednoczonych. - Gdy wracałem, zdarzało się, że wiozłem części zakupionego sprzętu specjalistycznego do kliniki w walizkach - opowiada.

- Dziś jestem szczęśliwy, bo udało mi się stworzyć nowoczesny oddział, na którym nie boimy się próbować nowatorskich metod. Zebrałem zespół ludzi z pasją, mogących na sobie polegać. A to najważniejsze, kiedy się razem pracuje i operuje.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje