Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wybrałam miłość na całego

Ojciec walczył w Powstaniu Warszawskim, mama była sanitariuszką. Ona została nauczycielką. – Byłam normalną dziewczyną – mówi – miałam chłopaka... Ale potem pojawiła się inna miłość, wszechogarniająca, do Chrystusa. Tylko że Małgorzata Chmielewska samą modlitwą żyć nie umie. Za dużo w niej energii. Została przełożoną Wspólnoty Chleb Życia. Pomaga bezdomnym, jest zastępczą matką dla porzuconych dzieci. Czasem czulszą niż te biologiczne. Tak się spełnia jej kobiecość.

Telefon siostry Małgorzaty Chmielewskiej dzwoni co chwilę. A jest problem z zasięgiem, bo to kompletne pustkowie. Dom, w którym teraz siostra mieszka z podopiecznymi, to stary odremontowany dworek we wsi Nagorzyce w Górach Świętokrzyskich. Siostra jest przełożoną Wspólnoty Chleb Życia, która prowadzi w całej Polsce ośrodki opieki dla odrzuconych, bezdomnych.

Reklama

Znów dzwonek. Jest kłopot, ktoś wysłał do Warszawy za mały samochód, nie zmieści się do niego piętrowe łóżko. A za chwilę ktoś inny błaga o pomoc, bo mu się dach wali. Albo dzwoni córka. Jaka córka? Zanim zdążę zapytać, siostra zaczyna tłumaczyć się, że ma taką "wypasioną" (tak mówi) komórkę, bo rozpieszcza ją "ukochany synek".

Twój STYL: Jaki synek?

Siostra Małgorzata Chmielewska: - Mój. Mam pięcioro dzieci.

Siostra jest matką?

- Nie biologiczną. Zastępczą. Nie szukałam tego macierzyństwa, tak się po prostu stało.

Siostra od dziecka wiedziała, że zostanie zakonnicą?

- Chciałam zostać nauczycielką. Rodzice wpajali mi, że trzeba pomagać innym, być solidarnym. Sami też żyli zgodnie z tymi wartościami. Ojciec brał udział w Powstaniu Warszawskim, trafił do oflagu, uciekł stamtąd do Jugosławii, tam też działał w partyzantce. Mama była w powstaniu sanitariuszką, udało jej się uciec z transportu do Oświęcimia. Poznali się już po wojnie, w Poznaniu.

Tatę od razu wzięli do wojska, bo skończył medycynę na tajnych kompletach. Jako lekarza przenosili go z miasta do miasta, z jednej jednostki do drugiej. Żyliśmy na walizkach. Dopiero w 1956 roku, już w Warszawie, tata odszedł ze służby. A mama była z wykształcenia ekonomistką, uczyła w technikach. Rodzice byli, jak to się mówi, "wierzący niepraktykujący" i na dodatek zdeklarowani antykomuniści.

A siostra czego postanowiła uczyć?

- Biologii, taki wybrałam kierunek studiów na Uniwersytecie Warszawskim. Wie pan, ja byłam całkiem normalną dwudziestolatką: miałam chłopaka, i to niejednego. Lubiłam skromną biżuterię, bransoletki, czasem się delikatnie malowałam. Tylko raz miałam pełny, wyzywający makijaż. To było na studiach, na obowiązkowych zajęciach z przysposobienia obronnego, które prowadzili najgłupsi oficerowie z Ludowego Wojska Polskiego. Pół dnia odsiadki raz w tygodniu. W tylnych ławkach się dobrze bawiliśmy.

Raz ułożyłam się wygodnie na zwałach kurtek i koleżanki zrobiły mi makijaż. Wykładowca wyrzucił mnie z tych zajęć, za co byłam mu ogromnie wdzięczna. Studia na szczęście udało mi się skończyć mimo tej wpadki z przysposobieniem obronnym. Wyjechałam uczyć do Drohiczyna - tam dostałam pracę i mieszkanie. I spotkałam moją pierwszą córkę. To było w 1973 roku.

Tak po prostu spotkała siostra córkę?

- Można tak powiedzieć, chociaż to była moja uczennica. W szkole nigdy wcześniej nie zwróciłam na nią uwagi. Aż kiedyś szłam ulicą i zobaczyłam  dziewczynkę w starej, męskiej kurtce i za dużych butach. Podeszłam do niej, chciałam wiedzieć, jak to jest możliwe, że po mieście plącze się samotne, brudne dziecko i nikogo to nie obchodzi. Jak się okazało, jej mama była niepełnosprawna, ojciec zginął, miała młodsze rodzeństwo. Poszłam do nich do domu. Straszne warunki.

Od razu stwierdziłam, że zajmę się tą dziewczynką. Bo problem  z takimi dziećmi polega na tym, że nikt się nimi nie interesuje. Siedzą w szkole w ostatniej ławce, zawsze są tymi gorszymi. Niezauważane przez nauczycieli, wyśmiewane przez kolegów, bo nie mają modnych gadżetów. Wtedy to mógł być piórnik, ładne flamastry, dziś - komórka, markowe ciuchy. Mechanizm odrzucenia jest ten sam. "Moją" dziewczynkę chciano skierować do szkoły specjalnej. A okazało się, że ona nie jest mało inteligentna - nie czyta i nie odpowiada na pytania nauczycieli, bo nie słyszy. Miała powikłania pogrypowe. Mój ojciec ją wyleczył i okazało się, że to jest rezolutne dziecko. Wystarczyło tyle i aż tyle.

A co to znaczy właściwie, że się nią siostra zajęła? Od tego jeszcze daleko do stworzenia rodziny zastępczej.

- Przychodziłam do niej do domu, leczyłam ją, dbałam, żeby odrabiała lekcje. Zorientowałam się, że muszę ją uczyć życia, jej mama była "niewydolna wychowawczo", tak się to profesjonalnie mówi, choć dzieci kochała. Długo uczyłam moją dziewczynkę choćby mycia rąk. Wciąż o tym zapominała. Raz przyszłam w odwiedziny, zajrzałam do izby w ich domu przez otwarte drzwi i usłyszałam, jak ona... tłumaczy rodzeństwu, jak należy myć ręce. Używała moich słów, dokładnie. Pomyślałam: jest dobrze. Na tym polega wychowywanie dzieci. To, co słyszą, zostaje w nich. Nawet kiedy zbłądzą, będą miały się do czego odnieść.

Ta opieka pewnie by jeszcze trwała, może nie zdecydowałabym się tak szybko na zostanie matką zastępczą. Ale na wiosnę wywalili mnie z pracy, bo nie poszłam na pochód pierwszomajowy.  W małym miasteczku w latach 70. to było jak wydanie na siebie wyroku.

Postanowiłam wrócić  do Warszawy, miałam tam rodzinę. Ale jak zostawić dziecko, za które już stałam się odpowiedzialna? Nie mogłam tego zrobić. Uznałam, że zabiorę je ze sobą. Zaproponowałam matce, że stworzę dla małej rodzinę zastępczą, a ona się zgodziła, bo wiedziała, że to najlepsze dla jej córki. Razem pojechałyśmy do Warszawy.

Wsiadłyście we dwie do pociągu i już?

- Nie jestem nienormalna, żeby robić takie rzeczy. Wtedy byłam już dość zaangażowana w religię - dziś powiedzielibyśmy, że "wkręciłam się w katolicyzm". Znajomi załatwili mi posadę katechetki w szkole dla niewidomych dzieci w Laskach. Dostałam tam mieszkanko, wprowadziłam się do niego z córką.

Mówiła do siostry "mamo"?

- Miała matkę, nie chciałam tworzyć niezręcznej sytuacji. Poprosiłam, by nazywała mnie ciocią. Ale przejęłam obowiązki matki, a także ojca. Uczyłam się nowej roli, nieraz boleśnie. I coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że tym się chcę w życiu zajmować. Pomagać ludziom, w których cierpi Chrystus, jak w mojej dziewczynce. Chciałam wstąpić do benedyktynek, ostatecznie zdecydowałam się na zakon Małych Sióstr Jezusa. Złożyłam śluby. Spodobało mi się, że członkinie tego zgromadzenia nie mieszkają w klasztorze, zamknięte za klauzurą. Są wśród ludzi, tam, gdzie są potrzebne: żyją w namiotach cygańskich, wśród plemion koczowniczych na Saharze, niektóre jeździły z cyrkami, mieszkały w dzielnicach nędzy.
 Tyle że mnie chodziło o coś więcej: chciałam nie tylko mieszkać z biednymi, ale i zmieniać ich życie na lepsze. Tego w tamtej wspólnocie zrobić nie mogłam, więc wystąpiłam z niej po czterech latach. Pracowałyśmy z moją przyjaciółką Tamarą w duszpasterstwie niewidomych. Zauważyłyśmy wtedy, że prawie w każdym kościele pojawiają się ludzie, którzy siedzą w ławkach aż do zamknięcia drzwi wejściowych.
 A potem przenoszą się na ulicę, bo nie mają gdzie spać.

I co siostra zrobiła? 

- Postanowiłyśmy stworzyć dla nich dom. Powstał w Bulowicach koło Kęt. Przyłączyłyśmy go do Wspólnoty Chleb Życia z Francji.  Na całym świecie jest w niej 60 osób, w Polsce 13. Są wśród nas małżeństwa, osoby świeckie, ale i duchowne. Ja złożyłam śluby czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Byłam znowu zakonnicą. Założyłam stowarzyszenie pomagające ubogim.

Siostra była młoda, miała córkę. Nie chciała stworzyć własnej rodziny, zakochać się, urodzić dzieci?

- Wtedy już wiedziałam, że kocham Chrystusa. To jest miłość wielka, wszechogarniająca. Wystarczy za wszystkie inne ziemskie miłości.

Czy siostra się lubi podobać?

- Mało mnie to obchodzi, czy się komuś podobam, bo życie z Chrystusem mnie od tego uwalnia. Ale kiedy byłam młoda, wielu mężczyzn zwracało na mnie uwagę. Widzieli we mnie kobietę, mimo że byłam w habicie, a może to było dla nich ekscytujące. Raz mi się przydarzyło, że ktoś mnie poklepał po pupie, odwinęłam się i dałam w pysk.

Były też pewnie bardziej subtelne dowody zainteresowania?

- Tak, kupowali mi kwiaty oraz rzeczy potrzebne moim biedakom. Bo jak już taki jesteś zakochany, to trzeba dla bezdomnych kupić to czy tamto. Jeden z panów, zresztą miły, żonaty - byłam w kontakcie z jego żoną, taki trójkącik - wspierał remont naszego domu. Wcześniej zadzwoniłam do małżonki  z pytaniem, czy się zgadza, to były przecież ich wspólne pieniądze. Ona zaaprobowała pomysł, a że chłop miał taki kaprys, to dobrze. Muszę zresztą przyznać, że lubię przystojnych mężczyzn. Mniej przystojnych też. Jeśli potrzebuję, żeby ktoś coś wyremontował albo przybił gwóźdź, interesuję się płcią przeciwną. Ale nie czuję fizycznego pożądania. Z pewnych rzeczy świadomie zrezygnowałam.

Żadnych grzesznych myśli, siostro?

- Czasami mam ochotę komuś przywalić, ale tego nie robię. Czasem mam ochotę zakląć i to robię.

Wróćmy do siostry jako matki. Bo dziewczynka z Drohiczyna to pierwsza córka, a na początku powiedziała siostra, że ma pięcioro dzieci.

- Drugie, syn, pojawiło się, gdy działałam już we Wspólnocie Chleb Życia.

Jak trafił do siostry?

- Jego matka była mieszkanką naszego pierwszego domu w Bulowicach pod Bielskiem-Białą. Miała trzyletniego syna, którego jej odebrano i umieszczono w domu dziecka. Postaraliśmy się, żeby jej to dziecko oddano. Myśleliśmy, że to ją zmotywuje. Ale popłynęła z Arturem w siną dal, do meliny w sąsiednim miasteczku. Znaliśmy adres, zajechaliśmy na miejsce z policją. Nie chodziło mi już o tę kobietę, tylko o malca. Artur leżał nagusieńki - sam w mieszkaniu, na nadpalonym materacu.

Płakał?

- Nie, on nigdy nie płacze. Wtedy nie zdawałam sobie jeszcze sprawy z jego stanu. Wiedziałam, że nie mówi mimo skończonych trzech lat. Miał też ataki, przez które trafił raz do szpitala, ale nikt go nie zdiagnozował, bo kto się będzie przejmował dzieckiem z bidula?

Siostra Chmielewska.

- Pierwszy diagnozę padaczki postawił mój ojciec - z opisu, który mu przedstawiłam, bo już umierał na raka, nie praktykował. Mamusia Artura, jak oprzytomniała z pijaństwa, pojawiła się u nas. Przywitałam ją z dzieckiem na rękach, chłopczyk był cały czas przylepiony do mnie. Powiedziałam, że jeżeli Artur się do niej przytuli, to może z nim u nas zostać. Ale wtedy stała się rzecz, która mnie zaskoczyła: Artur na widok tej kobiety wtulił się we mnie jeszcze mocniej. Powiedziałam: "Sorki, trudno".

Wiedziała siostra wtedy, że Artur oprócz padaczki ma też autyzm?

- W tamtych czasach nikt o autyzmie nie słyszał, więc diagnozę postawiłam ja, później potwierdzili ją lekarze. Ale do tego momentu Artur musiał się uczyć w szkole, taki obowiązek nakładało na nas prawo. To była jazda bez trzymanki. Aż w końcu znalazłam w Ostrowcu ośrodek dzienny dla autystów. Poszłam tam z chłopcem na miękkich nogach, że go nie przyjmą, bo to za trudny przypadek, a pani dyrektor tylko się roześmiała: "To jeszcze siostra nie widziała naszych dzieci". Artur skończył tam gimnazjum. Jestem z niego dumna. Ze wszystkich dzieci jestem dumna i z wnuków, bo jestem już wielokrotną babką.

Doliczyłem się córki i syna, dwójki dzieci. A potem?

- Przenieśliśmy się do Warszawy. W kolejnym naszym domu bezdomni przyprowadzili z dworca chłopca. Tysiące osób go mijały, a tylko moi biedacy się nim
 zainteresowali. Stwierdzili, że dorośli mogą być bezdomni, ale dziecko nie. Gdy przyjechał, dałam mu łóżko, spał 24 godziny, gdy otworzył oczy, powiedział
 do mnie "mamo".

I tym siostrę kupił?

- No pewnie! Był cwany i śliczny. Mogłam go oddać do pogotowia opiekuńczego, ale wiedziałam, co go potem czeka, tym bardziej że nie był Polakiem. Samotność  w domu dziecka, przemoc ze strony wychowanków, pewnie szybko zakład wychowawczy i więzienie. A potem trafiłby na ulicę. Janek - tak miał na imię - następnego dnia przyprowadził swoją siostrę, o którą się martwił. Dostali polskie obywatelstwo. Byłam ich "opiekunem faktycznym", jak orzekł sąd, bo żeby stworzyć rodzinę zastępczą, rodzice muszą mieć co najmniej ograniczone prawa rodzicielskie. A ich matka przepadła. Moja romska córeczka do dziś, w tej chwili już jako jedyna, mówi do mnie "mamo". Oboje, i Janek, i jego siostra, zdali maturę, pracują. Są wspaniali.

 Ale to nie ostatnie siostry dziecko? Dziwnie to brzmi, muszę przyznać.

- Mam jeszcze jedną córkę. W biednej rodzinie, w okolicy naszego domu była dziewczynka. Zostałam jej chrzestną. Gdy jej mama zmarła, zrobiliśmy naradę z rodziną. Tatuś się nie nadawał do ojcostwa, był alkoholikiem. Młodsze rodzeństwo wzięli krewni. A ja zabrałam swoją chrześnicę, która była wtedy w IV klasie podstawówki. Dla niej także zostałam rodziną zastępczą. Mówiła do mnie "ciociu", bo matkę miała jedną, bardzo ją kochała.

Jak pokochać dzieci, które tak nagle zjawiają się w życiu?

- Artur, powiedz: kochasz Gosię? No widzi pan. To facet mojego życia. Będziemy ze sobą, aż śmierć nas rozłączy, Artur będzie potrzebował opieki do końca, nigdy się nie usamodzielni. Można na to patrzeć jak na ciężar, brzemię albo wyróżnienie i błogosławieństwo. Tak samo jak na zastępcze rodzicielstwo. Nigdy się nie da stworzyć tak silnych więzi jak biologiczne. Możemy stworzyć więzi szacunku i miłości. Z większością moich dzieci stawialiśmy sobie stopnie z zachowania wobec siebie. "Dzisiaj dostajesz tróję", mówił  do mnie syn, sam też rzadko dostawał piątki. W dzieciach porzuconych pozostaje do końca życia rana, która nie może się zabliźnić. Potrzeba lat, żeby je przekonać,  że "ja ciebie nie zostawię".

Siostra była matką Polką z siatami? 

- Często. Obiad jedliśmy wspólnie z mieszkańcami domu dla bezdomnych. Ale kolację szykowaliśmy już sami w naszym mieszkaniu.

Siostra miała osobne mieszkanie?

- Osoba, która prowadzi dom Wspólnoty Chleb Życie, zawsze ma własną przestrzeń, choćby pokój. Rodziny - mieszkanie. Chodzi o dzieci. One nie wybierały bezdomności, powinny mieć namiastkę normalności: z posiłkami, obowiązkami, wieczorami spędzonymi z mamą i rodzeństwem. Kolację gotowałam sama: przeważnie spaghetti bolognese, wychodziło najtaniej. W pewnym momencie miałam na stanie dziewięcioro nastolatków moich i nie tylko moich, a to żarło niemożebnie. Prałam, sprzątałam, odrabiałam lekcje.

Kiedy dzieci podrosły, same sobie prały majtki i skarpetki, miały dyżury w kuchni. Starsze pilnowały młodszych, wszystkie zajmowały się Arturem. Samotne macierzyństwo nie jest proste, ja to doskonale rozumiem. Trzeba być mamusią, tatusiem i kasą w jednym. Nawet gdy dzieci przeżywają trudności, w małżeństwie ludzie rozwiązują problemy we dwoje. A ja czasem musiałam dać ochrzan i mówiłam: "Teraz mówię do was jak ojciec". A minutę później:  "No, to teraz jak matka". I było przytulenie. Grałam dwie role. Srogiego ojca było zdecydowanie trudniej.

A co z wzorcami męskości?

- Raz w tygodniu organizowaliśmy w jednym z naszych warszawskich domów, który wtedy prowadziłam, akademię Zrób to sam. Chłopcy się dowiadywali, jak zrobić stołek, naprawić spłuczkę albo prasować koszulę. Wiele lat później dorosły już Janek przyszedł zreperować mi kran, a ja pytam: "Synu, gdzieżeś się tego nauczył? - Na tej twojej pieprzonej akademii Zrób to sam". Dziewczynki też się uczyły, ale wpajałam im, że nie są służkami. Jak któryś z chłopaków mówił do siostry błagalnym tonem: "Zrób mi herbatę", interweniowałam: "Ani mi się waż, chyba że następnym razem on ci się odwdzięczy".

Siostra jest świetną matką. Nie chciała nigdy siostra urodzić? Mówi się, że to naturalna potrzeba każdej kobiety. Każdego człowieka.

- Ach, mój Boże. A kto by wtedy wychował te dzieci, które mam? Zamienimy się i weźmie pan Artura? No właśnie. W Arturze jest wielkie bogactwo i piękno. Wielu rzeczy nie umie, ale potrafi kochać. Daje lekcje pokory, wolności, cierpliwości, miłości i ubóstwa. Dzisiaj w nocy podpieprzył mi z biura moje ukochane ikony. Rano spał, trzymając je w rączce, więc nie mogę mu ich zabrać. Jest jak lustro, w którym się przeglądam. Biegam, mam tysiąc niezwykle istotnych spraw, od których zależy zbawienie ludzkości. I przychodzi Artur, coś mu się w tablecie popsuło. Już chcę powiedzieć, że nie mam czasu, a zaraz sama się karcę: "Jak to nie masz czasu?". To jak z tej historii z Małego księcia: "Proszę cię bardzo, narysuj mi baranka".  I to się staje najistotniejszą sprawą w życiu.

Siostra rysowała baranka z dziećmi?

- Oczywiście. A z Arturem "rysujemy" je co chwila. Trzeba na przykład układać z nim klocki na podłodze. Bezsensowne, prawda? Facet ma 31 lat. A może to jest najważniejsze?

Teraz został siostrze już tylko Artur, reszta dzieci dorosła. Nie cierpi siostra z powodu syndromu opuszczonego gniazda?

- A czy ja miałabym czas na takie cierpienia? A poza tym jestem w kontakcie z moimi dziećmi i wnukami, często się widujemy.  Na święta obowiązkowo stawiają się wszyscy, jest wesoło, bo mają poczucie humoru. Pamiętam przepiękną scenę z Jankiem. Musieliśmy zanocować w Krakowie, przyjęły nas siostry w klasztorze. Wita nas jedna z kolacją na tacy, pyta o Janka: "To kierowca?". A Janek wypala: "Nie, nie, ja jestem synem siostry!". Dowcipas. Siostrze szczęka opadła, a my się uśmialiśmy, gdy wyszła. To poczucie przynależności, że Janek jest moim synem, udało mi się stworzyć. Po prostu najnormalniej w świecie się kochamy. Umiemy dawać sobie ciepło, czułość, miłość.

Siostrę kręci dawanie?

- Tak. Trik polega na tym, że trzeba umieć dawać i umieć przyjmować. Podarowałam raz pieniądze choremu na raka, a on się rozpłakał, i to nie z radości. Powiedziałam: "Dobra, to zrobi mi pan budę dla psa?". Był ledwo żywy, tak go ta choroba wykańczała, ale budę zrobił ładną.

Gdyby siostra nie włożyła habitu, to dziś byłaby chyba bizneswoman?

- Nie mam talentu do interesów. Mamy szwalnie, przetwórnie, ale one nie działają dla zysku - pracują w nich osoby, które nigdzie indziej nie znalazłyby pracy. A każdy ma prawo żyć i każdy ma prawo pracować. Z ludzi nie można rezygnować. Znam rodzinę, wspieramy jej członków od lat - rodzice chorują, są niezaradni. Mamy we wspólnocie pracownika, do którego obowiązków należy odrabianie lekcji z dziećmi z tej rodziny. Od kiedy zaczęliśmy się nimi zajmować, poprawiły stopnie, przechodzą z klasy do klasy. Niewiele trzeba, prawda? Zapomnieliśmy wszyscy, co to znaczy szacunek dla drugiego człowieka. Obrzucamy się błotem w telewizji, internecie, na ulicach. Ja, pan, czytelniczka, też możemy oberwać. Każdego może spotkać nieszczęście, wypadek, choroba... A poczytałby pan komentarze w internecie: "Jak se urodzisz kalekę, to se na niego płać, a nie ja z moich podatków". Kobiety traktujemy jak towar, niepełnosprawnych jak śmieci, ludzi o innym kolorze skóry jak zarazę. Przyzwoliliśmy na zdziczenie.

Czy jest siostra szczęśliwa? 

- Nie jest tak, że bez przerwy mam uśmiech na ustach i śpiewam Alleluja. Stają przed nami ludzie w potrzebie, we Wspólnocie Chleb Życia śmiejemy się, że to nasi prorocy. I pytanie: ominąć ich, olać, zamknąć oczy czy zrobić coś, żeby mogli odzyskać swoją godność?  A może nawet wyjść z bezdomności, wrócić do społeczeństwa? Kiedy patrzę wstecz na moje życie, wiem jedno: wybrałam miłość  na całego. Nieźle, co?

Rozmawiał WOJCIECH STASZEWSKI

Jeśli chcesz wspomóc podopiecznych siostry  Małgorzaty Chmielewskiej, prosimy o wpłaty na konto  Wspólnoty Chleb Życia: 73 8004 0002 2001 0000 1270 0001

Twój STYL 2/2018

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje