Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wszędzie słucham

Na początku był głos. A potem człowiek orkiestra. Telewizja, estrada, biznes. Jedna z najlepiej rozpoznawalnych twarzy polskiej rozrywki. Kim był przed radiem?

Trendsetterem – lansował światową modę w Warszawie, lobbystą – dzięki niemu przyjechali do Polski The Rolling Stones, mistyfikatorem – za komuny udawał, że mamy w stolicy metro. W książce "RockMann" zdradza, że chciał być saksofonistą. Dobrze, że został Wojciechem Mannem.

Reklama

Twój STYL: Pan jest zabawny i sympatyczny?

Wojciech Mann: Jak pani każe mi opowiedzieć dowcip, wyjdę...

Oczekiwanie narodowe jest takie, że gdzie Mann, tam beczka śmiechu...

- A tymczasem ja jestem trudny w kontaktach. Brak mi odruchu rzucania się wszystkim na szyję. W swoim czasie miałem dom otwarty, przewijały się tłumy ludzi bliżej lub mniej mi znanych. I wcale tego nie żałuję - były wygłupy, przygody. Ale teraz już mniej mnie ożywia niespodziewana wizyta.

A co pana ożywia?

- Muzyka.

Gdzie pan słucha najchętniej?

- Wszędzie słucham. Nawet jeśli coś brzęczy w trzecim pokoju, ja słucham, co tam gra.

A jak gra Doda albo Lady Gaga - denerwuje to pana?

- Nie. Muzykę dzielę na taką, która mi coś robi, i taką, co nie robi. Dźwięki, wrażenia - od tego potrafię dostać gorączki. Mierną zauważam i ignoruję.

Słuchawki na uszach czy głośniki na maksa?

- Czasem słucham głośno. Gdy mieszkałem sam w mieszkaniu na Powiślu, miałem mój długo kompletowany, wypieszczony, coraz lepszy sprzęt. Kiedyś o 11 wieczorem zagapiłem się, rozkręciłem głośniki... Ale poszło - jakaś dobra płyta, dużo bębnów. I nagle przez ten straszliwy hurgot słyszę stukanie do drzwi. Otwieram, stoi malutka siwiutka sąsiadka. Myślę: rany boskie, zaraz wezwie policję. A ona: Przepraszam bardzo, taka ładna piosenka, może pan puścić głośniej? Lubię ludzi, którzy doceniają dobrą muzykę.

Bliscy, żona i 19-letni syn Marcin, muszą słuchać tego, co pan każe?

- Czasem tak. Jak znajdę coś, co mi się podoba, strasznie mnie nosi, muszę się z kimś koniecznie podzielić. A na przykład do pójścia do radia są jeszcze dwa dni lub pan Wasowski, który jako jedyny rozumie moje fascynacje, gdzieś wyjechał i nie odbiera. Wtedy jestem despotą, wołam domowników: chodźcie tu natychmiast, zobaczcie, jakie to jest fajne! Jak się nie podoba, to ich nienawidzę.

Jest pan uzależniony od muzyki?

- Nie obsesyjnie. Nie mam tak, że żyję, podróżuję tylko po to, żeby szperać po sklepach muzycznych. Nie muszę się pilnować: stary, przypomnij sobie, jesteś w Hiszpanii, tu jest fajne morze i jedzenie. Na przykład na wakacjach dostrzegam świat dookoła - że tutaj osły mają zamontowane nad głowami przeciwsłoneczne parasolki, a tam nazwy ulic wypisali na pomarańczowych tabliczkach. Jestem ciekawy wszystkiego. Chociaż zgoda, dla zdobycia wymarzonej płyty zrobię wiele.

Na przykład?

- Kilka miesięcy temu wypatrzyłem w internecie, że w Stanach pewien człowiek ma do sprzedania płytkę mało znanego włoskiego rockmana - stary zjechany singielek, perełka, może nawet jedyny okaz na świecie. No i miała być licytacja na miejscu, w Teksasie. Tak długo wierciłem dziurę w brzuchu kumplowi z Nowego Jorku, że w końcu wziął w niej udział. I kupiliśmy.

W rodzinnym domu słuchało się muzyki?

- Tak, z oficjalnego radia, na którym łapaliśmy też Wolną Europę. To było nielegalne, ale bardzo atrakcyjne - dorośli słuchali o polityce, ja wyłapywałem muzykę. Piosenki były po angielsku, więc szybko chciałem nauczyć się języka. Moja mama też bardzo chciała, żebym umiał. Znalazła mi nawet nauczyciela od metodystów.

Rodziców było stać na prywatne lekcje?

- Przeciwnie, to był duży wysiłek finansowy. Rodzice pochodzili ze Lwowa, tam zostawili wszystko. Mama bardzo dbała o wykształcenie moje i młodszej siostry, która dziś mieszka w Stanach. Taty właściwie w moim wczesnym dzieciństwie nie było. Władza komunistyczna wsadziła go do więzienia, spreparowano jakieś zarzuty, potem zrehabilitowano, ale kilka wspólnych lat straciliśmy. Mieszkaliśmy w sublokatorskim pokoju z dziadkami.

Muzyka była ucieczką w fajniejszy świat?

- Wtedy świat składał się z zakazów i ograniczeń, więc każdy kontakt z zachodnią kulturą był świętem. Dzisiejsze dzieciaki tego nie rozumieją. I dobrze. Ale chyba warto im opowiedzieć. Wymyślaliśmy nieprawdopodobne sposoby, żeby dorwać się do muzyki - jakieś aparaty do przesyłania dźwięku za pomocą drutu wetkniętego do gniazdka telefonicznego - żeby ten po drugiej stronie usłyszał w słuchawce. Straszne, ale to były czasy, kiedy cieszył papierek z minikomiksem dołączony do gumy balonowej.

Płyty pan miał?

- Mało, zdobywane z trudem - ktoś przywiózł, gdzieś się kupiło na czarno albo w Fotoplastikonie - u prywaciarza, to była mekka fanów dobrej muzyki, taki sklep-komis. Potem, w liceum Czackiego, założyłem z kumplem klub fanów rock and rolla, było więcej kontaktów, wymienialiśmy się płytami.

O ile się nie mylę, ten kumpel to późniejszy polityk Andrzej Olechowski.

- Tak, pojawił się w połowie liceum jako nowy. Jak dla mnie - podejrzanie duży, ale dogadaliśmy się w ułamku sekundy. On też kochał muzykę i umiał po angielsku. Wybaczyłem mu nawet, że był pupilkiem nauczycielki historii, ja z historii byłem taki sobie. Dzięki naszej komitywie powstał "Pops fan club" - nigdzie niezalegalizowany, samozwańczy. Olechowski został prezesem na Polskę, ja - na cały świat.

- Przykleiliśmy się do Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego i dostaliśmy nawet mały lokalik na Nowym Świecie. Do klubu przychodzili ludzie, którzy naprawdę znali się na rzeczy. Tłumaczyliśmy teksty, wymienialiśmy informacje. Wieść o nas się rozeszła, nawet zaproszono nas do Pagartu, żeby wypowiedzieć się na temat gustów młodzieży.

Jak to? Pagart był monopolistyczną, zależną od władzy agencją artystyczną. Poszliście do "komuchów"?

- Zrobił nam tam reklamę redaktor Marek Perlman z Rozgłośni Harcerskiej, miał bardzo rozległe kontakty. A nam imponowało, że taka niby- -wielka władza ma nas za ekspertów. Faktycznie byliśmy encyklopediami napakowanymi wiedzą o muzyce. A szef Pagartu nie bardzo się orientował, czego by chciała posłuchać młodzież. Zrobiliśmy mu listę: Rolling Stones, The Animals, The Hollies i jeszcze parę megagwiazd. Wpisaliśmy tych, których sami lubiliśmy. Uznaliśmy to za dobry żart. Wydawało nam się niemożliwe, że Pagart ściągnie kogokolwiek.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje