Przejdź na stronę główną Interia.pl

Za kijem nie przepadam, marchewce nie ufam

Właśnie kończy 77 lat, ale nie zwalnia tempa. W filmie „Najlepszy” Janusz Gajos gra Marka Kotańskiego, założyciela Monaru.

Jest ostatnio zabiegany - mówi Elżbieta, żona i agentka Janusza Gajosa, który wakacje spędził na planie zdjęciowym na Mazurach. 17 listopada do kin wejdzie film "Najlepszy" w reżyserii Łukasza Palkowskiego o losach triatlonisty Jerzego Górskiego.

Reklama

Prawie trzy dekady temu wyczynami sportowca zachwycił się cały świat. U nas pozostaje wciąż mało znany, choć z pewnością film to zmieni. Bo Jerzy (w tej roli Jakub Gierszał) to były narkoman, heroinista, który wyszedł z nałogu i w 1990 roku został triatlonowym mistrzem świata w Double Ironman w Alabamie.

Kilka lat wcześniej przeszedł terapię odwykową we wrocławskim oddziale Monaru. Sieć ośrodków o tej nazwie założył słynny Kotan, czyli psycholog i terapeuta Marek Kotański, którego w filmie brawurowo gra Janusz Gajos.

Pani: Wielu aktorów, z którymi rozmawiam, wskazuje pana jako swojego idola, guru. Ostatnio choćby Cezary Pazura.

Janusz Gajos: - Proszę łaskawie podziękować wszystkim moim kolegom, którzy pani o tym powiedzieli. Mówiąc to, proszę im patrzeć głęboko w oczy. A Czarka Pazurę obserwować szczególnie uważnie, bo on żartuje niepostrzeżenie. (śmiech)

W filmie "Najlepszy" jest dramatyczna scena, w której młody Górski, uzależniony od heroiny, wykrzykuje do ojca: "Mówiłeś, że jestem gówno wart, a ja w to uwierzyłem!". A potem stopniowo zaczyna walkę o życie. Mistrz potrzebuje siły?

- Myślę, że młody człowiek, który - tak jak Górski - dorasta bez miłości, w braku akceptacji dla swojego istnienia, skazany jest na samotne poszukiwanie miejsca na świecie. Najprawdopodobniej pierwszym objawem tych poszukiwań jest rodzaj buntu. Wielkie "nie" zaczyna dominować w jego życiu emocjonalnym. Rezygnacja z poszukiwań wszystkiego, co można określić na "tak", staje się wtedy drogą donikąd i pierwszym krokiem do samounicestwienia. Wszyscy jesteśmy obarczeni różnymi słabościami, a do ich zwalczenia niezbędny jest jakiś rodzaj siły. Sądzę, że trzeba ją traktować jako narzędzie do świadomego osiągania tego, co na początku wydaje się nam nieosiągalne.

Dlaczego zdecydował się pan zagrać Kotana?

- Na mój wybór, jak zawsze, złożyło się kilka elementów. Wartość scenariusza, reżyser i w tym wypadku sama postać Kotańskiego. W filmie pojawia się na krótko, ale jest legendą. Człowiekiem, który pierwszy zaczął u nas pomagać ludziom uzależnionym od narkotyków. Obejrzałem w internecie prawie wszystkie rozmowy, jakie prowadził z uzależnionymi. Zapamiętałem dwa zdania, które mogą świadczyć o jego wielkiej wrażliwości: "Ludzie - mówił - ja bym wam nieba przychylił, ale nie mogę! Wy to musicie zrobić sami".

Jednak zdawałem sobie sprawę, że obecność kamery, która rejestrowała te spotkania, musiała działać na styl i jakość wypowiedzi, a ja chciałem wiedzieć, jaki Kotan był naprawdę. Pytałem Jurka Górskiego o szczegóły. Czy szef Monaru był impulsywny, czy klął? Otrzymywałem odpowiedzi "z pierwszej ręki". Tak! Używał języka slangowego, nie przebierał w słowach, aby dotrzeć do każdego. Starał się rozmawiać z tymi ludźmi najprościej jak można. Chciał im za wszelką cenę uświadomić, że mają szansę, że można wyjść z tego zaklętego kręgu, ale mogą to zrobić tylko oni sami.

Trudniej zagrać osobę, która nadal żyje w świadomości wielu osób?

- Postać człowieka, którego znaliśmy i pamiętamy, wymaga od aktora innego traktowania. Trzeba znaleźć takie cechy, które są jakby jego znakami szczególnymi i pozwolą widzom zobaczyć kogoś, kogo dobrze znają.

A jakie wrażenie zrobił na panu Górski? Wszyscy, którzy z nim rozmawiali, mówią, że bije od niego nieprawdopodobna moc i pozytywna energia.

- Opowieść o Jurku Górskim jest opisem wychodzenia z samego dna człowieczeństwa. Dyskutowałem z nim o scenariuszu, o postaci Kotańskiego. Powiedział mi, że reżim jest jedyną drogą do sukcesu. Litowanie się nad sobą, urażona duma, bunt to są emocje, które należy odrzucić. Rozmawiałem z człowiekiem, który dokonał rzeczy niewyobrażalnych, i, proszę mi wierzyć, nie miał w sobie nic z herosa. Miły, bezpośredni facet, który pamięta tamten straszny świat, ale wie, że urodził się na nowo.

W ośrodku Kotana panowały twarde zasady, były też kary, np. golenie głów. Większość z nas woli chyba jednak marchewkę od kija.

- Ja za kijem nie przepadam. Marchewce nie ufam. Motywowałem się w większości przypadków sam.

W jaki sposób?

- To trudne do opowiedzenia. (śmiech) Kiedy zaczynałem naukę zawodu, wszyscy tam byli mistrzami. Obserwowałem ich bardzo pilnie i w końcu doszedłem do wniosku, że nie mogę akceptować wszystkiego bezkrytycznie i zacząłem oddzielać to, co mi się w niektórych podobało, od tego, co wydawało mi się do zaakceptowania. Takie postępowanie nie ułatwia życia. Człowiek się po prostu naraża, ale chęć pozostania wiernemu sobie najczęściej zwycięża.

W wywiadzie sprzed lat mówił pan, że choć wielu pedagogów mu imponowało, to jednego mistrza nie miał. I dodał pan, że młody człowiek potrzebuje mentora.

- Takiego, który by wziął młodego człowieka za rękę i zapewnił, że przeprowadzi przez wszystkie chaszcze i doły oraz nauczy, jak żyć bezboleśnie, na szczęście nie ma. Każdy musi mieć "własny wkład". Im szybciej to pojmiemy, tym lepiej dla nas.

I pan, i Jurek Górski mentora nie mieliście. Są inne podobieństwa w drodze do mistrzostwa?

- Proszę mnie nie namawiać do takich porównań. Każdy z nas ma swoje bolączki, niepokoje i grzechy. Podziwiam i bardzo szanuję ludzi, którzy potrafią zrobić coś zachwycającego. Czasem im zazdroszczę - i to wszystko.

Twierdzi pan, że w zawodzie aktora najbardziej niebezpieczne jest "zachłyśnięcie się samym sobą". Ja bym to rozciągnęła także na inne profesje. Ale poczucie własnej wartości jest istotne. Jak znaleźć złoty środek?

- Niebezpieczeństw czyhających na ludzi, którzy uprawiają ten zawód, jest o wiele więcej, ale samouwielbienie to jedno z najgroźniejszych. Wyklucza zakochanego w sobie osobnika z kręgu zawodowców. Człowiek przekonany o swojej wyjątkowości traci wiarygodność w opisywaniu świata i ludzi.

Zaledwie godzinę temu wrócił pan z planu nowego filmu. Uchyli pan rąbka tajemnicy?

- To "Kamerdyner" w reżyserii Filipa Bajona. Wznowiono zdjęcia, które wcześniej zostały przerwane na dwa lata z powodów finansowych. Ostatnie dni spędziłem więc na Mazurach. To szeroka opowieść o Kaszubach i rezydujących tam Niemcach. Gram przywódcę Kaszubów, który nazywa się Bazyli Miotke. W związku z tym uczę się mówić po kaszubsku, co spędza mi sen z powiek.

Jak będzie po kaszubsku "dziękuję za rozmowę"?

- Baro póni dzankuja.

Rozmawiała Magdalena Kuszewska

PANI 10/2017

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje