Iwona Kinda poruszyła opinię publiczną, ale jej córka nie znalazła się do tej pory
/Karol Grygoruk /Pani
Mama Iwony Wieczorek, która zaginęła w lipcu zeszłego roku, nie chce pokazać pokoju córki. „A jeśli będzie miała do mnie o to pretensje?”, zastanawia się. Ale zaraz dodaje, że nic się w nim nie zmieniło. Rzeczy, ukochane lalki, płyty, książki – wszystko na swoim miejscu. Pościeliła tylko łóżko.
Gdzie jest Iwona?
To, co można powiedzieć o mamie Iwony Wieczorek na pierwszy rzut oka: jest bardzo ładna i zadbana. Ma mocny głos i nie płacze. Dziś, 15 sierpnia 2011 roku, 388 dni od zaginięcia córki, przygotowuje na obiad gołąbki. Mieszkanie jest ładne. Nowe, eleganckie osiedle w Gdańsku-Jelitkowie, kilkaset metrów od plaży.
To, czego po mamie Iwony Wieczorek nie widać: od ponad roku nie zasypia bez proszków. W ciągu dnia bierze silne antydepresanty, regularnie chodzi do psychologa i psychiatry. O córce myśli nieustannie – robiąc te gołąbki, przygotowała ich więcej. Ma na sobie jej bluzkę. Nosi ubrania Iwony, bo to przynosi ulgę. Tak jakby były blisko.
Pamięta, jak rok temu, trzy dni po zaginięciu Iwony, siedziała u niej przyjaciółka: „Musisz być przygotowana, ta sprawa może potrwać tydzień, ale też rok czy nawet lata”. Zareagowała gwałtownie: „Rok? Nie przeżyłabym tego”.
Historia zaginięcia Iwony Wieczorek to najgłośniejsza tego typu sprawa w ostatnich kilkunastu latach. Nie było gazety, telewizji i stacji radiowej, która nie zainteresowałaby się tajemniczym zniknięciem 19-latki z Gdańska.
“Proszę mi powiedzieć, jak to możliwe, że nad ranem w polskim kurorcie może nagle bez śladu zniknąć młoda osoba?”
Iwona Kinda
Dziewczyna w nocy z 16 na 17 lipca 2010 r. bawiła się ze znajomymi w słynnym sopockim Krzywym Domku przy Monte Cassino. Zabawa zakończyła się nad ranem. Według relacji znajomych Iwona o 3.30 rozstała się z nimi po sprzeczce. Mimo próśb postanowiła wracać sama wzdłuż morza. Kamera ostatni raz zarejestrowała, jak wychodzi z plaży wejściem nr 63. Stąd do domu miała już dziesięć minut. Ale nigdy do niego nie dotarła.
Iwona Kinda miliony razy odtwarzała tamten dzień. Z samego rana pojechała do pracy. Jest właścicielką salonu fryzjerskiego w centrum Sopotu, latem ma dużo klientów. Córka zadzwoniła około południa z informacją, że wpadnie wyprostować włosy, bo wieczorem idzie na imprezę. „Nie wiem, czy wrócę na noc, chyba będę spała u Adrii”, powiedziała, wychodząc. Późnym popołudniem rozmawiały ostatni raz.
W niedzielę rano zadzwoniła do córki. – Telefon był wyłączony – wspomina. – Myślałam, że Iwonka śpi, kolejny raz próbowałam się skontaktować po 11. Wciąż była poza zasięgiem. Po południu, po obdzwonieniu wszystkich jej znajomych, zgłosiła sprawę policji. Jeszcze wieczorem poszła do gdańskiego ośrodka telewizji z prośbą, by po wydaniu "Panoramy" zamieszczono komunikaty o zaginięciu.
“W Polsce co roku ginie około 15 tysięcy osób. Wśród ludzi młodych najczęściej dziewczyny.”
Przez pierwsze dwa tygodnie Kinda spała najdłużej 15 minut. Przez dom przewijały się tłumy przyjaciół Iwony. Kiedyś odwiedziło ją chyba z 50 osób, siedzieli na parapecie, podłodze. Pomogli drukować plakaty i ogłoszenia, rozwieszali je w całym mieście. Kilka tygodni później wpadli na pomysł, żeby zorganizować marsz pod hasłem: „Gdzie jest Iwona?”. Przyjechały setki osób z całej Polski.
– Nie chodziło tylko o moją córkę – tłumaczy Iwona Kinda. – Proszę mi powiedzieć, jak to możliwe, że nad ranem w polskim kurorcie może nagle bez śladu zniknąć młoda osoba? Często słyszała: „Dlaczego taki rozgłos akurat w sprawie Wieczorek?”. Podejrzewano ją o protekcję policji, dziennikarzy, tajemnicze znajomości. Bo jak jedna matka może poruszyć całą opinię publiczną? Odpowiadała spokojnie: „Zrobię wszystko, żeby odnaleźć swoje dziecko”.
– W Polsce co roku ginie około 15 tysięcy osób. Wśród ludzi młodych najczęściej dziewczyny – wyjaśnia Aleksandra Andruszczak-Zin z fundacji Itaka – Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych. – W poszukiwania zwykle najbardziej zaangażowane są matki, to one zgłaszają sprawy, dzwonią do naszej fundacji czy innych miejsc, gdzie mogą uzyskać pomoc.
Wyszaleje się i wróci
Andrzej Kownacki był bardzo związany ze swoją córką
/Karol Grygoruk /Pani
Historię Iwony Wieczorek zobaczyła w telewizji Marianna Cichocka z Sochaczewa. Kiedyś unikała takich programów, nie chciała patrzeć na cierpienie rodziców, którzy szukają zaginionych dzieci. Skąd mogła wiedzieć, że będzie jedną z nich? 28 maja 1999 r. jej 22-letnia córka Marzena wybiera się z przyjacielem Remigiuszem na dyskotekę. Ostatnie godziny: Marzena je na obiad ulubioną zupę pomidorową, szykuje kanapki. Potem pije w ogrodzie kawę, przed samym wyjściem wybiera obcisłe dżinsy i niebieską koszulę. Wychodząc, obiecuje: „Będę nad ranem”.
Około południa następnego dnia Marianna jeszcze się nie denerwuje. Może córka została na noc u koleżanki? Dopiero gdy wpada Remigiusz i pyta, czy Marzena już wstała, czuje, że stało się coś złego. „Przecież była z tobą”, mówi. „Nie, pojechaliśmy jeszcze z moim znajomym, on miał ją odwieźć”, tłumaczy chłopak. Cichocka jedzie z mężem szukać córki nad zalewem, może gdzieś biwakuje. Do komendy dociera po południu. Słyszy: „Minęły 24 godziny? Wyszaleje się i wróci”.
Marianna nie ma siły się kłócić. Członkowie rodziny wypytują w sklepach, lokalnych pubach. – To nie policja, tylko moja bratanica z kolegami dowiedziała się, że córka na dyskotekę nawet nie dotarła – denerwuje się Marianna Cichocka. – Prześledzili jej ostatnie kroki. Najpierw poszła z Remigiuszem i tym znajomym, Tomkiem, do baru, wypili colę, potem już we dwójkę, ona i Tomek, kupowali w markecie alkohol. Tam ślad się urywa. A ten cały Tomek na przesłuchaniu zeznał, że po Marzenę podjechał biały peugeot. Tylko że nikt oprócz niego tego samochodu nie widział.
Marianna Cichocka przez następne tygodnie nie śpi i nie je. Czuwa przy telefonie. Dwie starsze siostry na zmianę pilnują, by cokolwiek przełknęła. Ona czeka, aż policja przeszuka samochód Tomka. Dla niej jest jasne, że nie było żadnego peugeota. Pisze kolejne odwołania. Nie wie, jak należy rozmawiać z prokuratorem. To dla niej pierwsze doświadczenie z wymiarem sprawiedliwości.
Pomoc uzyskuje w Stowarzyszeniu Przeciwko Zbrodni im. Jolanty Brzozowskiej. Oni kontaktują się z policją. Na wiele rzeczy jest już jednak za późno. Aleksandra Andruszczak-Zin: – Na początku są szok i poczucie, że to wszystko nie dzieje się naprawdę. Potem pojawiają się siła i mobilizacja do działania. Ale gdy rodzina nie ma wsparcia w służbach, których zadaniem jest pomagać obywatelom, chęć walki i wiara, że się uda, maleją.
Prześlij 800 tysięcy
Trzy miesiące po zaginięciu Marzeny Marianna Cichocka czyta nagłówek lokalnej gazety: „Są zwłoki Marzeny C.”, i dalej opis: „Przypadkowy wędkarz odnalazł skrzynię wyrzuconą na brzeg wody, otworzył ją i zobaczył koszmarny widok: tułów kobiety w dwóch czarnych workach bez głowy i rąk. Najprawdopodobniej jest to korpus zaginionej w maju 22-latki”. Z trudem dochodzi do domu, próbuje dodzwonić się do laboratorium, gdzie robią badania genetyczne. Dopiero po kilku godzinach profesor oznajmia, że to nie zwłoki Marzeny, a dziennikarka podała informację na wyrost. Ulga.
“Każdej nocy przez kilka godzin stoi w oknie i patrzy, czy córka nie wraca do domu. Pomocy szuka u znanych jasnowidzów i wróżek.”
Takich sytuacji przez 12 lat będzie więcej. Na początku co kilka tygodni dostaje wiadomość z prośbą o identyfikację ciała. Odbiera też telefony od ludzi, którzy „wiedzą”, gdzie jest Marzena. Ktoś widział ją za granicą, ktoś inny kilkadziesiąt kilometrów od miejsca zamieszkania, jeszcze inny wskaże, gdzie jest ciało. Policja sprawdza każdy ślad. Bez rezultatów.
Im więcej mija czasu, tym obojętniej Marianna Cichocka reaguje na kolejne wiadomości. Ale każdej nocy przez kilka godzin stoi w oknie i patrzy, czy córka nie wraca do domu. Pomocy szuka u znanych jasnowidzów i wróżek. Większość zapewnia: „Marzena żyje”. Tylko że nikt nie potrafi podać żadnych wskazówek.
Iwona Kinda udostępnia swój numer telefonu w internecie. Dostaje setki SMS-ów i telefonów o rzekomym miejscu pobytu córki. Ludzie żądają za informację pieniędzy. Mężczyzna z Częstochowy: „Wiem, gdzie ona jest, ale najpierw prześlij na moje konto 800 tysięcy”. Dla uwiarygodnienia wysyła zdjęcia Iwony, potem okazuje się, że to są stare fotografie obrobione w Photoshopie.
Telefony i SMS-y od jasnowidzów. Jeden z nich: „Iwona nie żyje, leży na ulicy Słowackiego, 400 metrów w głąb lasu, zwrócona twarzą na południe”. Kinda nie śpi po nim całą noc, ale nie szuka tam córki. – Te tereny były dokładnie sprawdzane, zresztą po słynnym Jackowskim, który w niczym mi nie pomógł, tylko zrobił wiele szumu, nie wierzę w nadprzyrodzoną moc.
Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli