Rzymska prowincja. Tak daleka, że wygnany tu Owidiusz nie mógł sobie wyobrazić większej kary. Tajemnicze peryferie Europy między nieznaną Wołoszczyną a dziką Besarabią. Sąsiad, do którego przed wojną był tylko krok z polskiej Huculszczyzny, a i dzisiaj nie jest daleko. Trzeba się spieszyć, żeby to poczuć. Rumunia szybko się zmienia.
Być może już za kilka lat w Rumunii wszystko będzie wyglądać idealnie
/© Panthermedia
Hrabia Dracula? Nie istniał, ale kogo to obchodzi? – wzdycha Elena, dwudziestoletnia przewodniczka po Sighişoarze, która wobec wampira ma mieszane uczucia. Trudno, lepszy Dracula ściągający turystów niż dzielny Vlad, który świata nie interesuje. Postać wymyślona przez irlandzkiego pisarza Brama Stokera i opisana w powieści Dracula w części wzorowana jest na autentycznej postaci Vlada Palownika.
Jak można wnioskować po przydomku, lepiej było nie wchodzić mu w drogę. Cóż, żył w niespokojnych czasach XV wieku, kiedy to, by utrzymać władzę, musiał rządzić twardą ręką, siejąc postrach. Tak jak wcześniej jego ojciec, wołoski wojewoda Vlad III Draka (Diabeł). To po tacie Vlad dostał przydomek „Drăculea” oznaczający syna Diabła.
– Ale pamiętaj, że czarny PR zgotowali mu polityczni oponenci – mówi Elena z naciskiem. – I to przez nich mamy krwiożerczego wampira za władcę. Kilka takich pamfletów o prawdziwych i wymyślonych okrucieństwach ocalało do naszych czasów, a ich tytuł w stylu Przerażająca i prawdziwa, niezwyczajna historia okrutnego, krew pijącego tyrana zwanego księciem Draculą od razu zdradza, czego spodziewać się po lekturze.
Dwoistość postaci surowego władcy i krwawego wampira najlepiej widać na straganach z pamiątkami. Jeden o dumnym obliczu patrzy w dal nieprzeniknionym wzrokiem, drugi szczerzy kły na kubkach i podkoszulkach.
– Od razu wiem, czy kupuje turysta, czy swój – mówi Wasyl, właściciel kramu z pamiątkami u stóp zamku w Bran. – Bo nasi kupują Vlada, a obcy wolą Draculę. Pole do socjologicznej obserwacji ma spore, zamek w Bran bowiem – rzekomą siedzibę okrutnika – przez cały rok oblegają tłumy spragnione spotkania z legendą. I choć siedzibą prawdziwego Vlada był zamek w Poienari, to Bran jest wystarczająco wystylizowany, by sprostać oczekiwaniom turystów. Zatem kolejne wycieczki przemykają przez blisko 60 komnat i podziemnych przejść, wrzucają grosik na szczęście do fontanny na dziedzińcu i mkną dalej śladem legendy do Sighişoary.
To średniowieczne miasteczko wygląda jak jaskółcze gniazdo przylepione do stoku góry. Znad zieleni drzew widać wieże i wieżyczki dawnych pałaców, obronnych murów i kościołów. Na górze czeka plątanina uliczek, po których latem wędrują „średniowieczni” heroldzi witający turystów w kilkudziesięciu językach! Wystarczy powiedzieć coś po polsku, by usłyszeć w odpowiedzi: „Dzień dobry! Witamy w Sighişoarze!”. I robi się miło.
– Popatrz uważnie – Elena prowadzi mnie najpierw na lśniący nową farbą rynek, a potem skręca w zapuszczoną boczną uliczkę. – Jesteśmy niczym Kopciuszek w drodze na bal. Już w pięknej sukni, a jeszcze bez makijażu i fryzury. Sądząc po szybkości, z jaką od czasu wstąpienia do Unii upiększają się rumuńskie miasta, być może już za kilka lat wszystko będzie wyglądać idealnie. I trudno wyczuć, czy Elenie żal „prawdziwej” Rumunii, jaką pamięta jeszcze z dzieciństwa, czy też wolałaby, by jej miasto nie różniło się niczym od światowych metropolii. – Widzisz ten znak? Paryż – 2100 km, Wiedeń – 860 km, Europa – 0 km. Leczymy kompleksy ekspresowo, tylko czasem myślę, czy aby nie pogubimy się po drodze.
Prawdziwej Rumunii, zakochanej w swej historii, warto poszukać w położonej niedaleko Viscri: stojące wzdłuż drogi kolorowe saskie domy są tak doskonale zachowane, że cała wioska została wpisana na listę UNESCO. Pani Sara Dootz, staruszka wywodząca się ze starej rodziny Sasów siedmiogrodzkich, chętnie oprowadza po tutejszym warownym kościele, opowiadając burzliwą historię tych ziem.
Na koniec zaś, by turysta docenił, do jak niezwykłego miejsca przyjechał, dodaje wątek osobisty o swej córce, która, szukając pracy i miłości, wyjechała do Niemiec, lecz umiłowanie małej ojczyzny okazało się silniejsze i wraz z mężem powróciła do Viscri. – Bo co tam Monachium, kiedy tu jest tak pięknie – mówi ze szczerym zachwytem.
Sasów, przybyłych na te tereny w XII wieku z niemieckiej Saksonii, przez wieki uważano za obcych, po II wojnie zaś jako Niemcy stali się obywatelami drugiej kategorii. Nic więc dziwnego, że dziś w wiosce z przedwojennych rodów przetrwało zaledwie kilka osób...
Pamiątką pozostawioną przez Sasów, z której pani Sara jest szczególnie dumna, są chłopskie zamki. Unikat w historii Europy. Zamiast reprezentacyjnych sal pałacowych za murami budowano domki i chlewiki. Najsłynniejszy zamek znajduje się na szczycie stromej góry w Râşnovie. Prawdziwym wyzwaniem przy jego budowie było wykopanie studni. Woda znajdowała się dopiero 143 metry niżej. Studnia okazała się doskonałą inwestycją.
Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli