Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wypalone

Beata na zebraniu w pracy rzuciła krzesłem w drzwi. Ewa dostawała napadów paniki w windzie, metrze, na ulicy. Marta nie miała siły, by wstać z kanapy... Coraz więcej kobiet choruje na depresję i nerwicę. Im bardziej stresująca praca, im rzadziej odpoczywamy, tym większe ryzyko, że nasz organizm odmówi współpracy. Czy z tego da się wyjść? Tak, ale czasem jedynym rozwiązaniem jest całkowita zmiana stylu życia.

- Zgodzę się na rozmowę, ale masz napisać, że to się może zdarzyć każdemu, dobrze? - mówi Marta. - Wiesz, że co czwarta osoba zachoruje na nerwicę, co trzecia przynajmniej raz będzie zmagać się ze stanem depresyjnym? Mijamy ludzi na ulicy i nawet nie wiemy, ilu z nich chodzi na terapię. Ilu jest przepracowanych i wypalonych? Spójrz na mnie, uwierzyłabyś, ile przeszłam?

Reklama

Marta, 37 lat. Psycholog dziecięcy. Wykładowca. Mężatka. Trzy córki: Ania - 15 lat, Marysia - 7, Tosia - 5. Na fotografii ładna blondynka ubrana w kolorową sukienkę. W tle przystrzyżona trawa, róże, fuksje. Na odwrocie podpis przyjaciółki: "M. i jej ogród". I postscriptum: "Jesteś idealna, chcę być taka jak ty". To było dwa lata temu.

Miesiąc później Marta trafiła w nocy na ostry dyżur z silnymi bólami brzucha. Już któryś raz podejrzewała zapalenie wyrostka robaczkowego. USG znowu nic nie wykazało. Lekarz poprosił o konsultację psychiatrę. Diagnoza: depresja. Dał skierowanie na dalsze badania. Psychiatra do męża Marty: "Czy pan naprawdę nie zauważył, że pana żona nie je?".

Ewa, 32 lata. Trzy lata temu pracowała w jednej z największych firm doradczych w Polsce. Absolwentka skandynawistyki i prawa. Zarabiała kilkanaście tysięcy złotych. Praca siedem dni w tygodniu. Dużo służbowych wyjazdów: Praga, Londyn, Moskwa, Paryż, Zurych.

Pierwszego ataku paniki dostała po półtora roku pracy. "Masz lęki, weź xanax" - radziła przyjaciółka. "Oszalałaś? Xanax biorą wariaci!" - odpowiedziała. Kiedy pojechała na urlop, nawet nie wyszła na plażę, bo pierwszej nocy dostała wysokiej gorączki. Do tego nasiliły się lęki. Po powrocie poszła do psychiatry. Diagnoza: nerwica lękowa, agorafobia. "Za długo żyła pani w stresie" - usłyszała.

Beata, 29 lat. Pochodzi z południowo-zachodniej Polski. Skończyła dziennikarstwo w Warszawie. "Moja córka pokonała kilkanaście osób na jedno miejsce" - chwalił się jej tata, stolarz. Ona myślała: "Będę kimś". Tylko że po studiach nie mogła znaleźć pracy. Kolejne darmowe staże w dziennikach, tygodnikach i miesięcznikach. Dorabiała jako barmanka. W końcu dostała posadę w regionalnym dzienniku. Pensja: dwa tysiące brutto, umowa o dzieło.

W redakcji siedziała od rana do nocy. Na przedmieściach wynajmowała pokój. To tam po raz pierwszy "usłyszała głosy". Wydawało się jej też, że ktoś stoi w pokoju. A nikogo nie było. Do szpitala trafiła, gdy na zebraniu redakcyjnym zbiła szybę w drzwiach i krzyczała, że wszyscy chcą ją zabić, a potem schowała się pod biurko. Diagnoza: ostry epizod psychotyczny.

Część pierwsza: O kobietach poukładanych

Marta: - Ja i komórka, przez lata nieodłączny duet. Codzienne prośby: "Potrzebuję pomocy. Maciek zaczął się moczyć", "Koleżanka ma dziecko, podejrzewają zespół Aspergera. Porozmawiasz z nią? Tak, dzisiaj, to chwila". I inne: "Jak mam zrobić ciasto na pizzę?", "Przypomnij mi nazwę odżywki, której używasz do roślin?". Przyjaciele, znajomi, ich znajomi, rodzina.

- "Uroki bycia psychologiem i zorganizowanym człowiekiem" - uśmiechałam się do Artura, mojego męża, architekta. Mamy dom w jednej z lepszych dzielnic w mieście. Styl skandynawski. Lubiłam jasne wnętrza. "Są czyste, wiesz, że nie lubię chaosu" - mówiłam Arturowi. Najważniejsze słowo w moim życiu: samodyscyplina.

- Praca i rodzina? To za mało. O świcie joga i bieganie. W nocy nauka języków, czytanie publikacji naukowych, pisanie własnych. W kartonach na strychu trzymam stare kalendarze. Pełne notatek, wykrzykników, zadań do wykonania. O, patrz, jeden z nich. 21 maja 2006 to tydzień przed urodzeniem drugiej córki. Dwadzieścia pozycji, m.in. odebrać pranie, kupić kwiaty, zapłacić monterowi, skończyć pisać dla sądu opinię w sprawie adopcji. Albo inna data. Też maj, tylko że 2008 rok. Pogrzeb mojego taty. "Potwierdzić wizyty pacjentów, odebrać ciotki z dworca. Zadzwonić do wychowawczyni Ani i omówić z nią ustalenia Rady Rodziców". Jednego słowa o tacie. A pamiętam dobrze ten dzień.

- W kościele słychać było płacz mamy i siostry. Ja? Stałam przy trumnie i zastanawiam się, czy dobrze przyprawiłam kurczaka. Całą poprzednią noc spędziłam w kuchni - zaprosiłam ponad trzydzieści osób. Wieczorem, po stypie, jeszcze czytałam Ani "Dzieci z Bullerbyn" i układałam klocki z Marysią. Nie płakałam. Ani wtedy, ani później. Kolejnego dnia wstałam, zrobiłam śniadanie, odwiozłam Anię do szkoły, Marysię do niani, cały dzień przyjmowałam pacjentów. Tydzień później urodziłam Tosię. Tak latami wyglądało moje życie. I czułam się szczęśliwa.

- Kontrola - to słowo też lubiłam. Marzyłam o rodzinie. Miałam 21 lat, kiedy poznałam Artura, zakochałam się, rok później byłam w ciąży. Z małym dzieckiem studiowałam, potem robiłam doktorat. Trochę pomagała mi mama. Mąż już wtedy zarabiał. Od początku od ogarniania domowej rzeczywistości byłam ja. "Kupisz pieluchy?"- poprosiłam któregoś dnia. Ania miała może tydzień. Wrócił po godzinie z pieluchami dla roczniaka. Nie miałam pretensji. Ani wtedy, ani później. Byłam silna i niezależna. Zawsze.

Ewa: - Stałam na warszawskim Okęciu i patrzyłam na swoje nowe szpilki. Cena: 800 zł. "Masz eleganckie buty na obcasach? - spytała dzień wcześniej szefowa. "A te nie są w porządku?" - zdziwiłam się, pokazując czółenka. Uśmiechnęła się z pobłażaniem: "W tym chcesz wystąpić? Po moim trupie. Nic tak nie wytrąca przeciwnika z równowagi jak świetny wygląd! Idziemy na zakupy". To był czwarty miesiąc mojej pracy w firmie i pierwszy raz leciałam z szefową na negocjacje do Zurychu. Znałam języki, byłam atrakcyjna, pewna siebie. I podekscytowana.

- Ja wcześniej? Filologia dla osoby uzdolnionej językowo to luksus. No i stypendia. Rok mieszkałam w Helsinkach, pół roku w Oslo. Finansowo pomagali mi rodzice prawnicy. Gdy wróciłam do Polski, powiedzieli: "Człowiek wykształcony musi skończyć też prawo. Choćby zaocznie". Zrobiłam to dla nich. Zresztą lubiłam się uczyć. Obroniłam pracę magisterską i dostałam posadę w dużej instytucji kulturalnej. Zajmowałam się promocją Polski w Europie, m.in. organizowałam wystawy.

- Na jednej z nich, w Pradze, poznałam swoją przyszłą szefową, Marię. "Podoba mi się, co zrobiłaś. Nie chcesz zmienić pracy? Szukam asystentki" - spytała wprost. To był piątek, w poniedziałek miałam już w Warszawie spotkanie z nią i jej wspólnikiem. Zaczęło się inne życie. Telefony o każdej porze dnia i nocy. Nie zniósł tego mój chłopak jeszcze z czasów studiów. "Ten świat jest chory" - stwierdził, pakując swoje rzeczy.

- Szybko uczyłam się zasad biznesu. Brałam udział w fuzjach, przekształceniach i przejęciach największych firm. Kiedyś przed ważnym spotkaniem spojrzałam na siebie w lustrze. Zobaczyłam wysoką, atrakcyjną brunetkę ubraną w obcisłą granatową sukienkę przed kolana i marynarkę. Miałam zimne oczy: "Jezu, to naprawdę ja?". Byłam w szoku. "Skutecznie, z uśmiechem i bez litości".

- Szefowa traktowała ludzi jak pionki. Nie tylko ona. Kiedyś na jednym z bankietów podszedł do mnie prezes jednej z firm. "Wina?" - spytał. "Nie, dziękuję" - odpowiedziałam. Roześmiał się: "To jest świat biznesu, tu się nie da na trzeźwo".

Beata: - Mieszkanie było nieduże. Ściany odrapane. Pomalowałam je w pierwszy weekend swojego pobytu w Białymstoku. Nie podobało mi się to miasto. Było smutne. Ale i tak się cieszyłam. Wreszcie miałam pracę. I to w dzienniku. Jeszcze w swoim rodzinnym mieście, w liceum chodziłam pomagać do redakcji lokalnego tygodnika.

- Lubiłam ten klimat. Obserwowanie dziennikarzy jak oficjalnie rozmawiają z burmistrzem, a potem wyciągają poufne informacje od jego pracowników. Malwersacje finansowe, walka o władzę. Tylko że nie znałam miasta, do którego przyjechałam, wszystkiego uczyłam się od początku: "Beata, sprawdź ceny w supermarketach", "Wypadek na rynku, jedź zobaczyć", "Dzisiaj odsłuchasz mi wywiady". Byłam dziewczyną na posyłki. Do tego po raz pierwszy poznawałam zwyczaje wschodniej Polski.

- Nie potrafiłam uwierzyć: kobieta szef to ewenement, wizyta u ginekologa - wstyd. Graficzkę były mąż pobił tak, że trafiła do szpitala. "Mogła się nie rozwodzić" - komentowali koledzy z redakcji. Pracowałam od rana do nocy, brałam dużo dyżurów, bo chciałam dorobić.

- Znajomi? Znałam tylko ludzi z gazety, oni mieli rodziny. Przyjaciele z Warszawy? Na początku dzwonili, zapraszali do siebie, chcieli przyjeżdżać. "Nie mam czasu" - odpowiadałam. Do domu jeździłam rzadko, bo to 500 km z przesiadką. W wolne dni czytałam, sprzątałam, snułam się po mieście. Nowe doświadczenie: samotność. Mam trójkę rodzeństwa, w domu zawsze było głośno, na studiach mieszkałam w akademiku, potem wynajmowałam mieszkanie z koleżanką. Pierwszy raz w życiu usłyszałam, jak sąsiad hałasuje na górze, ktoś się kłóci za ścianą o rachunki. "Jestem twarda, pracuję na swoją przyszłość!" - mówiłam sobie codziennie rano.

Częśc druga: O kobietach udających szczęście

Marta: - "Mamo, chodź", szarpała mnie za rękę niespełna trzyletnia Marysia. Tosia płakała głodna w sypialni, Ania biegała po domu i krzyczała: "Gdzie są moje zeszyty? Mamo, gdzie są zeszyty?". Artur wołał z dołu: "Kotku, poproszę o grzanki!". Zrobiło mi się słabo, poczułam potworny ból głowy. "Muszę zwymiotować" - pomyślałam. Zamiast pójść do Tosi, zamknęłam się w łazience i próbowałam oddychać. Minęło pięć, dziesięć minut. "Mamo! - słyszałam zza drzwi. - Idę" - odkrzyknęłam. "Okej, jestem zmęczona. Wstałam o piątej rano biegać, zasnęłam o trzeciej nad ranem, bo szyłam strój na przedstawienie do przedszkola i kończyłam sprawdzać prace studentów" - tłumaczyłam sobie. Ale te sytuacje zaczęły się powtarzać.

- Bóle głowy? Na początku raz na miesiąc, dwa. Potem co najmniej raz w tygodniu. I wysypka. Budziłam się w nocy, bo tak mnie wszystko swędziało. "Co ty wyrabiasz?" - kiedyś Artur zastał mnie w łazience. Stałam nago i drapałam się szczotką, myślałam, że z bólu nie wytrzymam. Bałam się tych słabości, narzucałam więc sobie większą dyscyplinę. Zaczęłam jeść tylko gotowane rzeczy. Rzuciłam mięso, wędliny. Spałam coraz mniej. Potrafiłam już się położyć, gdy przypominałam sobie, że nie wyprasowałam kilku ubrań dziewczynek. Wstawałam i kończyłam prasowanie. "Możesz z nami usiąść? Pogramy w Harry’ego Pottera" - pytał Artur w niedzielę. "Nie mogę, jest tyle rzeczy do zrobienia" - myślałam. 

Dowiedz się więcej na temat: depresja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje