Czy jeszcze włożę bikini?
Bogusia 38 lat temu wyczuła w piersi guzek. Lekarze nie mieli wątpliwości: rak. U Wiesławy zdiagnozowano go 26 lat temu, u Ewy 13. Przeszły przez to, przez co przechodzi wiele kobiet z nowotworem: mastektomię, chemię, ale przede wszystkim paraliżujący strach.
Czy to już koniec? Ile mi jeszcze zostało? Czy będą przerzuty? Dziś pracują, mają mężów, dzieci. Mówią o sobie: jesteśmy zdrowe. Bo z tą chorobą można wygrać. Oprócz medycyny pomaga optymizm, siła charakteru i miłość bliskich.
Kobiecość na sto procent
Mam na imie Bogusława. 38 lat temu zdiagnozowano u mnie nowotwór złośliwy piersi. Pokonałam raka, żyjąc tak, jakby nigdy go nie było.
Na salę operacyjną wieźli mnie pierwszego czerwca. Pamiętam lampy jarzeniowe, białe korytarze i to, że po znieczuleniu strasznie klęłam. Pierwszy raz w życiu publicznie. Krzyczałam: „K..., w Dzień Dziecka taki prezent!”. Miałam 17 lat. Pielęgniarki uśmiechały się serdecznie, a ja byłam przerażona.
W kwietniu coś mnie zaczęło w piersi uwierać. Wyczułam palcem zgrubienie i powiedziałam o tym mamie. Zapisała mnie do lekarza. Nie bałam się, nie sądziłam, że to coś złego. Byłam w trzeciej klasie liceum, jeździłam na nartach, chodziłam na randki, nie myślałam o chorobach. W szpitalu pobrali mi wycinek. „To jest złośliwe i szybko rośnie”, powiedział rodzicom znajomy lekarz. Ale mnie nic nie powiedzieli. Nawet wtedy, gdy upierałam się, że sama pójdę do szpitala po wyniki, bo jestem już prawie dorosła. Zabrakło im odwagi.
Przyjęły mnie dwie lekarki. Usłyszałam, że to rak, trzeba usunąć pierś. Szok. Rozpłakały się. Ja nie. Postanowiłam, że nie będę ryczeć, bo jeśli zacznę być słaba, rodzice nie dadzą sobie rady. Bałam się, że utoniemy we łzach, zamiast się trzymać. W głowie miałam milion myśli: „Co będzie dalej, czy dam radę zdać maturę?”. Lekarze nie potrafili odpowiedzieć. Nie płakałam nawet w ukryciu.
Nie wiem, skąd miałam tyle siły. „Wcześnie wykryty jest wyleczalny”, uczepiłam się zdania, które wyczytałam w książce dla lekarzy "Chirurgia onkologiczna". Kupiłam ją tego dnia, w którym usłyszałam diagnozę. „Tego będę się trzymać”, myślałam. Pretensje miałam do Boga. Z nim się kłóciłam. Przypomniałam sobie, co mówiono mamie, która w czasie wojny na Syberii była pielęgniarką dziecięcą i dużo dobrego zrobiła: „Zosiu, zobaczysz, wszystko ci Pan Bóg wynagrodzi”. I co? Teraz jej córka miała umrzeć? „Jesteś niesprawiedliwy”, mówiłam do Niego.
Przestałam chodzić do kościoła, przed operacją postanowiłam, że się nie wyspowiadam. Młody ksiądz z zakonu kapucynów, który przychodził do szpitala, nie miał pretensji, że nie chcę wyznać grzechów ani odmawiać „zdrowasiek”. Ale pomógł dużo, bardziej niż psycholog, która nie wiedziała, jak rozmawiać z chorą na raka siedemnastolatką. Od księdza usłyszałam, że ważne jest teraz normalne życie. Mówił, że mam patrzeć tylko przed siebie.
U kapucynów po latach wzięłam ślub i ochrzciłam córkę. Choroba była zbyt straszna, żeby mówić o niej koleżankom z klasy. Co miały wiedzieć? Że walczę ze śmiercią, że odetną mi pierś, której nikt oprócz mamy jeszcze nie oglądał? Bałam się, że tą rozmową skrzywdzę siebie, bo one nie zachowają się dojrzale. Przyznałam się tylko przyjaciółce z harcerstwa. Powiedziała: „Nie martw się, bo ta jedna pierś będzie wypieszczona za obie”.
Chłopakowi oznajmiłam, że idę do szpitala, ale nie wiedział o raku. Takie były czasy, o tym się nie rozmawiało, ludzie się bali. Pierwsze pytanie, jakie zadałam mamie, gdy obudziłam się po operacji: „Czy wyjdę kiedyś na plażę w kostiumie kąpielowym?”. W tym pytaniu kryły się wszystkie lęki związane z kobiecością, których inaczej nie potrafiłam nazwać. Ale nie rozczulałam się, chorobę potraktowałam zadaniowo: „Trzeba działać, bo chcę żyć”. Nie załamałam się, mimo że w szpitalu na mój widok wszyscy byli w szoku, bo nie pamiętali tak młodej pacjentki.
Świńskie kawały, wygłupy, w trzecią noc po operacji z sąsiadką, która leżała z czerniakiem, postanowiłyśmy, że nie będziemy płakać i słuchać rozmów o chorobach. Pielęgniarki co jakiś czas przychodziły z morfiną, a my pękałyśmy ze śmiechu. Gdy wyszłam ze szpitala, było piękne lato, chciało mi się żyć, ale od lekarzy słyszałam, czego mi nie wolno: biegać, jeździć na nartach, a najlepiej w ogóle nigdzie nie wyjeżdżać, żeby nie zmieniać klimatu. Zaproponowali 17-latce emeryturę!
aIntuicyjnie czuliśmy z rodzicami, że to nie tak. Mama miała dwóch braci, jeden mieszkał w Szkocji, drugi w Kanadzie – wymyślili, że spotkamy się wszyscy w Szkocji. Mama błyskawicznie załatwiła paszport. Pojechaliśmy. Glasgow, Edynburg, Góry Kaledońskie, fiordy. Myślałam, że jeśli moje życie ma być krótkie, będzie intensywne. Tam kupiłam przyzwoitą protezę, miękką, z silikonu, bo te w Polsce były straszne, zrobione z gumy, która kojarzyła mi się z dętką do roweru, tyle że w kolorze różowym. I śmierdziały jak guma. Jeszcze na końcu była stercząca brodawka.
Rozmiary? Tylko trzy. Mały, duży i wielki. Wtedy ta mała była dla mnie za duża. Tego roku pojechałam jeszcze na obóz młodzieżowy, a zimą na narty. Nie było telefonów komórkowych, do domu dzwoniłam raz na kilka dni, wiem, że rodzice umierali ze strachu, ale nie pozwoliłam im na nadopiekuńczość. Czułam się świetnie. Wróciłam do szkoły. Aktywnością walczyłam o życie.
Zupełnie inaczej niż radzili lekarze. Unikałam swojego odbicia nago w lustrze. Chłopakowi pokazałam bliznę kilka miesięcy po mastektomii. Przytulił się i powiedział, że dla niego to żaden problem. Byliśmy razem jeszcze kilka lat, a ja dzięki niemu z czasem zaczęłam siebie akceptować. „Tak wyglądam i nic na to nie poradzę”, myślałam. Wkładałam rano protezę bez: „O Jezu, znowu, jakie to straszne”. Choć brak piersi był czasem problemem logistycznym. Jechałam na obóz i musiałam spać w staniku pod piżamą.
Pamiętam pierwsze wyjście na plażę. To było w Dębkach. Sama uszyłam sobie kostiumy, bo nigdzie nie było tych dla amazonek. Miałam najładniejsze bikini na plaży! Jedno w panterkę, drugie z dżinsu. Ale musiałam uważać, żeby się nie nachylać. Do dziś wkładam mniejsze dekolty, bo wydaje mi się, że przy głębszym wszyscy widzą. Pilnuję się, żeby nie nachylić się za bardzo. Ale brak piersi nie przeszkodził mi w relacjach damsko-męskich.
Przyszłego męża poznałam na studiach, oboje byliśmy na architekturze, on grał w kabarecie. Spotykaliśmy się na tyle długo, że wiedziałam: gdy się dowie, nie odwróci się plecami. Nie pomyliłam się. Zaszłam w ciążę siedem lat po operacji, choć lekarze straszyli, że hormony mogą spowodować nawrót. Ale ja już wcześniej postanowiłam, że nie będę bać się raka. Badałam się, byłam pod kontrolą. Olę karmiłam rok jedną piersią. Znów zadziwiłam lekarzy.
Przez te 38 lat było wiele antyrakowych mód: jedzenie brokułów, niejedzenie mięsa. Niektóre stosowałam, ale dziś myślę, że najlepszym antidotum jest myślenie: to ja rządzę sobą, a nie nowotwór. Pamiętam, jak zaraz po operacji chciałam spotkać kobietę, która zachorowała tak jak ja i żyje. Ale o raku nikt nie rozmawiał, to było tabu.
Dlatego z Grażyną Korzeniowską założyłyśmy w Krakowie klub amazonek. Był rok ’91, a ja od 18 lat byłam zdrowa. Omijam ulicę Garncarską, na której jest szpital onkologiczny. Z wyjątkiem badań kontrolnych, na które zgłaszałam się co rok, nigdy nią nie szłam, nie jechałam. Powtarzam sobie: „Jestem zdrowa, więc nie muszę mieć z tym miejscem nic wspólnego”. Choć gdy czasem pojawiały się myśli: „A co, jeśli będzie nawrót?”, zagłuszałam je.
Wspomnienia? Wracają głównie we śnie, od lat tym samym: biegnę po Rynku w Krakowie i szukam swojego biustu. Zastanawiałam się nad rekonstrukcją piersi, ale to zabieg bolesny, długi. Choroba nauczyła mnie nie przejmować się szczegółami, a brak piersi to już tylko szczegół. Mam fajnego męża, wspaniałą córkę, projektuję wnętrza i modę, uczę studentów – o tym wszystkim marzyłam. I choć nie mam jednej piersi, czuję się kobieco.
Zawsze jestem umalowana, noszę sukienki. Nie ma dni, w których chodzę w dresie albo bez makijażu. Przyjaciółki się ze mnie śmieją, że nawet gotuję „zrobiona od A do Z”. Kobiecości nie daję taryfy ulgowej.
Artykuł pochodzi z kategorii: Prawdziwe historie
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
Myślami jestem daleko… na plaży Rozgrzana słońcem... więcej
Reklama
Wasze komentarze (22)
-
24.10.2011 (10:46)to tragedia dla kobiety: stracić pierś - taki wyznacznik kobiecości. tu wszystko zależy teraz od mężczyzny: wsparcie, jakie niesie kobiecie, zapewnienia, że nadal wygląda dla niego atrakcyjnie, że po prostu jest piękna. takie zapewnienia znajdziemy tylko w prawdziwym partnerskim związku, nie koniecznie w małżeństwie. świetnie pokazuje ten fakt Piotr Kołodziejczak w kilku swoich powieściach. naprawdę polecam tym, którzy chcą zobaczyć jak być powinno, a jak nie w małżeństwie.
-
12.10.2011 (16:30)wez sie puknij w pusta glowke dziewczyno, fakt ze te kobiety martwily sie brakiem piersi nie wynika z ich proznosci, tylko z tego ze czuly sie o k a l e c z o n e fizycznie i psychicznie....
-
-
12.10.2011 (15:50)jestem po mastektomii 14,5 lat i mimo tego, że żyje - to jest już inne życie, inna jego jakość. Poz tym to ciągłe ,,nasłuchiwanie" czy ON nie wraca. Nigdy nie można wyzbyć się lęku. Zycie podzielone na czas przed i po, ciągła niepewność i jakaś niewidzialna szyba jaka dzieli mnie od normalności.
To trudno zrozumieć tym, którzy tego nie doświadczyli. -
12.10.2011 (15:21)
-
12.10.2011 (14:16)Co ma powiedzieć osoba np po amputacji kończyny?
Piersi to kobiecość, przynajmniej dla mnie. Bikini to najczęściej (jeśli ma być apetyczne) dosyć krótkotrwałe rozwiązanie.














Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli