Przejdź na stronę główną Interia.pl

Życie jak Rajd Dakar

Najlepszego kierowcę rajdowego w Polsce oraz córkę jednego z najbogatszych Polaków połączyły twórczy konflikt i filantropia. I co z tego, że dzieli ich jedno pokolenie?

Karolina Sołowow - bizneswoman, pomysłodawczyni i twórczyni fundacji Fabryki Marzeń. Mama Filipa (12 l.), Maszy (6 l.) i Gniewka (1 rok). Mieszka z rodziną w Krakowie. Ma 31 lat

Związek z Rafałem zaczął się w jednym z trudniejszych momentów w moim życiu. Kiedy cztery lata temu poznaliśmy się bliżej, nie byłam pewna, czy to czas na nowe uczucie. On jednak szybko pomyślał o nas bardzo poważnie i otoczył opieką. Był przy mnie. Nasza bliskość budowała się w oparciu o prawdziwe, niełatwe sprawy, ale to właśnie ją scementowało. Oczywiście nie bez znaczenia jest charyzma Rafała. Oczarował mnie. 

Reklama

Nie potrafię wskazać, która cecha jego charakteru ujęła mnie szczególnie. Myślę, że najbardziej opiekuńczość i ciepło. Ma wady, ale one najwyraźniej nie przeszkadzają mi na tyle, abym nie chciała kontynuować wspólnej podróży przez życie. Ludzie niekiedy wyrażają się o nim krytycznie, ale nie znają Rafała takiego, jakim jest poza pracą, obowiązkami, rajdami. 

To jest nasz świat. I tylko nasz. Ale aby go stworzyć, musieliśmy się mocno napracować. Najważniejsze dla mnie są dzieci, przed Rafałem pojawiło się więc wyzwanie, jak odnaleźć się w relacji z nimi. Na początku był skrępowany: wiążąc się ze mną, zamieszkał też z dwuletnią wtedy dziewczynką i siedmioletnim chłopcem. Był wystarczająco zdeterminowany, by odnaleźć się w nowej roli; rozmawiał z innymi rodzicami, z lekarzami i psychologami, których spotykał. Radził się ich. Przeorganizował swój czas tak, aby spędzać więcej czasu z nami. Udało się. 

Mamy spokojny, bezpieczny i przyjazny dom. Cieszy mnie, że córka i syn pokochali Rafała. Niecały rok temu urodził się nasz wspólny syn, Gniewko, pierwsze dziecko Rafała. Cudownie spełnia się w roli taty. Mówi, że czekał na to przez 50 lat. W naszym domu wprawdzie często dominują pośpiech i wielozadaniowość, ale w centrum zawsze znajduje się rodzina. Budzimy się z Gniewkiem, często także ze wszystkimi dziećmi w jednym łóżku, rozmawiamy. Jemy wspólnie śniadanie. Potem nasz dzień nabiera wielkiego tempa. 

Z Rafałem łączy nas to, że nawzajem się wspieramy, inspirujemy, pomagamy sobie w tym, co trudne, i cieszymy z tego, co dobre. Widząc, jak wielką mam potrzebę pomagania innym i jak boleśnie dotyka mnie trudny los dzieci, Rafał zmotywował mnie do założenia i prowadzenia fundacji. Z Fabrykami Marzeń remontujemy domy najuboższych dzieci, przeprowadziliśmy ich już prawie sto. To najważniejsza część mojej działalności. Kiedy byłam dzieckiem, obserwowałam, jak moi rodzice angażują się w pomoc innym, bez rozgłosu, więc to też gdzieś się we mnie tliło. Jako nastolatka zostałam wolontariuszką w domu dziecka. Miałam pod opieką dwudziestkę maluchów, głównie z patologicznych rodzin, to była dla mnie cenna lekcja. Nigdy nie chciałam afiszować się ze swoją działalnością, ale Rafał uświadomił mi, że zdefiniowana, konkretna pomoc jest skuteczniejsza. A tylko wtedy, kiedy będzie o niej głośno, zainteresowani będą chcieli z nami współpracować. Dlatego mówię o mojej fundacji. 

Bardzo trudno dzielić czas pomiędzy trójkę dzieci, fundację, obowiązki zawodowe i dom. Rafał stara się mnie odciążyć, ale też uświadamia mi, że nie da się być wszędzie na 110 procent. Cieszy mnie, że mimo wszystko potrafimy znaleźć chwile dla siebie. Szybko bym się znudziła, gdyby każdy nasz dzień wyglądał tak samo. Oboje lubimy, gdy przynosi coś nowego, dlatego naszą największą pasją są podróże. Niekiedy brakuje nam czasu na wyjście do kina, ale wiemy już, że popcorn raz na dwa miesiące smakuje lepiej. 

Pierwszą naszą "podróżą" był udział w Rajdzie Dakar, w 2014 roku. Rafał wtedy startował, ja pojechałam do Argentyny, aby go wspierać. Jednak rola dziewczyny zawodnika okazała się dla mnie niesatysfakcjonująca. Patrzyłam, jak ludzie wokół ciężko pracują, i było mi głupio, że nie mam powierzonego żadnego zadania. Następny Dakar przejechałam już cały w roli fotografa teamu Rafała. Większość zdjęć z Dakaru, wykorzystanych w mediach w 2015 roku, jest mojego autorstwa. 

Czym się różnimy? Jestem dużo bardziej spontaniczna. Rafał częściej bywa nerwowy, ale to uzasadnione. Świetnie natomiast potrafi zarządzać ludźmi, co mi zupełnie nie wychodzi. Czasami troszkę brakuje mu luzu, a ja go miewam nieraz za wiele. On jest pedantem, a ja... ultrapedantką. W szafach wszystko mamy ułożone kolorystycznie. To moja obsesja, ale zaczynam mieć z tym problem i czasem korci mnie, by to zmienić. Ale najważniejsze w związku są dla mnie przyjaźń, akceptacja i wspólne cele. Uważam, że drugą osobę powinno się kochać z dnia na dzień coraz bardziej. Przecież poznajemy się coraz lepiej i coraz więcej nas łączy. Powinniśmy więc być dla siebie lepsi. 

Nie wyobrażam sobie życia z kimś, kto nie ma wyrazistej pasji. Mój tata (Michał Sołowow: biznesmen, kierowca rajdowy - red.) jest dla mnie wzorem. Pracował, jeździł na rajdy, grał w piłkę i w tenisa. Największym znanym mi błędem, jaki ludzie popełniają w związkach, jest ten, że zakochują się w sobie takimi, jacy są, a potem nawzajem chcą siebie zmieniać. Zawsze kibicuję Rafałowi i cieszę się, że kocha właśnie motosport. Ostatniej zimy, gdy brał udział w Dakarze, a ja zostałam z malutkim Gniewkiem, żartowałam, że mam swój własny Dakar... przed komputerem. Kiedy na Sardynii Rafał ściga się z przyjaciółmi na motorach, jestem jedyną kobietą, która im towarzyszy, w sportowym aucie. Marzę, aby wystartować w rajdzie jako kierowca. 

Dzięki Rafałowi poznałam swoje wady, z których dotąd nie zdawałam sobie sprawy. Rozmawiał ze mną o nich jak przyjaciel do momentu, aż uczciwie odpowiedziałam sobie na pytanie, gdzie popełniałam błędy. Jestem bardzo emocjonalna i nie czuję się dobrze w związku "zastanym", nudnym. Kiedyś, gdy pojawiała się rutyna, nieświadomie doprowadzałam do tego, aby relację zakończyć. A teraz wiem, że o tzw. fajerwerki trzeba zadbać wspólnie. Potrafię na siebie spojrzeć z dystansem, choć dawniej obrażałam się, słysząc jakąkolwiek krytykę. Nadal jestem sarkastyczna i ironiczna, ale przy Rafale zaczęłam się hamować. 

Rafał Sonik - uznany kierowca rajdowy, wielokrotny uczestnik i zwycięzca Rajdu Dakar, sześciokrotny zdobywca Pucharu Świata FIM, pięciokrotny mistrz Polski w rajdach enduro, przedsiębiorca, filantrop. Jako członek stowarzyszenia Siemacha działa w organizacji od 20 lat. Ojciec Gniewka. Ma 51 lat

Karolina jest moim wyzwaniem i wielką nadzieją. Tak powiedziałem o niej cztery lata temu, kiedy zaczęliśmy być razem. Zbliżałem się do pięćdziesiątki. Wcześniej żyłem bardzo szybko, trochę nieświadomy przemijania. Tuż przed czterdziestką uległem poważnemu wypadkowi, który omal nie pozbawił mnie prawej ręki. Ból, cierpienie i kilka operacji wywołały poważniejsze przemyślenia na temat życia i rodziny. 

Z moją byłą żoną, Martą, przez ponad 20 lat tworzyliśmy świetny związek, nie odczuwając braku własnego dziecka. Wychowywaliśmy jej syna z pierwszego małżeństwa. Igor jest tylko 18 lat ode mnie młodszy, więc nasza relacja stała się bardziej przyjacielska niż rodzicielska. Miałem jednocześnie kobietę i przyjaciela, choć pamiętam, jak przyjaciółka żony, Kasia Frank-Niemczycka, kiedyś ostrzegła nas, że jeśli nie będę miał z Martą dzieci, to prędzej czy później się rozstaniemy. I rzeczywiście, przepowiednia powoli zmierzała ku spełnieniu. Marta też uważała, że powinienem zostać ojcem. Czas po moim wypadku zbiegł się z okresem usamodzielnienia się Igora, za którego czułem się odpowiedzialny. W tych okolicznościach mogłem zacząć myśleć o swojej przyszłości. Karolina, w której się dość nieoczekiwanie zakochałem, stała się więc moją nadzieją na rodzinę i dziecko, którego brakowało mi, aby życie było kompletne. Owszem, trochę późno, ale bez desperacji. 

Lubię porównywać życie do Rajdu Dakar, choć niektórzy z tego żartują. Ale scenariusze, które los pisał podczas tego najdłuższego i najtrudniejszego rajdu świata, uczyły mnie pokory i cierpliwości. W pierwszym starcie byłem trzeci na podium, choć szczytem marzeń wydawało się dotarcie do mety. Kolejną edycję rozpocząłem od zwycięstwa etapowego, jako pierwszy Polak w historii, ale po licznych perypetiach i walce dojechałem piąty. Następny raz ruszyłem już po zwycięstwo, lecz uległem wypadkowi, uszkadzając rękę i kręgosłup. Wielka sława neurologiczna orzekła, że muszę zapomnieć o sporcie do końca życia. Przeszedłem kilkumiesięczny kryzys: wielki ból i gonitwę myśli. Dzięki wytrwałej rehabilitacji i ogromnej woli walki znowu wziąłem udział w Dakarze. To był cud. Wtedy jednak zakwestionowano nasze trzy polskie quady, mogliśmy jechać, lecz poza klasyfikacją. Całymi dniami pokonywałem kolejne odcinki, a nocami pracowałem z prawnikami nad wnioskami o przywrócenie na listę uczestników. Na mecie byłem czwarty, zostało to uwzględnione w oficjalnej klasyfikacji. Dla kogoś z boku to mógł być nie najlepszy wynik, ale dla mnie podwójne zwycięstwo. 

Dlaczego o tym opowiadam? Bo o ile może się wydawać, że kilka razy przepadła mi sportowa wygrana, to życiowo i moralnie czuję się zwycięzcą. Kiedy kilka lat później stanęliśmy z Karoliną i całym zespołem na podium, jako zwycięzcy Dakaru, czuliśmy się spełnieni.

Pod słowem "nadzieja" kryją się również moje wyjątkowe - i szczęśliwe, i bolesne - doświadczenia, które chciałem przekazać Karolinie i dzieciom. Znałem jej sytuację. Wiedziałem, że ma córkę i syna z poprzednich związków. I że cała trójka potrzebuje bezpiecznego domu bez szalejących emocji. Różnica pokolenia, która dzieli mnie i Karolinę, bywa odbierana jako fanaberia albo odmładzanie. Ja tego tak nie traktuję. Najważniejsze, co chciałbym przekazać jej i dzieciom (mam nadzieję, że one też to kiedyś przeczytają), to to, że często rządzą nami emocje, nad którymi powinniśmy zachować władzę. O ile zakochanie rządzi rozumem, o tyle nie powinniśmy go na długo tracić. Inaczej łatwo zepsuć życie. 

Organizuję coroczne spotkania dla przyjaciół na Kasprowym Wierchu: seniorów, byłych olimpijczyków, narciarzy, ratowników, przewodników tatrzańskich. Jednym z punktów programu jest msza na szczycie, a bezmiar gór i przyrody skłania do refleksji. Możemy sterować własnym życiem, pomagać słabszym czy chorym, traktując to nie jako obowiązek, ale przywilej. Mówię to także w kontekście stowarzyszenia Siemacha, w którym wspieramy dzieciaki poszkodowane przez los, a które dzięki temu stają się liderami w swoich środowiskach. Pamiętam, jak do Siemachy w Tarnowie przyszedł chłopak. Wyznał, że marzy, aby nauczyć się gry na perkusji. Usiadł w pracowni i zagrał. "Ćwiczyłem ołówkami na poduszkach", powiedział. 

Cieszy mnie, kiedy nasze dzieci widzą, że pomaganie innym może być częścią codzienności. Daje radość. Karolina była przekonana, że aby w rodzinie dobrze się układało, należy ciągle być blisko z dziećmi. Toczyliśmy o to burzliwe dyskusje. Przekonywałem, że jakość czasu jest o niebo ważniejsza od jego ilości. Poza tym jeśli one widzą, że rodzice robią coś ważnego, z pasji, to łatwiej przyjmą ich nieobecność. 

Chyba każdy ojciec ma nadzieję, że dorosłe dziecko przejmie rodzinny interes. Tata Karoliny prowadzi biznes na ogromną skalę. Cztery lata temu ona nie była gotowa, aby w tym uczestniczyć, poza tym miała małe dzieci. Ponieważ Karolina jest osobą wrażliwą, empatyczną, rozumiejącą ludzi, zaproponowałem, aby działała zawodowo na rzecz innych. W efekcie założyła Fabryki Marzeń, fundację, w której działaniach pomaga jej ojciec. Zaimponowała mi, kiedy będąc w trzeciej ciąży, wstawała bladym świtem i jechała kilkaset kilometrów, aby doglądać remontu u obcych ludzi. Można mieć przeróżne systemy wartości, lecz jeśli ktoś zachowuje się tak jak ona, to w każdym systemie może być fundament. 

Stereotypowo starsza osoba powinna być malkontentem, a młodsza zarażać optymizmem. Tymczasem Karolina mówi do mnie: "Tym razem na pewno nie uda nam się wyjechać na wakacje. Za dużo masz na głowie". Odpowiadam spokojnie, że jeśli przestaje się wierzyć w powodzenie sprawy, to dodatkowo zmniejsza jej szanse. Dodaję: "Uda się, posłuchaj starszego od siebie. Rok temu też nie wierzyłaś, że wyjedziemy, a przecież byliśmy na Sardynii". A ona na to: "No dobrze, masz rację, ale wciąż byłeś czymś zajęty" (uśmiech).

MAGDALENA KUSZEWSKA
PANI 7/2017

Zobacz także:

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje