Czasami bywam trudny
Mieszkam blisko, to moje tereny – wyjaśnia Andrzej Smolik. Na spotkanie przyjeżdża rowerem. – Jestem przerażony – opowiada. – W mojej kamienicy zaczyna się kilkumiesięczny remont i osuszanie budynku. Od rana kucie, stukanie. Jak ja to wytrzymam?!
Właśnie kończy pracę nad kolejną autorską płytą. Lato spędzi w mieście, chce wszystko domknąć do końca wakacji. Zapowiada, że w odróżnieniu od poprzednich projektów tym razem będzie dużo oryginalnych brzmień z lat 50., nostalgiczny big-band i duża orkiestra smyczkowa.
– Śpiewają m.in: Emmanuelle Seigner, Gaba Kulka i Victor Davies. Całość spięta nowoczesną formą – wyjaśnia Smolik, który jako producent muzyczny współpracuje z wieloma wykonawcami. A oni sobie tę kooperację bardzo chwalą. Bo jest spokojny, niekonfliktowy i stara się uruchamiać w ludziach potencjały. Z czym ma problemy?
– Artystyczna praca nie ma początku ani końca – tłumaczy muzyk. – Większość czasu spędzam zamknięty w czterech ścianach studia nagraniowego. Kiedyś zdarzało mi się mylić dzień z nocą albo wpadać w pracoholiczny ciąg. Byłem tak skupiony na tworzeniu muzyki, że cała reszta przestawała dla mnie istnieć. Momentem otrzeźwienia stawał się telefon od starszej siostry. – Ona potrafi postawić mnie do pionu, zawsze czułem przed nią respekt – śmieje się Smolik. – Mogę na nią liczyć, bo w przeciwieństwie do mnie jest osobą twardo stąpającą po ziemi i umie wiele załatwić. Mnie się zdarzało zapomnieć o płaceniu rachunków, aż straszono mnie windykacją. A sprawy w urzędach zawsze zostawiam na jutro. Na szczęście pomagają mi najbliżsi, moja dziewczyna i menedżerowie.
Andrzej jako dziecko różnił się od rówieśników. Na podwórku nie grał w piłkę i nie interesował się futbolem. Lubił łazić po okolicznych lasach. Godzinami przesiadywał nad brzegami stawów i bajor, nad morzem lub w opuszczonych fortyfikacjach wojskowych na wydmach, których nie brakowało w Świnoujściu. Z kumplami obserwował węże i jaszczurki. Niektóre okazy łapał i katalogował. – Do dziś mi to zostało, uwielbiam płazy i gady – przyznaje.
Od dzieciństwa grał na instrumentach, które kupowali mu rodzice. Rodzina matki była bardzo muzykalna, nikogo więc nie dziwiło, że odziedziczył talent. Było jednak oczywiste, że z grania nie da się żyć i powinien mieć jakiś poważny zawód. Trafił do wyższej szkoły morskiej. – Znalazłem się wśród tysiąca innych chłopaków, chodziliśmy w mundurach, panowała surowa dyscyplina. Dość prędko zacząłem się z tym źle czuć – wspomina.
To wtedy ze zdumieniem zauważył, że najtwardsze, najbardziej brutalne typy z otoczenia miękną przy dźwiękach muzyki. – Dla nich byłem być może jednym z nielicznych ludzi, przy których otwierali swoje serca. Muzyka może stać się azylem, ucieczką od własnych problemów. Pozwala zagłębić się w wymyślony świat, odciąć od tego, co tu i teraz – tłumaczy. Będąc artystą, mógł się odrealnić i nie myśleć o konsekwencjach. Na czwartym roku studiów zamiast na praktyki pojechał do Jarocina. A potem na przesłuchanie do zespołu Wilki. – I tak wyrzuciliby mnie z uczelni, ale byłem pierwszy. Tuż przed dyplomem sam zrezygnowałem – wspomina.
Muzyka stała się jego zawodem. Osiągnął sukces, zyskał popularność, ale jak sam przyznaje, nie za bardzo potrafił skupić się na materialnej stronie życia. – Jak miałem pieniądze, to bardzo prędko je przepuszczałem. Dopiero teraz zaczynam myśleć, żeby zabezpieczyć sobie tyły. Nawet spotkałem się z agentem od ubezpieczeń emerytalnych – śmieje się Smolik.
Z niepokojem przygląda się muzycznej scenie. Mody i trendy są sezonowe, szybko mijają. Brakuje autentycznych postaci. – Wiele razy byłem świadkiem, jak innym artystom wydawało się, że to, co tworzą, jest czymś wyjątkowym. A jednak prędko popadali w zapomnienie. Takie porażki są brutalne, bo co wtedy robić? Ja nic innego nie umiem. Całe życie myślałem, że będę do końca żył z muzyki, tymczasem to nic pewnego.
Do tej pory szukał ludzi podobnych do siebie. Tworzyli środowisko artystyczne, to mu dawało poczucie bezpieczeństwa. – Zawsze bałem się kompletnej izolacji, bo ona prowadzi do kalectwa – tłumaczy. Alkohol jest obecny w jego życiu, ale stara się pić umiarkowanie. – Najpierw jedziesz wiele kilometrów samochodem w trasę – opowiada. – Potem jest próba, a wieczorem koncert. Po takim graniu trzeba odreagować. Zawsze pojawia się ktoś, kto proponuje drinka. Tak było, jest i będzie.
Od czternastu lat Andrzej Smolik związany jest z fotografką Anną Głuszko. – Przeżyliśmy ostatnio poważny kryzys, nawet rozstaliśmy się na jakiś czas – mówi. – Wiem, że życie ze mną może być trudne, ale są też dobre strony, które w końcu przeważają. Dziś już rozumie, że decydując się na bliską relację, musi znaleźć czas na bycie razem. Stara się oddzielić pracę od prywatności. Jego studio nagrań mieści się w tym samym budynku co mieszkanie, ale kiedy wraca do domu, już nie słucha głośno muzyki. – Kiedy jest się muzykiem, łatwo stracić dystans – tłumaczy. – Gdy grasz koncert, mózg zaczyna inaczej pracować, odrywasz się od codzienności, wchodzisz w inny wymiar. Czujesz odlot, euforię. Tylko że potem bardzo trudno wrócić. Tego trzeba się nauczyć.
Magda Rozmarynowska
PANI 8/2010
Artykuł pochodzi z kategorii: Prawdziwe historie
-
Wasze komentarze
Polecamy
Reklama
Wasze komentarze (8)
-
28.08.2010 (23:34)To trudny temat... Podobno - im większy geniusz - w różnych dziedzinach: od naukowców, przez sportowców, po pisarzy, poetów i różnej maści artystów, tym większy "nieudacznik życiowy", neurotyk, egocentryk, a nawet egoista. I chyba sporo w tym prawdy, bo zazwyczaj partnerzy życiowi tych ludzi to potwierdzają. Dlatego dla mnie liczy się najbardziej ten, który potrafi spożytkować dla potomnych swój geniusz, nie raniąc przy tym najbliższych... Wiem ,że to musi być dla nich trudne, ale...cóż to dla geniusza... Pozdrawiam genialnie! ;-)
-
28.08.2010 (18:47)ja w zle dni bardzo zle wyobrazam sobie ze jestem jednym z mistrzow cechu gildii sw. Lukasza i razem z innymi mistrzami jest nas czterech wybieramy sie do Hagi aby ocenic i potwierdzic autentycznosc dziel wloskich mistrzow przed ksieciem haskim ktory juz zakupil je i wlasnie dowiedzial sie o braku autentycznosci .......... to pomaga ...
-
-
28.08.2010 (10:28)autyzm, zespół Aspergera, savant; nie ma"czystych" jednostek chorobowych,są zawsze pewnym mixem. Ale pewne, że osoby te w gruncie rzeczy są nieśmiałe, więcej - zalęknione, nie potrafią odnaleźć się w świecie homo rapax.... Własne obawy, często duży lęk przykrywają różnymi maskami, kontrowersyjnymi zachowaniami, bo nie potrafią "wyczuć" co w danej chwili jest wokół nich "grane"...Często mają obszary geniuszu, np. w tym przypadku fotografia. Życie kosztuje ich sporo wysiłku, przeciętny człowiek wypaliłby się po kilku dniach takiego ekstremalnego życia. A oni muszą codziennie zdobywać K2. Życzę siły i optymizmu mimo ciężkich, codziennych podejść!
-
28.08.2010 (10:18)Wrażliwiec wkręcasz się w coś co ci szkodzi. Jeżeli granicę stanowi dobro drugiego człowieka... to ty nie masz nic. Każde twoje działanie będzie komuś szkodzić. Każde. A gdzie jesteś ty? Sam też jesteś egoistą; pomyśl nad tym.
Ja przestrzegam tylko jednej zasady: Nie być okrutnym wobec innych ludzi, ani wobec siebie. Akceptuję to że będę szkodzić niektórym ludziom. Ale nigdy nie zrobię tego dla satysfakcji z czyjegoś cierpienia, nigdy nie będę z tego dumny. -
28.08.2010 (10:18)Wrażliwiec wkręcasz się w coś co ci szkodzi. Jeżeli granicę stanowi dobro drugiego człowieka... to ty nie masz nic. Każde twoje działanie będzie komuś szkodzić. Każde. A gdzie jesteś ty? Sam też jesteś egoistą; pomyśl nad tym.
Ja przestrzegam tylko jednej zasady: Nie być okrutnym wobec innych ludzi, ani wobec siebie. Akceptuję to że będę szkodzić niektórym ludziom. Ale nigdy nie zrobię tego dla satysfakcji z czyjegoś cierpienia, nigdy nie będę z tego dumny.












Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli