Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wstęp do rewolucji

W sprawach mody jest dla Amerykanek wyrocznią. Uczą się od niej nie tylko elegancji, ale i niezależności od gustów projektantów. Sławę przyniosły jej książki, w których doradza, w co się ubierać, by czuć się właściwą osobą we właściwym stroju. Wszystkie trafiły na listę bestsellerów dziennika „New York Times”. W „Twoim Stylu” Nina Garcia mówi, co robić, by moda była naszym sojusznikiem, i dlaczego indywidualność jest ważniejsza od trendów.

Twój Styl: Nasz grzech główny w podejściu do mody to...?

Reklama

Nina García: Zbyt wiele kobiet co sezon wydaje fortunę na rzeczy, które się teraz nosi. I frustruje się potem, że mimo szaf pełnych modnych kreacji nie czują się dobrze ubrane. Zamiast stawiać na indywidualny styl, gonimy za trendem.

Ma pani na to radę?

- Noś wyłącznie ubrania, które dodają ci pewności siebie. Czasem w przymierzalni wkładamy jakiś ciuch i nagle zaczynamy się sobie podobać – prostujemy się, uśmiechamy, robimy swobodny gest. Warto za tym pójść, nawet jeśli peszy nas, że nikt w naszym otoczeniu czegoś takiego nie nosi, bo kolory są zbyt odważne albo rzecz nie wpisuje się w najnowsze tendencje. Na ulicy widuję sporo kobiet w modnych kreacjach i rzadko się za nimi oglądam. Kiedy mijam dziewczynę, od której bije pewność siebie, która porusza się swobodnie, i – to widać – podoba się sama sobie, zawsze ją zauważam. Takie kobiety mają często na sobie jedną przyciągającą wzrok rzecz – jakąś ciekawą bluzkę wygrzebaną w sklepie vintage, ekscentryczny dodatek dobrany do klasycznej kreacji. I to jest to! Przebłysk osobowości. Czyli niepowtarzalna jakość, której nie znajdziemy w żadnym katalogu mody.

Pochodzi pani z Kolumbii, nie wychowała się pani w USA. Jak udało się pani zostać guru do spraw stylu i mody w wymagających Stanach?

- Mój kolumbijski dom był wyższą szkołą elegancji. Od kiedy pamiętam, moda była w nim czymś niebywale ważnym. Ojciec prowadził na tyle dobrze swoje interesy, że mama mogła sobie pozwolić na własną krawcową. Pozycja tej kobiety w rodzinie była tak szczególna, że miała ona nawet własny klucz do naszego domu!

- Nie skłamię też, jeśli powiem, że garderoba była dla mojej matki najważniejszym pomieszczeniem. Spędzała tam całe godziny. Gdy pozwalała mi czasem do niej wejść, czułam, jakby dopuszczała mnie do tajemnicy. Przyglądałam się, jak przymierza sukienkę po sukience, przegląda się w lustrze itp. Bezwiednie nasiąkałam tą fascynacją i od dziecka uznawałam modę za coś, co ma realny wpływ na życie. Myślę, że właśnie dlatego stałam się dla wielu osób przekonująca. Choć pewnie nie bez znaczenia jest fakt, że ukończyłam dwie niezłe szkoły: nowojorski Fashion Institute of Technology i paryską École Supérieure de la Mode, a potem współpracowałam z Markiem Jacobsem, kilkoma domami mody, magazynem „Marie Claire”. Choć przyznaję, że moje pierwsze doświadczenie z modą w Ameryce było katastrofą.

Co ma pani na myśli?

- Miałam 15 lat, gdy nagle znalazłam się w USA, w żeńskiej szkole z internatem, do której wysłali mnie rodzice. Nie znałam tam nikogo, więc żeby dodać sobie animuszu, włożyłam to, co miałam najlepszego. Do kampusu wkroczyłam w spódniczce mini, butach na obcasie i w futerku z królika. I... zobaczyłam tam jakąś setkę uczennic w traperach, dżinsach i koszulach – obowiązywał akurat styl preppy. To się nazywa szok kulturowy. Z trudem złapałam oddech.

Następnego dnia pani też przyszła w traperach?

- Nie, zawsze miałam w sobie niechęć do naśladownictwa. Ale włożyłam już coś, co bardziej pozwalało mi zintegrować się z rówieśnikami. To doświadczenie nauczyło mnie, że strój może podkreślać pozycję w grupie albo z niej wykluczać – przez jakiś czas koleżanki nazywały mnie „kolumbijską królewną” i nie byłam z tego powodu szczęśliwa. Warto pamiętać, że w naszych czasach, gdy kontakty międzyludzkie stały się bardzo szybkie, ubiór często decyduje o tym, jak odczytuje nas świat.

W książkach pisze pani, że strój może oddziaływać terapeutycznie.

- Dodawać pewności siebie lub ją odbierać. Gdy ubierasz się zbyt zachowawczo – a robi tak wiele kobiet – i głównym kryterium wyboru twoich rzeczy jest to, by wtopić się w tłum, to tak, jakbyś mówiła: „Nie warto zwracać na mnie uwagi”. W końcu sama zaczynasz tak uważać. To działa również w drugą stronę. Zachęcam więc kobiety do rewolucji w myśleniu o tym, co warto na siebie włożyć.

Wiele radykalnych stylistek twierdzi, że prawdziwa zmiana w podejściu do mody musi zacząć się od wyrzucenia z garderoby 80 procent rzeczy.

- Może wystarczy połowa (śmiech). Ale jeśli nie zrozumiemy wcześniej, na czym polega nasz indywidualny styl, garderoba szybko zapełni się rzeczami podobnymi do tych, które wyrzuciłyśmy. Dlatego najpierw proponuję test. Wybierz jakąś rzecz z tego, co masz. Przyjrzyj się jej i odpowiedz na pytanie: „Dlaczego chcę to włożyć?”. Jeśli odpowiedź brzmi: „Bo to bezpieczny zestaw”, pozbądź się jej czym prędzej. Zrób to również, jeśli wybierasz coś tylko dlatego, że jest teraz modne. Jeżeli chcesz się ubierać ciekawie i przestać się czuć tłem dla innych kobiet, powinnaś wkładać rzeczy, które pokazują światu, kim jesteś. I nie daj się zbić z tropu najnowszym krzykom mody. Korzystaj z nich wtedy, gdy ci z nimi naprawdę po drodze.

Dlaczego tak często, patrząc na zawartość naszej szafy, czujemy bezradność: „Wisi tu tyle rzeczy, a nie mam co na siebie włożyć...”?

- Wiele z nas ma po prostu za dużo ubrań – za dużo takich samych rzeczy. Zasada „less is more” (mniej znaczy więcej) w modzie zawsze się sprawdza. Dużo łatwiej stworzyć inspirujący zestaw, gdy mamy do dyspozycji dziesięć rewelacyjnych ciuchów, z których każdy dobrze na nas leży, niż gdy wybieramy spośród trzydziestu rzeczy, w większości nieciekawych. Czasem wyrzucenie połowy zawartości szafy może sprawić, że zaczniemy się lepiej ubierać. Jest takie aborygeńskie przysłowie, które lubię: „Im więcej wiesz, tym mniej potrzebujesz”. Trafne.

Dowiedz się więcej na temat: Nina Garcia | moda | projektanci | trendy

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje