Przejdź na stronę główną Interia.pl

Życie w najszczęśliwszym kraju świata

Mieszkańcy Danii uważani są za najszczęśliwszych na świecie /©123RF/PICSEL

Zaczęło się niewinnie. Po kilku wolnych dniach męża i mnie dopadła pourlopowa depresja, objawiająca się problemami z wdrożeniem się w dotychczasowe obowiązki. Wszechobecna szara mżawka sprawiała, że Londyn wydawał się przybrudzony i zmęczony - co udzieliło się również mnie - pisze Helen Russell, która postanowiła na rok przenieść się do Danii - kraju uważanego za najszczęśliwszy na świecie.

Reklama

Przeczytaj fragment książki Hellen Russel "Życie po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie":

"To niemożliwe, że wszyscy tak żyją..." - powtarzałam sobie każdego ranka, kiedy jechałam do biura, oraz pół doby później, wracając zasłanymi kośćmi z kurczaka ulicami do domu, gdzie miałam poświęcić kilka dodatkowych godzin na dokończenie rozpoczętych projektów albo z marszu udać się na umówione spotkanie.

Reklama

Byłam dziennikarką w magazynie ilustrowanym, a czułam się jak oszustka. Zapewniałam czytelniczki, że świat stoi przed nimi otworem: że mogą osiągnąć właściwą równowagę między pracą i życiem osobistym, odnieść sukces, nie odejść od zmysłów i uniknąć skrajności - a przy okazji paradować w najmodniejszych ciuchach i promieniować energią. Tymczasem sama spłacałam pożyczkę studencką, a na nogach trzymały mnie tylko pochłaniana w hurtowych ilościach kawa i sauvignon blanc, które popijałam na dobranoc.

Moje życie rozsypywało się na kawałki

W niedzielę wieczorem regularnie nawiedzało mnie znajome uczucie ucisku w klatce piersiowej zwiastującego rychły początek tygodnia, a z każdym mijającym dniem musiałam się coraz bardziej pilnować, żeby nie przedłużyć sobie porannej drzemki. Od ponad dekady mozolnie pięłam się po stopniach kariery zawodowej. Kiedy jednak zdobyłam stanowisko, na którym tak bardzo mi zależało, odkryłam, że nie przyniosło mi to satysfakcji, tylko więcej obowiązków. Moje aspiracje się rozmyły. Nawet kiedy osiągnęłam swój cel, "brakowało" mi czegoś jeszcze.

Lista rzeczy, które chciałam, musiałam albo powinnam zrobić, ciągnęła się w nieskończoność. Ale na nic nie miałam energii. Moje życie rozsypywało się na kawałki. Choć nieustannie próbowałam robić kilka rzeczy naraz, ciągle miałam wrażenie, że z niczym nie nadążam. Miałam 33 lata - tyle samo co Jezus, kiedy umarł, ale on do tego czasu zdążył, przynajmniej tak powiadają, przejść się po wodzie, uleczyć chorego na trąd i wskrzesić zmarłego. A już na pewno skupił wokół siebie grupę wiernych fanów, przeklął drzewo figowe i zmajstrował coś z weselnym winem.

A ja? Miałam pracę. Fajne mieszkanie. Męża i grupkę przyjaciół. Oraz nowego psa - kundelka nieznanego pochodzenia, który miał nam pomóc spowolnić miejskie tempo życia i nadać mu lekko sielankowy posmak. Ogólnie rzecz biorąc, wiodło mi się nie najgorzej. Może pomijając bóle głowy, nieregularne ataki bezsenności, nawracające zapalenie migdałków, którego nie mogłam się pozbyć nawet po kilku miesiącach przyjmowania antybiotyków, oraz cotygodniowe przeziębienie. Ale to przecież normalne, prawda? Kiedyś napędzało mnie miejskie życie, a dynamiczny, pełen energii zespół współpracowników dostarczał nieustannych wrażeń. Mój kalendarz spotkań pękał w szwach, miałam grono bliskich przyjaciół, na których mogłam liczyć w potrzebie, i mieszkałam w jednym z najbardziej ekscytujących miejsc na świecie. Ale po 12 latach życia na pełnych obrotach oraz dwóch atakach nożownika, do których doszło w ciągu jednego roku w Północnym Londynie, gdzie mieszkaliśmy, ni z tego, ni z owego dopadło mnie uczucie pustki.

Ale to nie wszystko. Przez ostatnie dwa lata dzień w dzień przyjmowałam hormony - i miesiąc po miesiącu musiałam radzić sobie z uczuciem rozczarowania. Staraliśmy się o dziecko, choć na razie bez rezultatów. Mój żołądek zawiązywał się w supeł za każdym razem, kiedy po biurze krążyła kartka z życzeniami dla koleżanki odchodzącej na macierzyński. Po kilku latach marzeń o własnym dziecku i regularnych, cotrzytygodniowych wizyt w szpitalu człowiek przestaje się rozczulać na widok kolejnego bobasa w śpioszkach. W końcu zaczęły się żarty w stylu "pospiesz się", "nie jesteś już taka młoda" i sugestie, żebym przypadkiem nie "przegapiła swojego czasu". Od ciągłych uśmieszków rozbolała mnie szczęka, choć tak naprawdę miałam ochotę walnąć dowcipnisia w nos i wykrzyczeć "Odwal się!".

Pogodziłam się z myślą o zabiegach in vitro w godzinach pracy i całej tej dodatkowej pracy, żeby ze wszystkim nadążyć. Musiałam dać z siebie wszystko, nie myśleć za dużo, walczyć o styl życia, którego - jak sądziłam - tak bardzo pragnęłam. Którego, jak mi się wydawało, oboje z mężem potrzebowaliśmy. Moja druga połowa również zmagała się ze stresem i zwykle wracała do domu wściekła na cały świat. Mąż narzekał na beznadziejnych kierowców albo korki w godzinach szczytu, przez które droga do pracy i powrót do domu zajmowały mu łącznie półtorej godziny. W końcu padał na sofę i włączał Top Gear albo jakiś inny program, który pozwalał mu dotrwać do momentu, kiedy kładliśmy się spać.(...)

Bywał nieprawdopodobnie wkurzający

Pojawił się w moim życiu, kiedy znalazłam się na skraju wytrzymałości. A dokładniej mówiąc, w 2008 roku. Poprzedni chłopak rzucił mnie przed ołtarzem (serio), a na ostatnią randkę, na którą się wybrałam, poszłam z facetem, który obiecał własnoręcznie przygotować nam kolację, ale tak bardzo pochłonął go wyświetlany w telewizji mecz, że zapomniał kupić składniki. Zaoferował, że zamówi mi pizzę z Domino’s. Odpowiedziałam, żeby sobie darował. Dlatego kiedy od przyszłego męża usłyszałam, że coś mi ugotuje, nie miałam wielkich oczekiwań. Ale kolacja udała się nadzwyczaj dobrze. Okazało się, że trafiłam na bystrego, zabawnego i pełnego dobroci mężczyznę, który wie, do czego służą kokilki. Zwłaszcza to ostatnie zaimponowało mojej mamie. "Skoro ten młody człowiek ma w domu kokilki, to musiał odebrać porządne wychowanie", stwierdziła. "I jeszcze wie, co z nimi zrobić!".

Ślub wzięliśmy trzy lata później. Głównie dlatego, że potrafił mnie rozbawić, wcinał moje eksperymentalne potrawy i nie narzekał, kiedy przeczesywałam mieszkanie w poszukiwaniu słodyczy. Bywał nieprawdopodobnie wkurzający - dzień w dzień gubił klucze, portfel, telefon albo wszystkie te rzeczy naraz, pojęcie punktualności było mu zupełnie obce, a jego skłonność do przesiadywania w toalecie bite pół godziny doprowadzała mnie do szału ("co ty tam robisz, łazienkę remontujesz?"). Ale ogólnie rzecz biorąc, wiodło nam się dobrze. Mieliśmy wspólne życie. I kochaliśmy się, no, może z wyjątkiem sytuacji, kiedy musieliśmy pojechać do szpitala, dopadała nas depresja/wypalenie/choroby lub, regularnie pod koniec każdego miesiąca, niepewność co do naszej sytuacji finansowej (bo na początku miesiąca znowu wydaliśmy za dużo).

Wyobrażałam sobie, że za kilka lat opuścimy Londyn, jeszcze trochę popracujemy, odwiedzimy przyjaciół, wyjedziemy na wakacje, a w końcu przejdziemy na emeryturę. Miałam być taką Jessicą Fletcher z serialu "Napisała: Morderstwo" - dzielącą wolny czas między pisanie i rozwikływanie tajemnic zbrodni doskonałych, popijającą herbatę z filiżanki do wtóru śmiechu publiczności. Super była ta moja wymarzona emerytura. Ale mąż nie wydawał się zachwycony taką wizją naszej przyszłości. (...)

Nie tęsknię za przygodami, ponieważ posmakowałam ich aż nadto w przeszłości. Teraz jedyną rzeczą, której pragnęłam, była stabilność. Kiedy na horyzoncie zamajaczy perspektywa awanturniczego wyzwania, automatycznie zamykam się w swojej strefie komfortu. Nawet w menu nie lubię innowacji. Za to mój mąż, jak się okazało, oczekiwał czegoś więcej. Do tego stopnia wystraszył mnie tą deklaracją, że zaczęłam się zastanawiać, czy jestem dla niego "odpowiednia". To wystarczyło, żeby zasiać ziarno niepewności. Wreszcie w którąś deszczową środę wyznał, że zaproponowano mu nową pracę. W innym kraju.

- Co takiego? Kiedy? - spytałam zdziwiona, podejrzewając, że ubiegał się o tę posadę w tajemnicy przede mną.

- Dzisiaj rano - odparł, pokazując mi mejla, faktycznie z dzisiejszą datą, w którym pytano go, czy byłby zainteresowany przeprowadzką do... Danii. Kraju ciastek, bekonu, silnych kobiet w literaturze i ulubionej zabawki męża z dzieciństwa. I to właśnie producent maleńkich plastikowych cegiełek szukał osoby o jego kwalifikacjach.

- Lego? - zapytałam z niedowierzaniem, doczytując mejla. - Mamy się przenieść do Danii, żebyś mógł pracować dla Lego?

Do Legolandu na rekonesans

To jakieś żarty? Trafiliśmy do drugiej części pokręconego filmu z Tomem Hanksem, w którym spełniają się marzenia dorosłych? I co jeszcze? Myszki z Sylvanian Families koronują mnie na swoją leśną królową? My Little Pony przyślą mi mejlem nominację na szefową wszystkich kucyków? Co tu się dzieje? I czyja to sprawka: dżina czy maszyny z wesołego miasteczka?

Mąż potrząsnął głową przecząco i wyjaśnił, że sam dowiedział się o wszystkim dzisiaj rano - najprawdopodobniej rekruter, z którym od wieków nie miał kontaktu, musiał przesłać jego CV gdzieś wyżej. Nie starał się o tę pracę, ale skoro nadarza się okazja, to chciałby przynajmniej wziąć ją pod rozwagę.

- Proszę? - wpadł w błagalny ton. - Dla mnie? Gdyby chodziło o ciebie, tobym się zgodził. Następnym razem przeprowadzimy się, jak ty będziesz zmieniać pracę - obiecał.

Oferta nie była do końca fair: dobrze wiedział, że z uśmiechem na ustach zamieszkałabym w miasteczku nieopodal autostrady M25, gdzie wprowadziłabym w życie projekt "Jessica Fletcher". W swoich marzeniach nigdy nie rozważałam wyjazdu do Danii. Ale tak bardzo mu na tym zależało. Przez następny tydzień nie rozmawialiśmy o niczym innym, a im więcej czasu poświęcaliśmy wyjazdowi, tym lepiej rozumiałam, jak wielkie nadzieje z nim wiąże. Gdybym odmówiła rok po ślubie, to jak rzutowałoby to na naszą wspólną przyszłość? Czy jestem gotowa zaryzykować, że do końca życia będziemy żałować złej decyzji? Albo że mąż będzie miał mi za złe mój opór? Kochałam go. Zgodziłam się więc wszystko przemyśleć.

W któryś weekend wybraliśmy się do Danii - a dokładniej mówiąc, do Legolandu - na rekonesans. Uśmialiśmy się z wolno jadących samochodów i zamurowało nas na widok ceny zwykłej kanapki. Plusy były oczywiste: czysto, duńskie słodkie bułki okazały się smaczniejsze, niż sądziliśmy, a piękne widoki zachwycały - choć nie porażały jak norweskie fiordy.

Pobyt w Danii sprawił, że zaczęłam rozważać nowe możliwości. Posmakowaliśmy innego stylu życia i przekonaliśmy się, jak bardzo ludzie, których tu poznaliśmy, różnią się od Brytyjczyków. Pomijając fakt, że wszyscy sprawiali wrażenie rodowitych wikingów - byli wyżsi zarówno ode mnie (160 cm), jak i od męża (180 cm) - oni po prostu inaczej wyglądali. Byli wyluzowani. Wolniej chodzili. Zatrzymywali się, żeby popatrzeć sobie na okolicę. Albo żeby wziąć głębszy oddech. Wróciliśmy do domu, do codziennej harówki. I pomimo szczerych wysiłków nie potrafiłam wybić sobie tej Danii z głowy. Trochę przypominało to dobry kryminał, w którym kolejne tropy wiodą do rozwiązania zagadki. Nie potrafiłam się uwolnić od myśli, że moglibyśmy zmienić coś w naszym życiu, które do tej pory bezwarunkowo akceptowałam. (...)

Potrzebuję więcej informacji

Po weekendzie "innego życia" stanęliśmy przed wyborem. Mogliśmy pozostać przy tym, co znaliśmy, albo wykonać jakiś ruch, zanim na dobre zapuścimy korzenie. Jeśli naprawdę mieliśmy poszukać spełnienia, musieliśmy zacząć zmieniać nasze życie. I to już. Mój mąż, wielki fan Skandynawii, zakochał się w Danii od pierwszego wejrzenia. Ja z kolei, jako osoba z natury ostrożna, potrzebowałam trochę czasu na podjęcie decyzji. Moja dziennikarska natura podpowiadała, że potrzebuję więcej informacji.

O Danii wiedziałam raczej niewiele - kojarzyłam Sarę Lund i jej swetry z Wysp Owczych, Birgitte Nyborg i jej kok oraz Adama Price’a, autora serialu Rząd, dzięki któremu widok polityka koalicji w godzinach największej oglądalności przestał wywoływać u mnie ból brzucha. Ze skandynawskich kryminałów dowiedziałam się dwóch rzeczy: że w krajach nordyckich nieustannie leje i często dochodzi do morderstw. Okazało się jednak, że Dania jest popularnym celem wycieczek - według portalu internetowego Visit Denmark liczba turystów wzrosła z roku na rok o 26 procent. Okazało się też, że ten maleńki skandynawski kraj nadzwyczaj dobrze radzi sobie w handlu, a wśród eksporterów można znaleźć takie firmy jak Carlsberg (prawdopodobnie najlepszy lager świata), Arla (siódmy co do wielkości producent nabiału, w tym masła lurpak), Danish Crown (główny dostawca bekonu na rynek brytyjski) oraz oczywiście Lego - największy producent zabawek na świecie. Nie najgorzej jak na kraj o populacji pięciu i pół miliona obywateli (mniej więcej tylu mieszkańców liczy Południowy Londyn).

- Pięć i pół miliona! - Czytając tę informację, wybuchnęłam rechotliwym śmiechem. Pomijając psa, byłam w domu sama, ale nawet on wyraził niedowierzanie ostentacyjnym prychnięciem. A może po prostu kichał. - Czy z pięciu i pół miliona ludzi da się stworzyć kraj? - zapytałam mojego pupila. - To chyba raczej duże miasto? Naprawdę potrzebują osobnego języka? - Pies oddalił się chyłkiem, jakby dając mi do zrozumienia, że to pytanie go przerasta. Wróciłam do lektury.

Według irlandzkiego Central Statistics Office Dania wyróżnia się wśród pozostałych krajów Unii Europejskiej najwyższymi kosztami życia oraz porażająco wysokimi podatkami. No super! Pod koniec miesiąca będziemy jeszcze bardziej spłukani, niż zwykle... Ale w zamian państwo gwarantuje wszechstronną opiekę społeczną, darmowy dostęp do służby zdrowia i edukacji (w tym studiów wyższych na uniwersytecie), a także dopłaty do wychowania dzieci, zaś dzięki ubezpieczeniu od utraty pracy bezrobotny przez dwa lata otrzymuje co miesiąc 80 procent dotychczasowych zarobków.

Jak się dowiedziałam, w Danii różnica między najbiedniejszymi a najbogatszymi jest bardzo mała. I choć nigdzie na świecie nie udało się jeszcze wywalczyć pełnej równości płci, Dania ma w tej dziedzinie znaczne osiągnięcia: urząd premiera oraz funkcję szefów wielu ważnych instytucji pełnią kobiety. Inaczej niż w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, gdzie mówi się im, że powinny "włączyć się do gry" i ciężej pracować, w Danii można sobie poradzić, nie wkładając w to nadmiernego wysiłku. No i nikt nikomu nie wmawia, że w życiu trzeba mieć "wszystko". Miła odmiana, pomyślałam.

W USA i Wielkiej Brytanii kobieta walczy o lepsze wynagrodzenie; w Skandynawii liczy się czas - spędzany z rodziną i na wypoczynku - oraz równowaga między pracą a życiem osobistym. W Danii obowiązuje najkrótszy tydzień pracy, a według najnowszych statystyk (zaczerpniętych ze Statistics Denmark) Duńczycy przepracowują średnio 34 godziny tygodniowo. Dla porównania brytyjskie Office of National Statistics informuje, że mieszkańcy Zjednoczonego Królestwa pracują tygodniowo średnio 42,7 godziny. Duńczycy nie pracują na okrągło i nie wykorzystują zarobionych pieniędzy, żeby się odciążyć w innych sferach życia - na przykład gotowaniu, sprzątaniu, pracy w ogrodzie czy nawet woskowaniu; wolą to wszystko robić samodzielnie.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje