Chyba możemy się kochać...
Czemu nie jestem sprawna?
Montgomery wie jedno: osoba niepełnosprawna musi wykonać wielką pracę nad sobą i zacząć się akceptować. Jeśli od dziecka jest sparaliżowana, uczy się tego szybciej, zwłaszcza jeśli może liczyć na mądrych rodziców.
- Mam schorzenie genetyczne - opowiada Gosia Frysztak - Wykryto je, gdy miałam półtora roku. Kiedyś chodziłam, ale z wiekiem moje kości stawały się coraz słabsze. Moje dzieciństwo to zabiegi, operacje, długie pobyty w szpitalu. Wychowałam się w Radomiu, rodzice się nie poddawali, a gdy lekarze nie dawali szans na poprawę, wozili mnie do szamanów i bioterapeutów. Ale to nie pomogło. Odkąd pamiętam, jestem na wózku, więc nawet nie mam czego żałować, przynajmniej zawsze mam miejsce siedzące - żartuje. Rodzice dawali jej tyle miłości, że nigdy nie czuła się gorsza. Czasem, oczywiście, zdarzały się złe chwile, brakowało jej kontaktu z rówieśnikami, bo miała w domu indywidualny tok nauczania. Płakała, pytała: "Dlaczego ja?".
- Mama powtarzała mi: "Nieważne, jak wyglądasz, ważne, co masz w głowie i w sercu". W szkole średniej zaczęła tańczyć, brała udział w turniejach, wyjeżdżała na obozy żeglarskie, zrobiła prawo jazdy i szybko się usamodzielniła. Po maturze miała głowę pełną pomysłów na przyszłość: dziennikarstwo, śpiew, aktorstwo. W końcu wybrała pedagogikę na Uniwersytecie Warszawskim. Teraz kończy studia. Od roku pracuje jako specjalistka od marketingu w sklepie internetowym.
Dodatkowo skończyła kursy make-upu i dorabia sobie czasem, robiąc makijaże ślubne. Życie w Warszawie jest drogie i trudne, ale ona sobie radzi. Kiedyś mieszkała w akademiku, teraz wynajmuje mieszkanie na Służewcu.
Ela Wiech od urodzenia boryka się z niedowładem kończyn. Operacje w dzieciństwie nie pomogły. Od dziecka jest na wózku. Mieszkała w Koninie, z trójką rodzeństwa, ale nigdy przez niepełnosprawność nie była wyróżniana. Gdy coś chciała, mama twardo mówiła: "Zrób sama! Bozia rączek nie dała?". Czasem Ela była wściekła, płakała, ale dziś jest matce wdzięczna, bo przygotowała ją do samodzielnego życia. Elżbieta nigdy nie rozczula się nad sobą. Jako nastolatka potrafiła zrzucić swój wózek i sama zsunąć się ze schodów na podwórko do koleżanek. Mama wracała i jej szukała. A ona wisiała na trzepaku, bo ręce ma mocne.
Zawsze była aktywna, jeździła na obozy, pod namiot, ćwiczyła szermierkę, brała udział w maratonach, trenowała taniec towarzyski. Ciągle robiła coś nowego, nie znosiła siedzieć w domu. Uważała, że jak wyjdzie do ludzi, to oni też będą ją normalnie traktować. Była świetną uczennicą. Po studium ekonomiczno-górniczym zapisała się do studium informatycznego w Konstancinie, potem przeniosła się do Warszawy. Ta decyzja nie była łatwa. Kilka razy myślała: "Wracam do domu", ale po chwili: "Ja? Nie dam się złamać, zostaję!". Dostała pracę w Państwowym Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, zdobyła prawo jazdy, kupiła samochód. Nigdy nie unikała ludzi, wychodziła do pubu, żyła normalnie.
Anna Błaziak miała 11 miesięcy, gdy wykryto u niej rdzeniowy zanik mięśni, najprawdopodobniej poszczepienny. Nigdy nie chodziła. Gdy pytam, czy miała kiedyś żal do losu, odpowiada z ciepłym uśmiechem: - Nie narzekam, przeszkody są po to, aby je pokonywać i nabierać siły. Razem z mężem radzimy sobie, prowadzimy się za rękę. Jedyny nasz problem, poza zdrowiem, to mieszkanie. Wynajmujemy je, a na własne nie mamy szans. Nikt dwójce niepełnosprawnych nie da kredytu. Nawet na zmywarkę. A przecież chcemy tylko żyć samodzielnie, nie zamykać się w domu opieki, nie obciążać państwa swoimi problemami.
Jak każdy prawdziwy mężczyzna
Trudniej pogodzić się z niepełnosprawnością tym, którzy nagle, na skutek wypadku, lądują na wózku. Tak było z 35-latkiem Krzysztofem Kranzem. Dziś jest pełen optymizmu, wesoły i otwarty, ale przeszedł trudną drogę. Opowiada o tym, gdy odwiedzam go w jego pierwszym własnym mieszkaniu na bydgoskim osiedlu. Od trzech miesięcy żyje tu razem z narzeczoną, 27-letnią śliczną blondynką Olą. Jest rok 1992, Krzysztof idzie nad Brdę. Ostatni dzień wakacji, bardzo gorąco. Skacze i z całej siły uderza głową w dno. Uszkadza rdzeń kręgowy na odcinku szyjnym. Zabieg stabilizujący kręgosłup ratuje mu życie, ale Krzysztof długo nie wie, że nie będzie już chodzić. Rodzice trzymają to w tajemnicy.
Do tej pory zastanawia się, jak powinni się byli zachować. - Wydaje mi się, że podjęli dobrą decyzję, bo nie odebrali mi nadziei - mówi Krzysztof. - Chciałem jak najszybciej wrócić do szkoły, rehabilitowałem się, ćwiczyłem i powoli oswajałem z niemocą. Bolało, gdy w końcu uświadomiłem sobie, że nic z tego nie będzie, ale wtedy byłem już silniejszy. Na skutek przerwanego rdzenia mam też niedowład kończyn górnych, czyli nie ruszam palcami. Wykorzystuję sprawne nadgarstki.
Po wielu miesiącach tułaczki po szpitalach wrócił do domu. Zdał maturę, dostał się na studia zaoczne o specjalizacji finanse i bankowość. - Miałem chwile załamania, ale szybko z nich wychodziłem - dodaje Krzysztof. - Wiedziałem już, czego nie zmienię, i skupiałem się na tym, co mogę wyćwiczyć. Na początku poruszałem się po mieście tylko dzięki rodzicom, bratu i przyjaciołom. Najwierniejsi okazali się ci z podstawówki i osiedla.
Od kilku lat Krzysztof pracuje w Wydziale Zdrowia i Polityki Społecznej w Urzędzie Miasta w Bydgoszczy. Charytatywnie udziela się w Fundacji Aktywnej Rehabilitacji. Odwiedza w szpitalach ludzi po urazie rdzeniowym, pomaga w doborze wózka, zaprasza i współorganizuje obozy, na których uczy, w jaki sposób pomimo niepełnosprawności radzić sobie z życiem. - Na własnym przykładzie pokazuję im, że po wypadku można żyć normalnie - zapewnia Krzysztof i trudno mu nie wierzyć, bo sprawnie krząta się po kuchni.
- Odwiedzam osoby, które doznały urazów w wypadkach samochodowych i w sportach ekstremalnych. To głównie młodzi chłopcy. Mówię im, że powrót do życia wymaga cierpliwości i pracy nad sobą. Sam nie daję sobie taryfy ulgowej i dlatego cieszę się życiem. Gram w rugby, podróżuję, nurkuję.
Monika Głuska-Bagan
PANI 5/2010
Artykuł pochodzi z kategorii: Prawdziwe historie
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
Reklama
Wasze komentarze (55)
-
02.07.2010 (11:22)
-
05.06.2010 (15:24)niepelnosprawni maja o wiele wiecej sily i hartu ducha niz nie jedna sprawna osoba- tego sie trzeba uczyc ... chyle czola przed nimi
-
-
05.06.2010 (07:40)Piekny pozytywnie energetyzujacy tekst. Mysle, ze wielu tzw. "pelnosprawnych" tak naprawde mogloby sie uczyc od Was prawidlowej optyki swiata. Zycze Wam powodzenia i spelnienia marzen.
-
03.06.2010 (09:10)a ja jestem zdrowa i jakos nie moge znalezc partnera.......nie mam nic przeciwko takiej milkosci, milosc jak milosc, kazdemu sie nalezy........nie wiem jak mozna sie temu dziwic
-
03.06.2010 (05:12)
















Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli