Przejdź na stronę główną Interia.pl

Co powie guru?

"To" słowo kojarzyło im się z satanistami albo szaleńcami wierzącymi w UFO, więc go unikały. Bo czy niedzielne nabożeństwo lub szkolenie z komunikacji może mieć coś wspólnego z sektą? Grażyna była pewna, że ambitny mąż chodzi na kursy samorozwoju. Marta miała nadzieję, że jej partner jest gorliwym katolikiem. Weronika ufała, że córka wycisza się na zajęciach jogi. Prawda była gorsza. Najważniejszą osobą dla ich bliskich stał się lider, guru, duchowy przewodnik. Przejął kontrolę na ich umysłem, ciałem i portfelem.

Grażyna: "Mąż uznał, że firma mu splajtowała, bo to kara za życie w poprzednich wcieleniach. Wmówili mu to scjentolodzy. Obiecali, że go uleczą. Wciąż to robią, a Krzysiek wydaje pół pensji na ich kolejne terapie”.

Warszawa, rondo ONZ, 5 maja, cztery lata temu. – Mąż wrócił z ulotką: „Poznaj skuteczne sposoby na szczęśliwe życie”. Humanitarni Wolontariusze, czyli scjentolodzy, którzy tam demonstrowali, zaczepili Krzyśka – opowiada Grażyna. – Miesiąc wcześniej mąż stracił pracę. Obwiniał się, bo „poleciały” tylko trzy osoby. Szukał zajęcia. Bezskutecznie. Motywował się, czytając książki: "Obudź w sobie olbrzyma" Anthony’ego Robbinsa i "Możesz uzdrowić swoje życie" Louise L. Hay. Dla mnie to amerykański bełkot w stylu „jedyne, co cię ogranicza, to prawo grawitacji”, ale cieszyłam się, że Krzysztof wychodzi z dołka – mówi Grażyna.

Reklama

Gdy mąż zapisuje się na warsztat „Sukces przez komunikację”, polecony przez scjentologów, sama się zastanawia, czy z nim nie pójść. Uznaje jednak, że 800 zł to cena wygórowana.

Emilia, dla współbraci Amy

Warsztat zorganizowano w prywatnym domu pod Warszawą. Krzysiek streścił żonie: „Wyluzowani ludzie, szczęśliwi. Opowiadali, że mieli problemy z samooceną i niefart. Wszystko się zmieniło. Od roku, czyli od czasu, gdy pomagają im scjentolodzy, nie podjęli żadnej błędnej decyzji!”. Jeden z uczestników spotkania, zresztą nawet niescjentolog, wręczył Krzyśkowi wizytówkę specjalistki od „SRT, czyli oczyszczania energii”. Tego też postanowił spróbować.

– „Piłeś coś?”, zapytałam, bo był „nakręcony”. Mówił, że herbatę. Warsztat zmienił go. Na korzyść. Dawniej w kłótni szedł w zaparte. Teraz ustępował. Zażartowałam: „Powinnam dać na mszę za twoich scjentologów!” – opowiada Grażyna. – Krzysztof zdecydował się na kolejne warsztaty terapeutyczne. „Wypełniłem test osobowości i wyszło, że mam problem ze sobą. Jeśli nic z nim nie zrobię, nie znajdę pracy. Tak powiedziała Amy, która zajmuje się nie tylko scjentologią – łączy z nią wiele różnych technik pracy nad duchowością i umysłem”, tłumaczył.

„Ależ ty nie masz problemów ze sobą! Po prostu straciłeś pracę, zdarza się. Co to za imię Amy? To Polka?”, pytałam. Objaśnił, że Emilia, dla współbraci ma nowe imię. „Współbraci? Kurczę, to jednak sekta”, ostrzegłam męża. Miałam nadzieję, że chodzi mu tylko o kursy. Sama przeglądałam „Strażnicę”, którą wręczyli mi świadkowie Jehowy, ale nie przyszło mi do głowy, by nazwać ich „współbraćmi”– mówi Grażyna.

Program duszy da się zmienić

Krzysiek wrócił z seansu, powiedział, że miał tzw. auditing i będzie go ponawiał, aż złapie dystans do problemów. Zweryfikuje to przyrząd przypominający wykrywacz kłamstw. – Uznałam, że żartuje. „Wykrywacz kłamstw zawsze coś wykaże, bo to stres zwierzać się obcej osobie i być podłączonym do jakiegoś sprzętu” – tłumaczyłam. – I jeszcze: „Jesteś wierzący, a wkręcasz się w sektę”. Krzysztof na to: „U nich każdy może mieć swojego Boga. Scjentolodzy nie kolidują z Jezusem”.

"Dianetyka" Rona Hubbarda staje się jego biblią. Krzysiek uznaje, że przyczyną bezrobocia jest „reaktywny” umysł. Bolesne doświadczenia z przeszłości zablokowały jego energię życiową i osłabiły odporność, więc na przykład ciężko przeszedł grypę. – „Miałeś szczęśliwe dzieciństwo!”, oponowałam. Mąż tłumaczył, że ma traumy z poprzednich wcieleń. „Co?! Ty wierzysz w reinkarnację!”, wykrzyknęłam. Odpowiedział: „Nie wykluczam tego. Może katolicki czyściec to kolejne wcielenia?”. Dobił mnie tym – wspomina Grażyna.

Zaczyna szukać w Googlach informacji o scjentologach. Czyta, że ich guru Hubbard, pisarz fantasy, jest hochsztaplerem. Omotał sporo celebrytów. John Travolta doprowadził do śmierci syna chorego na autyzm. Nie podawał mu leków, bo scjentologia uważa, że choroby psychiczne są karą za złe życie w poprzednich wcieleniach. Mówi o tym Krzyśkowi, gdy ten wraca z seansu – oczyszczania energii wahadełkiem. Kosztowało go to 500 zł.

„Wiesz, jak w poprzednich wcieleniach kończyłem życie? Gwałcony i zabijany. Miałem taki program wpisany w duszę – słyszy Grażyna. – Popieprzyło ci się we łbie!” – krzyczy. Krzysiek idzie na kurs „kreowania”. Obiecuje, że ostatni raz. Uczy się przyciągać myślą pieniądze i zdrowie. Tydzień po spotyka kolegę alpinistę. Zakładał firmę roboty wysokościowe. Szukał wspólnika z kontaktami w Warszawie, zaproponował pracę Krzyśkowi.

– W trzy miesiące mąż zarobił tyle, ile w banku przed dwa lata. To było jak cud – mówi Grażyna. W „nagrodę” polecieli na wakacje na Kubę. Krzysiek skończył ze scjentologami. Po powrocie okazało się, że firma nie ma zleceń. Nawet na mycie okien w biurowcu. Zapaść. Trzy miesiące i nic. – Mąż uznał, że wróci do Amy. Zażartowałam: „Niech odda ci pieniądze za kursy, bo jak widać, nic nie dają”.

Amy wytłumaczyła Krzyśkowi, że „chciał wycisnąć, co się da, z kursów w krótkim czasie. Zgubiła go pazerność i brak wdzięczności”. Usłyszał historię dziewczyny, która też szła „na skróty”. Zrobiła kurs kreowania miłości. Zakochała się, zaszła w ciążę, przerwała rozwój duchowy. Poroniła. Krzysiek więc wznowił kursy, choć kolega mu tłumaczył, że nie było zleceń, bo tańsze jest użycie podnośników do mycia okien niż wynajmowanie alpinistów. I że passa to był fuks.

– Mąż był pewien, że dopadła go kara za opuszczenie scjentologów – mówi Grażyna. Gdy po kilku miesiącach kursów Krzysztof znajduje pracę, uważa, że to dzięki nim. A Grażyna zaczyna szukać „haków” na scjentologów. Na forum o sektach poznaje żonę biznesmena, którą mąż zmusił do ustanowienia rozdzielności majątkowej, by bez przeszkód przelewać pieniądze na konto sekty.

– Dziwiłam się, że mój rozsądny dotąd mąż wdepnął w coś takiego – opowiada Grażyna. – Forumowiczka powiedziała: „Wystarczy podać facetowi drinka z tzw. tabletką gwałtu, a potem zahipnotyzować. Ofiarami takich praktyk w Warszawie padają najczęściej nie młode dziewczyny, ale mężczyźni. Z kasą, wykształceni, wysoko postawieni. Są najbardziej pożądani przez sekty”.

Z kobietą poznaną w sieci Grażyna planuje złożyć doniesienie do prokuratury, że ich mężowie są poddawani psychomanipulacji. – Trudno będzie to udowodnić. Mam chwile, gdy myślę o rozwodzie. To byłoby najprostsze, ale mówię sobie: „Ty też mogłaś mieć pecha i wpakować się w pseudoduchowy kanał. Krzysiek na pewno by cię ratował”. Dlatego walczę.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje