Przejdź na stronę główną Interia.pl

Życie jak w Madrycie?

Niby nic trudnego. Wystarczy założyć blog, wymyślić wpadający w ucho nick, robić sobie selfie w pożyczonych ciuchach, wrzucać je na stronę i czekać na kontrakty reklamowe. Tak myślą dziewczyny, dla których „blogerka mody” to synonim lekkiego i przyjemnego zarabiania pieniędzy. Tak jest, z jednym „ale”. Trzeba się przebić i zainteresować sobą tysiące. Jak to zrobić? Opowiadają królowe polskiej blogosfery.

Na spotkanie z Macademian Girl, Tamara Gonzalez Perea, zwaną w blogosferze kolorowym ptakiem, wkładam najbardziej odlotowe ubranie, jakie przychodzi mi do głowy. Jaskrawoniebieska marynarka (kobaltowa - prostuje Tamara), czarny T-shirt z szarym napisem "Star Wars", przetarte dżinsy. No i buty - kompletna zgroza - szare adidasy do biegania.

Reklama

- Pasują do napisu na T-shircie - akceptuje Tamara. - Tylko wyjmij T-shirt na wierzch, bo koszulkę włożoną w spodnie może nosić wujek stroniący od mody. To zbyt ugrzecznione w momencie, kiedy mieszasz w swoim stroju aż trzy style: casualowy T-shirt, sportowe buty i elegancką marynarkę. Koloru marynarki się nie obawiaj, jest piękny, podbija kolor twoich oczu. Przekonuje mnie, że ubranie nie ma pasować do kanonów, tylko do tego, kto je nosi. - Chodzi o to, żeby się ubrać, nie przebrać. A styl powstaje tam, gdzie odchodzi się od schematu, na przykład przez niekonwencjonalny dodatek. Kolczyki glamour do stroju sportowego. Albo twoje adidasy. W modzie nie ma "dlaczego", jest tylko "dlaczego nie".

Tamara przyszła w limonkowej moherowej sukience przed kolana, granatowych zamszowych butach z klamrą, rajstopach w kolorze błękitu pruskiego i takich samych nausznikach, malinowym płaszczu z wełny, z komiksowymi kolczykami i trzema sznurami korali w tonacjach niebieskiej i szarej. Do tego makijaż perłowo-bordowy i pomarańczowa pomadka.

- Potrafię się tak wyszykować w pół godziny, trening czyni mistrza. Moje stylizacje nie są przeznaczone dla insiderek mody, tylko dla zwykłych kobiet. Chcę im pokazać, jak ciekawie zestawiać kolory - mówi Tamara. - Jestem po ASP i dla mnie strój jest obrazem, myślę o ubraniach jak o plamach kolorów. Maluję ubraniami.

Ranne zdjęcia

Rok 2012. Julia Kuczyńska, znana jako Maffashion, ale wtedy mało komu znana, wstaje przed świtem. O 7 rano jest umówiona z kolegą z rodzinnego Złotowa na dachu. Bo dach to dobry plener, a 7 to godzina, kiedy jest najlepsze światło. Później się nie da, bo Julia pędzi do pracy, a kiedy z niej wyjdzie, będzie ciemno. Wynajęła mieszkanie z dwiema koleżankami, jedną poznała na warsztatach mody w Krakowie. Utrzymuje się sama, żyje biednie.

- Gdy opłaciłam czynsz i jeszcze wypadała moja kolej, żeby kupić środki czystości, to zostawała mi dycha na tydzień. Pracuje w miejscu, które nazywa "showroomem z biżuterią". Szefowa sklepu napisała do niej po tym, jak zobaczyła jej zdjęcia na pokazującym modę portalu Lookbook.nu. Julia wrzucała tam swoje stylizacje i fotografie znalezione w internecie z takim sukcesem, że trafiła na pierwsze miejsce publikujących na portalu. Założyła blog, ale wyłącznie ze zdjęciami.

- Nie zamieszczam treści, bo ludzie nie zawsze czytają ze zrozumieniem. Zresztą, co bym miała pisać? "Ta bluzeczka pasuje do tych spodni"? Infantylne. Same obrazki bronią się lepiej - wyjaśnia.

Pierwsze propozycje dostaje w Złotowie. Pomaga Dodzie w stylizacji przed koncertem. Tam też zakłada blog, jeszcze w czasie studiów na kulturoznawstwie w Poznaniu. Zdjęcia robi na tle niebieskiej ściany swojego pokoju albo w drodze do pracy (dorabia jako grafik w agencji reklamowej, opracowuje "gazetki RTV albo AGD, które człowiek potem spod drzwi wyrzuca"). Stawia aparat małpkę na śmietniku i cyka zdjęcia samowyzwalaczem.

- Stąd się brały moje "pozy". Chciałam pokazać but, a nie mogłam się oddalić, bo samowyzwalacz tykał, więc musiałam się skulić, żeby się zmieścić w kadrze - wyjaśnia. - Wiedziałam, że nie mam takiego tła do stylizacji jak dziewczyny, które mieszkają w Paryżu albo Mediolanie, więc starałam się przykuć uwagę swoim poczuciem estetyki. Jak ci to wytłumaczę? Generalnie im bardziej pojechana stylizacja, tym skromniej trzeba wyglądać. Bo jak dodasz do tego wyzywającą pozę i minę z dzióbkiem, to jest too much.

Jej kariera przyspiesza w Warszawie. Pierwszego dnia pracy w showroomie odwraca się, a tam Katarzyna Figura. Za chwilę przychodzi Anna Mucha, Jaga Hupało.

- Na dziewczynie z małego miasta robiło to wrażenie - przyznaje. - Rozglądałam się z pytaniem w głowie: czy tylko ja je widzę? Rozkręca blog i w końcu dostaje pierwszą propozycję "współpracy". Może sobie wybrać dowolne buty ze sklepu i ma je tylko opisać. - Wow! Spadłam z krzesła z radości. Wybrałam zimowe z kożuszkiem. Prawa do zdjęć trzyma w swoim ręku. Sama też zajmuje się ich obróbką.

- Kiedy to zlecałam, dostawałam po tygodniu. I źle wybrane, bo czasem fotograf wyrzucał zdjęcie, na którym miałam zamknięte oczy, a na tym właśnie najlepiej układały się ubrania. Robiłam więc z tego taki kadr, że ucinałam sobie głowę.

Jej ksywka Maffashion wzięła się od marchewki. Jeszcze w szkole litrami piła sok marchewkowy i kolega przezwał ją najpierw Marchewką, potem Maffetką. Pod tą marką sprzedaje kurtki i bluzy w sklepach internetowych. Jej twarz trafia na koszulki w Zarze i w Bershce i na okładkę niemieckiego "Vogue’a". Na rok 2017 przyjęła dwa postanowienia: wyprostować przegrodę nosową i kupić psa. - Ale nie szczurka do torebki, tylko psa psa - mówi Julia.

Kampania za 30tysięcy

Rok 1996. Eliza Wydrych, dziś Fashionelka, dostaje od brata na 16. urodziny w prezencie "wędkę". Konkretnie stronę internetową z prostymi grami dla dzieci. Szybko uczy się marketingu, ściąga na stronę reklamy i już w liceum zaczyna zarabiać pieniądze w internecie. Na ferie szkolne jedzie do ojca do Londynu. Ile można biegać po sklepach? Z nudów zakłada blog. O modzie, to ją wtedy fascynuje, nawet na tej swojej stronie najbardziej lubiła gry ubieranki. Początkowo w ogóle nie pokazuje się na zdjęciach, wstydzi się. Po trzech miesiącach decyduje się pokazać sylwetkę, ale twarz zamalowuje w programie komputerowym Paint. Już po kilku miesiącach dostaje pierwsze propozycje barterowe: przychodzi paczka kosmetyków, ma tylko zrobić im zdjęcie, potem wrzucić na blog. I pierwsza komercyjna: producent pasty do zębów daje jej roczny zapas past i szczoteczek, którymi Eliza obdarowuje rodzinę. Jeszcze płaci dwa tysiące.

Wszystko, co zarobi, Eliza stara się inwestować w blog i w wizerunek. Wie, że jeśli pójdzie negocjować kontrakt na kampanię produktu w mediach społecznościowych z torebką za trzy tysiące, to nie zaproponują jej mniej, niż kosztuje ta torebka. Ale zaczyna mieć dość banału. - "Ślicznie, ładnie, fajna bluzka" - przedrzeźnia Eliza. - Ile można? Z opresji ratuje ją ówczesny "król blogosfery" - Kominek, czyli Tomasz Tomczyk. Radzi: - Pisz o tym, co się dzieje w twoim życiu. To, co ciebie pasjonuje, może fascynować też inne dziewczyny. Podróże, kosmetyki...

Eliza przekształca blog, pisze już nie tylko o modzie, ale o całym lifestyle’u. - Marki ubraniowe zobaczyły potencjał w blogosferze, ale nie były gotowe płacić tyle, ile oczekiwałyśmy. Stawki były niższe niż w przypadku marek urodowych, wnętrzarskich. A najczęściej proponowali barter: możesz wziąć sobie ciuchy za trzy tysiące i pokazać je na blogu - opowiada Eliza. - To się do dziś niewiele zmieniło. W zeszłym roku tylko dwie firmy przystały na moje warunki. Zeszłoroczny dochód z kampanii mody to może 20 tysięcy złotych, w porównaniu z innymi kontraktami to nic.

Najczęściej robi tak: ma wyjazd, na którym jest zaplanowana kampania np. biżuterii. Musi być na zdjęciach ładnie ubrana, więc zawiera umowę barterową z marką odzieżową i nie musi kupować ciuchów do sesji. Eliza otwarcie mówi o swoim cenniku.

- Kampania zawierająca dwa wpisy na blogu i działania w social mediach to koszt 30 tysięcy. Jeśli dochodzi wykorzystanie wizerunku, ma gdzieś wisieć baner albo filmik wykorzystujący moją osobę, to ekstra 10 tysięcy za miesiąc. Bo wizerunek to jest to, co bloger ma najcenniejszego. Dziś przebiera w propozycjach. Co miesiąc spływa ich około stu.

- Z tego na blog wchodzi maksymalnie osiem. Więcej nie mogę, bo powiedzą, że się sprzedaję. Ponadto muszę sprawdzić te produkty, bo dla blogera zareklamować coś, co nie jest dobre, to strzał w wizerunek.

Mieszkać w szafie

Tamara (Macademian Girl) wraca do roku 2000. Ale zanim opowie swoją historię, ocenia jeszcze okulary, które noszę. Są za szerokie do mojego rozstawu oczu. Nijakie, bezpieczne, niezauważalne. I powinny być większe - wtedy zasłoniłyby cienie pod oczami, co odjęłoby mi trochę lat.

- W twoim wieku możesz sobie pozwolić na więcej. Nie musisz mierzyć się z oczekiwaniami rodziców czy znajomych - ośmiela mnie. A teraz będzie o początku. Czarnuch, asfalt i wulgarne wyzwiska, że ma się wynosić z tego kraju. Plucie na plecy. W podstawówce Tamarze (Macademian Girl) jest naprawdę ciężko. Urodę i hiszpańskojęzyczne nazwisko ma po ojcu Panamczyku. Był inżynierem, umarł, kiedy miała dwa lata. Mama wychowała ją według zasady "nie odbierać dziecku samodzielności". W gimnazjum Tamara przemalowuje sama swój pokój: najpierw na zielono, potem na pomarańczowo, wreszcie na odcień czerwonego grejpfruta. Na koniec odciska dłonie na ścianach. Postanawia być kolorowa wbrew światu. Pracuje, już będąc w liceum. W sklepie obuwniczym, sklepie z ubraniami, jest pomocą kuchenną, kelnerką. Potem jedzie na studia do Poznania na architekturę wnętrz na ASP. Dostaje stypendium i dorabia wyszukując ładne i tanie rzeczy na Allegro. Przerabia je i sprzedaje drożej. Myśli, że skoro jej pasją są ubrania, to może powinna iść w tę stronę. Zakłada blog.

- Tyle rzeczy mi się kłębiło w głowie. Na blogu w końcu znalazło to ujście. Wypuściłam z siebie tę energię w postaci pomysłów na stylizacje - mówi Tamara. Pamięta pierwsze zdjęcie, które zrobiła jej koleżanka ze studiów: kobaltowe rajstopy, różowe buty, bordowa sukienka z falbankami, wielki kapelusz, musztardowy płaszcz i różowa torebka.

- To miał być taki mój pamiętnik. Może przewodnik dla małej grupy ludzi - mówi Tamara. - Dziś portal ma wartość terapeutyczną. Pomaga dziewczynom dobrze się ze sobą poczuć. Moda jest językiem komunikacji. Moje czytelniczki mogą sobie powiedzieć: mam odwagę włożyć to i to, bo tak mi się podoba, bo tak czuję. Po studiach wraca do Szczecina, pracuje w salonie z okularami. Nie jest sprzedawczynią, tylko stylistką, ustawiają się do niej kolejki. Wspomina ten czas z uśmiechem.

- Okulary to biżuteria dla twarzy. Ktoś wybierał nijakie, bezpieczne oprawki, a ja proponowałam coś odważniejszego i 90 procent klientów mówiło "No fajne!". Na początku dziwi ją, że czytelniczki szukają na blogu otuchy. Ktoś jest rudy i ma problemy w szkole. Ktoś pyta, jak znajduje odwagę, żeby się nie wstydzić.

- A ja w Szczecinie byłam kosmitką. Pamiętam, jak raz szłam ubrana we wściekle różowy wełniany płaszcz i metaliczne legginsy, a na przystanku siedziało dwóch gości w dresach z trzema paskami. I jeden do drugiego na cały głos: "Ty, patrz, Lady Gaga". A ja się nie zawstydziłam, tylko odebrałam to jako komplement i urosłam w siłę. Chcę tę siłę przekazać innym. Po roku rozkręca blog na tyle, że rezygnuje z pracy w salonie optycznym. A po kolejnym stawia na jedną kartę i wyjeżdża do Warszawy.

- Tam są pisma o modzie, PR-owcy, pokazy. "Jadę na pół roku, jeśli się nie uda, wrócę" - uspokaja mamę.

Dzień Tamary rok temu wyglądał tak: 5.50 pobudka, żeby o 6.30 usiąść przed komputerem. Do 8.00 odpowiedzi na maile. Od 10.00 do 11.30 zdjęcia. Potem spotkania z reklamodawcami, PR-owcami do 17. Coś zjeść, do domu odpowiadać na maile. Na początku wynajmuje 40-metrową kawalerkę. Co dzień przybywa w niej ubrań i w końcu Tamara nie może dopchać się do kanapy, bo wszędzie wiszą ciuchy.

- Znajoma żartowała, że nie spotkała człowieka, który mieszka w garderobie. To była jedna wielka szafa - śmieje się. Dlatego miesiąc temu przeprowadziła się do 80-metrowego mieszkania w apartamentowcu na warszawskiej Woli. Teraz swoją stronę nazywa nie blogiem, ale portalem. Ma zespół (nie chce powiedzieć iluosobowy), pracują jak redakcja. Mają kolegia, dyskutują, co się podoba czytelniczkom, co nie, redagują teksty, ilustrują grafikami.

- Publikację planujemy na miesiąc do przodu - mówi Tamara. Czuje misję "pokolorowania" kobiet. - W Polsce jest silny patriarchat. Jeśli my same nie docenimy siebie, to nie będzie lepiej. Pracujemy, zajmujemy się dziećmi, domem, szarzejemy i nie dbamy o siebie.

Zachwycone Włoszki

Wielką piątkę blogerek modowych dopełniają: Kasia Tusk prowadząca Makelifeeasier i Jessica Mercedes. Kasia jednak nie rozmawia z mediami, a Jessica jest na Malediwach. Kasia wróciła właśnie z Alp, pokazuje stylizację, która przyda się też "po powrocie do zaśnieżonego i mroźnego Sopotu". Na zdjęciach, na zjawiskowo pięknym zamarzniętym jeziorze albo przed sielskim kamiennym domkiem, jest w prostym brązowym swetrze, kurteczce obramowanej misiem i butach à la bambosze. "Miło było nosić we Włoszech dodatki polskich marek, czyli czapkę od Robót Ręcznych i skórzaną torebkę Hollie (wyjątkowo pojemna, zmieściłam w niej portfel, małą kosmetyczkę i obiektyw), o którą pytały mnie na ulicy Włoszki ceniące w ubraniach i akcesoriach przede wszystkim świetną jakość" - pisze.

Jessica proponuje srebrne kozaki na szpilce połączyć ze sportowym dresem. "Trzy białe paski chyba kojarzy każdy, kto trochę zna się na modzie lub kiedykolwiek uprawiał jakiś sport. Dla nas to powrót do lat 90., kiedy dresowe looki królowały na ulicach największych miast, a ich posiadacze czuli się wyjątkowi i stylowi. Nie za wiele zmieniło się od tego czasu, dlatego przygotowaliśmy kolejny post odnośnie do klasyków, które nigdy nie wyjdą z mody - są ponadczasowe, mogą być zarówno eleganckie przy użyciu odpowiednich dodatków, jak i bardziej casualowe".

Ostatni post Maffashion to stylizacja, w której elegancki czarny płaszczyk kontrastuje z wystającą spod niego bluzą z kapturem, na którym naszyta jest gigantyczna metka. Pod zdjęciami tylko nazwy producentów. Nie mam w szafie akurat takiej bluzy, ale chyba zacznę znów chodzić po mieście w innej bluzie z kapturem, którą przeznaczyłem już tylko do lasu.

Najbardziej merytorycznie wypada w ostatnim wpisie Macademian Girl: "Co łączy zimową kolekcję MaxMary, aktorkę Karrueche Tran, jedną z pierwszych top modelek na świecie Jean Shrimpton i edytorial z brazylijskiego "Vogue’a" z 1973 roku? Paski! Ten wzór jest jednym z wiodących trendów zimowego sezonu - szczególnie w TAKIM wydaniu". I dalej rady: żeby paski nie poszerzały, można dodać pionowo zwisające sznury korali i buty na wysokim obcasie. "Przy okazji zastosowałam jeden ze swoich ulubionych trików - wydłużyłam nogi, wybierając rajstopy w identycznym kolorze co buty!".

Terapia paznokciowa

W opozycji do świata "glam" Ania Kęska z Solca Kujawskiego prowadzi antyblog - Aniamaluje. Jeden z jej ostatnich wpisów to "5 rzeczy, których można się nauczyć od Claudii Schiffer". Chodzi o "signature look - rozpoznawalny element stylu, np. sznur pereł", uśmiech, oszczędność w stylizacji, pokazywanie ciała i noszenie klasycznych ubrań.

- Ja się nie znam na modzie, kompletnie nie umiem się ubrać. Poprosiłam więc, żeby czytelnicy mówili mi, jak to robić, i w ten sposób się podciągnęłam - przyznaje Ania. Jej blog zaczął się od tego, że przyjaciółki nią wstrząsnęły, powiedziały, żeby się wzięła za siebie i zaczęła chociaż malować paznokcie. Ania poprosiła więc czytelniczki, by ją tego nauczyły. Wcześniej, jeszcze w liceum, prowadziła fotoblog. Zgromadziła sporą grupę "followersów", jej blog śledziło 30 tysięcy osób dziennie. Spanikowała, kiedy zdała sobie sprawę z tego, jaka to rzesza ludzi. W dodatku pojawiła się pierwsza propozycja współpracy komercyjnej i Ania... skasowała blog. Zdobyła jednak pierwsze zlecenia na prowadzenie blogów firmowych. I dziś z tego żyje. Jeśli ma współpracę na blogu, może przyjąć mniej zleceń i skupić się na Aniamaluje.

- Nie chcę uzależniać się od reklamodawców, bo bałabym się, że wtedy będę przyjmować propozycje, które dziś odrzucam ze względów ideologicznych. Zamieszcza tzw. afiliacje modowe. Niedawno pokazywała różową kurtkę i za każdą sztukę kupioną przez jej link dostała 10 procent. Kurtka wyprzedała się w kilkanaście minut od publikacji postu. - Była ciepła, miła, miała nietypowy kolor. Ale ja nie przykładam wagi do ubrań - macha ręką Ania.

Głos ulicy

- Długo nie mogłam pojąć fenomenu szafiarek, dziewczyn, dla których ubieranie się jest życiową pasją - mówi Agnieszka Pilawska, wykładowczyni na katowickiej ASP. - Ubierałam się, jak dyktował mi mój styl życia, głównie na sportowo i raczej bez polotu. Ale znalazłam pracę na wyższej uczelni i okazało się, że szata zdobi, a na pewno wpływa na to, jak człowiek jest postrzegany. Stanęłam przed otwartą szafą i uświadomiłam sobie, że nie mam się w co ubrać. Najpierw Agnieszka sięgnęła po kolorowe pisma.

- A tam piękne dziewczyny, młodsze ode mnie o 20 lat i o 20 kilogramów lżejsze, w przedziwnych ubraniach, których ceny wyglądały na błędy w edycji. Co najmniej jedno zero za dużo. Wtedy ktoś mi podsunął adresy kilku blogów i okazało się, że dziewczyny o podobnych do mojej figurach i o zbliżonym budżecie prezentują się całkiem niebanalnie. Uczyła się też od nich zasad makijażu, pielęgnacji paznokci i długich włosów. Zagląda na blogi do dziś: - Traktuję je bardziej jak koleżanki niż wyrocznie. Internet sprzyja nawiązywaniu relacji, system komentowania skraca dystans.

Dorota Gryglak z portalu Influencer.pl uważa, że to główna siła blogerek mody. - Czytelniczki wolą kogoś, kto jest bliżej nich. Chcą zobaczyć ubranie w formie użytkowej, a nie na "wieszaku", jak chciał projektant. Zwłaszcza na kimś, kogo lubią i komu ufają. Od blogerek oczekujemy subiektywizmu, pasji i charyzmy. W tym tkwi ich siła.

Joanna Bojańczyk, komentatorka mody, krytykuje jednak blogerki i szafiarki. - Dziesięć lat temu siedziały przed lustrem i ubierały się we własne ciuchy. Pięć lat temu marzyły, żeby trafić do magazynów o modzie, a dziś to magazyny o nie zabiegają. Miałam nadzieję, że to będzie obiektywne dziennikarstwo. A one są najmniej obiektywne, bo idą na pasku projektantów.

Bojańczyk jest zawiedziona, że dziś nikt nie dyktuje stylu, nie proponuje nowych trendów. - Samo określenie "dyktator mody" brzmi już groteskowo. Modę dyktuje ulica. Blogerki to głos ulicy, głos ludu. Wszystko przez internet, bez niego lud byłby niemy.

Odpowiada Tamara, Macademian Girl: - Niektóre blogerki odtwarzają pomysły, które już istnieją. Ja wolę kreować trendy. Blogerzy przejęli część obowiązków projektantów. Kiedyś oni dyktowali ulicy, co ma nosić. A teraz ulica inspiruje projektantów.

Kończę tekst i jadę go oddać do redakcji. W czarnym T-shircie, na który wkładam rozpiętą do połowy granatową koszulę. I w tych szarych butach biegowych, które Tamara podniosła do rangi obuwia wyjściowego.

Wojciech Staszewski

TWÓJ STYL 3/2017

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje