Przejdź na stronę główną Interia.pl

Córka wychodzi z domu

Jak wychować córkę, by poradziła sobie w dorosłym życiu, przetrwać jej młodzieńczy bunt i nie dać się ponieść emocjom, opowiadają ojciec Zuzanny - Janusz Głowacki, tata Ewy - Tadeusz Farny, i matka Natalii - Joanna Klimas.

Z ukrytych pod sufitem głośników płynie muzyka klasyczna. Wnętrze eleganckiego lobby warszawskiego Bristolu jest jeszcze dość puste, bo goście hotelu zjawią się dopiero wieczorem. Janusz Głowacki lubi tu wpadać, by napić się kawy i porozmawiać. Patrzy z dumą na wystrzałową dziewczynę z burzą blond włosów. To Zuza, jego córka.

Reklama

Zuza większą część życia spędziła w Nowym Jorku. Tam zdobyła wykształcenie i pierwsze literackie szlify. Od niedawna zaczęła pracować z ojcem. Ich wspólny projekt - scenariusz filmowy dla wytwórni w Hollywood - na razie jest tajemnicą. Póki co młoda pisarka szykuje się do wydania zbioru swoich felietonów (po polsku) i kończy powieść (po angielsku).

PANI: To będzie dobra książka?

Janusz Głowacki: - Bardzo dobra. Zuzia ma naprawdę wielki talent. Rzadko mówię jej komplementy, ale sztuka to chyba jedyny temat, na który rozmawiamy szczerze. Jak coś mi się nie podoba, jestem bezlitosny.

Pan też czeka na opinię córki?

J.G.: - Przede wszystkim czekam na to, co powiedzą wydawca, producent i najważniejsi recenzenci. Ale Zuzia ze mną trzyma. Pamiętam, że bardzo się denerwowałem, czekając na recenzję "Antygony w Nowym Jorku" w "Time Magazine". Tak się bałem porażki, że zamknąłem oczy i poprosiłem Zuzię, żeby przeczytała ją na głos. Ona też się bała, ale przeczytała. Na szczęście była dobra. Zuzia błyskawicznie "weszła" w Amerykę. Poznała nowojorskie blaski i strachy. Zresztą o to nam chodziło...

Zuzanna Głowacka przyszła na świat w przełomowym momencie życia Janusza Głowackiego. Pisarz miał już w Polsce ustaloną renomę, ale kraj stojący u progu stanu wojennego zaczynał się robić zbyt duszny. Przed 13 grudnia 1981 roku znalazł się w Londynie, skąd wyruszył do Ameryki. Tam zaczął swój emigracyjny rozdział, który przyniósł mu międzynarodową sławę i status najpopularniejszego polskiego pisarza. Zuzanna miała cztery lata, gdy wraz z matką Ewą Zadrzyńską przyjechała do Nowego Jorku.

Co narodziny córki zmieniają w życiu mężczyzny?

J.G.: - Otwierają nieznane obszary wrażliwości. Bardzo chciałem mieć córkę, bo jak wygląda dzieciństwo chłopca, wiedziałem. Kiedy pisałem książkę "Moc truchleje", to umieściłem w niej fragment o "półtoraroczniaku" - dziecku bohatera, takiego gogolewskiego biedaka. Gdybym nie miał doświadczenia jako ojciec, to by mi tak nie wyszło. Poza tą liryczną struną narodziny dziecka nie zmieniają obrazu świata.

Wyobrażał pan sobie, jaka będzie córka, gdy dorośnie?

J.G.: - Marzyłem, żeby była inteligentna, utalentowana i ładna.

Zuzanna Głowacka: - Czyli podobna do ciebie!

J.G.: - Bałem się, że Zuzia zostanie aktorką, bo ciągnęło ją w tę stronę. Bardzo się ucieszyłem, kiedy zaczęła pisać. Ale jej w ogóle wiele rzeczy łatwo przychodziło. Miała też sporo szczęścia. Udało się nam ją posłać do dobrej szkoły.

W Nowym Jorku to nie powinno być trudne.

J.G.: - Nie mieliśmy w tamtym czasie pieniędzy na szkołę prywatną, a publiczne są bardzo różne. Niektóre bywają niebezpieczne. Nam zależało, aby Zuzia miała udany start. Ale żeby mogła pójść do najlepszej publicznej szkoły na Manhattanie - PS 41 - musieliśmy sfałszować nasz adres. Już na samym początku dowiedziała się, że dzięki kłamstwu można coś osiągnąć.

Z.G.: - Czasami pytano mnie, gdzie mieszkam. Musiałam podejmować trudne decyzje: mówić prawdę czy kłamać? Wszystko mi się mieszało.

J.G.: - Następnym krokiem było znalezienie odpowiedniej szkoły średniej. Minęło parę lat, moje sztuki wystawiały amerykańskie teatry, ale żeby wysłać córkę do najlepszej szkoły prywatnej, musiałem użyć wszystkich swoich znajomości, łącznie z pisarzem Arthurem Millerem.

Z.G.: - Ze szkoły publicznej dla artystycznej bohemy, gdzie chodziło się w podartych dżinsach i martensach, trafiłam do prywatnej żeńskiej, w której obowiązywały mundurki, a uczennice podjeżdżały limuzynami.

Jak w tym towarzystwie traktowano córkę emigrantów?

J.G.: - Inne dzieci wiedziały, że nie jesteśmy milionerami, ale Zuzia była przez koleżanki akceptowana. Może dlatego, że ciekawiła je córka pisarza?

Z.G.: - W Ameryce nadawany jest serial "Gossip Girl" ("Plotkara"), którego akcja rozgrywa się w mojej szkole. Scenariusz napisała jej absolwentka Cecily von Ziegesar. Film pokazuje szkołę dla zepsutych, bogatych dzieci, gdzie każdy drugiemu zazdrości i obmawia go za plecami. To nie jest do końca prawda.

Wszystkie nastolatki muszą przejść okres buntu. Jak to wyglądało u uczennicy elitarnej prywatnej szkoły?

Z.G.: - O ile pamiętam, nie buntowałam się przeciwko rodzicom, ale chyba można uznać za rodzaj buntu moje zainteresowanie ludźmi bezdomnymi, wyklętymi. Próbowałam im pomóc. Zostałam wolontariuszką w więzieniu...

I ojciec się na to zgodził?

J.G.: - Co ja się miałem zgadzać albo nie... Poza tym jestem pisarzem. To było fascynujące. Z jednej strony jej zazdrościłem, że ma takie niesamowite dojścia do "strasznego" Nowego Jorku. Z drugiej mówiłem: "Jezus Maria, Zuziu, a co będzie, jak oni kiedyś wyjdą stamtąd?".

Z.G.: - Tata pokazał mi film "Viridiana" Luisa Bunuela, który opowiadahistorię szlachetnej damy opiekującej się biedakami z przytułku. Ci "z wdzięczności" gwałcą ją i katują.

J.G.: - I tak wolałem to, że jeździ do więzienia, niż gdyby miała biegać na pokazy mody.

Z.G.: - A pamiętasz, tato, jak poszliśmy na kawę z mordercą?

J.G.: - Spotkałem Zuzię na ulicy z jakimś facetem. Przedstawiła mi go jako więźnia, który niedawno wyszedł z Sing Singu. Nie wiedziałem, jak zareagować. Zaproponowałem: "Może napijemy się kawy?". Usiedliśmy, ale rozmowa się nie kleiła. Więc zapytałem, za co siedział. "Za morderstwo". Po chwili ciszy zadałem mu kolejne pytanie: "Jak się czułeś, kiedy zabijałeś człowieka?". A on na to: "Chciałem zabić skur...!".

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje