Przejdź na stronę główną Interia.pl

Z emocji zawsze może wyniknąć coś dobrego

W pracy jestem pedantyczna i konkretna. Ale w życiu jestem babą, którą córka nazywa jednym wielkim chaosem - przyznaje Anna Seniuk w rozmowie z Krzysztofem Materną.

Krzysztof Materna: Napisałaś razem z córką Magdaleną Małecką- Wippich książkę "Anna Seniuk. Nietypowa baba jestem". Zanim ją przeczytałem, posądzałem cię o nepotyzm.

Reklama

Anna Seniuk: - Walczę z tym mitem od lat. Może w innych zawodach można załatwić dziecku pracę, ale nie w aktorstwie, bo scena bezlitośnie weryfikuje. Nie polecę przeciętnego aktora do roli Hamleta, nawet jeżeli to mój syn. Zresztą dzieci od początku odcinały się ode mnie zawodowo. Syn (Grzegorz Małecki, aktor - red.) nie przepada za graniem razem ze mną w teatrze.

Nie interesuje cię, jak mu idzie? On nie pyta, jak ty sobie radzisz?

- Jeżeli jest reżyser, to po co? Ja się nie wtrącam, on skończył Akademię Teatralną ze świetnym wynikiem. Na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi zdobył cztery nagrody, a to precedens. I ma już pozycję. Na początku kariery zaproponowano mu, żeby zmienił nazwisko na Seniuk, ale nie sądzisz, że to była propozycja bardzo upokarzająca dla młodego aktora? Czasem staram się go namówić do wspólnego przedsięwzięcia. Na przykład kilkanaście lat temu chciałam, żeby w "Nie- Boskiej Symfonii" (spektakl muzyczny Macieja Małeckiego na motywach "Nie-boskiej komedii" Zygmunta Krasińskiego - red.) był szatanem. Długo się bronił rękami i nogami, mówiąc, że nie zamierza pracować z rodzicami. Ale ostatnio Maciejowi Wojtyszce udało się nas namówić na wspólne zagranie w sztuce "Obietnica poranka" według autobiografii Romaina Gary’ego. Z tym spektaklem odwiedziliśmy już wiele miast w Polsce.

A córka?

- Poszła w ślady ojca, ukończyła Akademię Muzyczną. Oprócz tego, że jest świetnym muzykiem, od najmłodszych lat pisze. Gdy szukałam materiałów do książki, znalazłam u niej ściśle zapełniony zeszycik pt. "Poradnik dla rodziców". Jako mała dziewczynka pisała, jak rodzice powinni zachowywać się wobec dzieci: na przykład kilka razy w roku należy pozwolić im później iść spać, obejrzeć film dla dorosłych, jeśli ma wartość artystyczną. I nie kłaść misia na półce, jeśli jest chory. Bardzo cenne uwagi, szkoda, że dopiero teraz mogłam je przeczytać.

Kto wpadł na pomysł napisania książki?

- Magda się przed tym broniła, tak jak Grzegorz przed graniem szatana. Też chciała iść swoją drogą. Najpierw planowała własny książkowy debiut, a ewentualnie potem miałyśmy napisać coś razem, bo już od dawna różne wydawnictwa systematycznie się do mnie zgłaszały, przekonując, że jestem jedną z nielicznych aktorek, która jeszcze nie napisała o sobie książki. Ale o czym miałabym pisać? Zwyczajnie zdałam maturę, dostałam się na studia, skończyłam je, zaczęłam grać w teatrze. Wykonywałam swój zawód i tyle. Pomyślałam jednak, że gdyby pisała ze mną osoba, która mnie zna od swojego urodzenia, mogłoby to być nawet ciekawe. Co innego rozmawiać z kimś obcym - łatwo można nim manipulować, kreować swój wizerunek.

Mną teraz manipulujesz?

- Oczywiście (śmiech).

Dziękuję ci.

- Ale nią nie mogłam. Bo Magda wiele rzeczy pamiętała i natychmiast mnie przygważdżała argumentami, mówiąc: "Wcale tak nie było, ja to doskonale pamiętam!". Tylko zanim się do tego zabrałyśmy, namawiałam ją prawie dwa lata.

I jak wam się pracowało?

- Rozmawiacie także o tym, jaki jest jej stosunek do ciebie jako matki. Wiele fragmentów w tej książce jest o tym, jak ona na mnie patrzyła od najmłodszych lat - najpierw do góry, teraz z góry, bo jest już wyższa. Magda pisała z punktu widzenia dziewczynki, młodej kobiety, artystki. Czasem usiłowałam ominąć pewne tematy albo wręcz unikałam niewygodnych rozmów, ale ona się nie poddawała. Z bezradności pisała tę książkę beze mnie, stąd pojawiły się tam bardzo ciekawe takie minieseje o mnie. Często między nami iskrzyło, dochodziło do rzucania słuchawką i gróźb zerwania umowy z wydawnictwem.

Teraz rozumiem, dlaczego tak długo się umawialiśmy.

- Trochę to trwało... Ale ja myślę, że z emocji zawsze może wyniknąć coś dobrego. Za chwilę powinniśmy się więc chyba pokłócić.

O czym w tej książce nie napisałaś?

- Na przykład o podróżach, na które sobie pozwoliłam, kiedy dzieci już były odchowane. Kilka lat występowałam w komedii o starszych paniach "Pierwsza młodość" Christiana Giudicellego (w reż. Bogdana Augustyniaka - red.), które postanowiły spełnić marzenie swojego życia i wyruszyć w egzotyczną podróż. A więc z Zosią Saretok, z którą w tej sztuce grałam, postanowiłyśmy zrobić to samo. Najpierw palcem po mapie - jedna z nas trafiła w Portugalię. Byłaś? Nie. A ty? Też nie. To jedziemy! Podróżowałyśmy zawsze bez pośrednictwa biura podróży, na miejscu wynajmowałyśmy samochód i jechałyśmy tam, gdzie liczyłyśmy na znalezienie atrakcyjnych miejsc, słońca i dobrej kuchni.

Gdzie jeszcze byłyście?

- Objechałyśmy Włochy, zwiedziłyśmy Chiny. Z tym ostatnim krajem trochę się przeliczyłyśmy. W hotelu kupiono nam bilety do pewnego miasta, z którego nie mogłyśmy wyjechać, ponieważ nikt na dworcu nie mówił w języku innym niż chiński i nie rozumiał, że chcemy wracać do Szanghaju!

Jakbym był burmistrzem jakiegoś miasta, to też bym chciał zatrzymać cię na zawsze.

- Do burmistrza nie zdążyło to dotrzeć, a to, że w końcu udało się nam stamtąd wrócić, to prawdziwy cud. Siedziałyśmy zrozpaczone kilka godzin na chodniku i zapłakiwałyśmy się, że nikt nas nie znajdzie w tak wielkim kraju.

Ale do żebractwa nie doszło?

- O mały włos! Przygody były.

Czyli materiał na kolejną książkę jest.

- Na razie cieszę się z tej, która wyszła.

Dla mnie to podręcznik stosunku do zawodu.

- Przede wszystkim chciałam opowiedzieć o ludziach, których spotkałam w życiu. Nie tylko towarzyszących mi w zawodzie, ale też takich, z którymi zetknęłam się przypadkowo. Do żyjących dołączyłam tych, którzy dawno już odeszli i nie miałam szansy ich poznać, np. Irenę Solską (aktorka, muza wybitnych malarzy, zmarła w 1958 r. - red.). "Spotkałam ją" przez kawałeczek jej wachlarza, który udało mi się kupić na aukcji. Opowiadam o tym w książce.

Mówisz też o tym, że ta profesja wymaga wiele wysiłku. I że trzeba mieć w sobie jednocześnie siłę i pokorę, żeby do czegoś dojść.

- Na szczęście miałam bardzo dobrych nauczycieli. Od nich nauczyłam się, jak ważna jest hierarchia w tym zawodzie. Powinien być mistrz i czeladnik. Kiedyś na terminowanie mieliśmy czas, teraz już go nie ma. Dzisiaj uczeń chce prześcignąć mistrza i szybko zrobić karierę.

Co mówisz swoim studentom?

- Uczę ich rzemiosła, które może im się przydać w teatrze, ale też w serialu. Myślenia, wyobraźni, konstruowania postaci. Warsztatu po prostu. Z każdym pracuje się inaczej, każdy ma inne predyspozycje: ten jest nieufny, tamten otwarty, inny wesoły, następny smutny...

Myślenie przeszkadza w aktorstwie?

- Nie, dlaczego? Gustawowi Holoubkowi nie przeszkadzało.

I paru innym osobom też nie, ale generalnie prowadzi do samokontroli, czyli w przypadku aktora na manowce (śmiech).

- Przytoczę tu słowa Witkacego, które bardzo mi się podobają: "Przyrost intelektu odbiera odwagę czynu".

Genialne!

- Tak. Rzeczywiście, jeśli zdajesz sobie sprawę z katastrofy, jaka cię czeka, i zaczynasz ją sobie wyobrażać, to od razu ogarnia cię strach. Ale tu nie ma reguły: zdarzają się pomazańcy boży, obdarzeni talentem, którzy wchodzą na scenę, grają intuicyjnie i są genialni.

Zainteresował mnie jeszcze jeden wątek w twojej książce. Dowiedziałem się, że jesteś singielką.

- Tak, rozstałam się z mężem (Maciejem Małeckim, kompozytorem, pianistą - red.), ale rozwodu nie mamy, więc oficjalnie wciąż jestem mężatką. Długo ze sobą byliśmy, pracowaliśmy razem i wciąż pracujemy.

Podoba ci się ten stan?

- Pod pewnymi względami jest lepiej, pod innymi gorzej. Nigdy nie jest tak, że zmienisz coś w swoim życiu i nagle okaże się, że jest idealnie. Cieszę się, że możemy razem dalej pracować. Teraz wspólnie przygotowujemy w Operze Wrocławskiej przedstawienie dla dzieci "Pchła Szachrajka" z muzyką Macieja (premiera 1 czerwca - red.). Ja reżyseruję - nowe wyzwanie na stare lata. Bo jako reżyser zadebiutowałam zaledwie trzy lata temu w Teatrze Narodowym. A teraz trafiam do opery.

Jaka jesteś w roli reżysera?

-W pracy jestem opanowana, pedantyczna i konkretna. Ale w życiu jestem babą, którą córka nazywa jednym wielkim chaosem.

Nigdy nie dostrzegłem w tobie chaosu, więc jestem słabym obserwatorem albo cię idealizuję.

- Nie, to ja jestem wielkim oszustem.

Grasz osobę poukładaną?

- Tak! Bardzo mi się podoba, kiedy - jak mówił znany amerykański aktor Al Pacino - "Wchodzę na ring, boksuję się, a jak schodzę z ringu, to nie mam potrzeby się boksować".

Oczywiście, raczej się leczę...

- Chciałam, żeby nasza książka nie była o ringu, tylko o tym, co poza nim. Ale to nie jest żaden poradnik, broń Boże, bo ja nie jestem taka mądra, jak by się mogło wydawać! (śmiech) I też sobie czasem nie radzę. Weźmy takie rozstanie z mężem - to w jakimś sensie klęska. Co do recenzji - nie chciałam cytować w książce tych najlepszych, za to przytoczyłam jedną okropną, która wydała mi się zabawna. Bo uważam, że własne potknięcia i słabości należy traktować z poczuciem humoru. I trzymam się tego jak pijany płotu, bo inaczej nie umiałabym żyć.

-----

Anna Seniuk - aktorka filmowa, telewizyjna i teatralna, od 1998 r. wykłada w Akademii Teatralnej w Warszawie. Ma na koncie dziesiątki ról, m.in. w kultowych serialach "Czterdziestolatek", "Czarne chmury", i spektaklach jak "Moralność pani Dulskiej" w reż. T. Zygadły, "Ożenek" w reż. E. Bonackiej, "Udręka życia" w reż. J. Englerta. Związana m.in. z Starym Teatrem w Krakowie (do 1970 r.) oraz teatrami w Warszawie - Ateneum, Polskim, Powszechnym i Narodowym (od 2003 r.). Z kompozytorem Maciejem Małeckim ma syna Grzegorza, aktora, i córkę Magdalenę, altowiolistkę, autorkę książki "Anna Seniuk. Nietypowa baba jestem".

PANI 3/2017


Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje