Przejdź na stronę główną Interia.pl
Wreszcie nie muszę

Agata Młynarska

Mówi o sobie: nowa Agata, i przyznaje, że przed pięćdziesiątką pierwszy raz w życiu jest z siebie zadowolona. Nie dlatego, że wszystko jej się udaje, po prostu podczas siedmioletniej terapii zrozumiała, jakie błędy popełniała na swojej drodze do szczęścia. I stara się już ich nie powtarzać. Agata Młynarska ma w telewizji autorski program, nareszcie się zakochała. Czy kobieta, której życie do tej pory przypominało pole walki, umie cieszyć się tym, co osiągnęła, i nie boi się porażki?

Błąd pierwszy: To inni oceniają, ile jestem warta

Znów żyje pani pod presją.

Reklama

Agata Młynarska: - Kiedyś byłam pod znacznie większą, bo presja jest wtedy, kiedy pozwalamy sobie ją czuć. Mam już za sobą etap, kiedy tak bardzo chciałam spełniać oczekiwania innych, że gdy czytałam na swój temat krytyczną opinię, wydawało mi się, że oszaleję albo rzucę się do Wisły. Nie wiedziałam, co mam jeszcze zrobić, żeby się spodobać. Moja mądra przyjaciółka Asia Kurowska powtarzała: "Jeśli jesteś zraniona tym, co o tobie piszą, znaczy, że masz problem, bo dałaś się zranić". Musiały minąć lata, żebym zrozumiała, że nikt i nic mnie już nie zrani, dopóki na to nie pozwolę.

Teraz pani nie czyta tego, co piszą, czy się nie daje ranić?

- To drugie. Biorę pod uwagę konstruktywną krytykę, a nie rusza mnie, gdy ktoś pluje jadem.

Od poniedziałku do piątku codziennie prowadzi pani na żywo talk-show Świat się kręci w Jedynce. Determinacja, żeby się podobać i utrzymać oglądalność musi być ogromna.

- Chcę robić ceniony przez publiczność program, i to jest najważniejsze. Prowadzenie programu jest częścią całości, nie jest wartością samą w sobie. Kiedyś zapalone światło w kamerze było dla mnie narkotykiem. Gdy siedem lat temu odchodziłam z Dwójki, czułam, jakby ktoś odciął mnie od substancji, która wprowadza w stan ekstazy. Wydawało mi się, że nie istnieję bez publiczności, że do końca życia muszę o nią walczyć, zabiegać. W Polsacie zajmowałam się przede wszystkim pracą od drugiej strony kamery, byłam menedżerem, szefem działu nowych projektów, występowałam znacznie rzadziej. Miałam czas, żeby spojrzeć na siebie w innej roli. I chociaż czasami tęskniłam za sceną i kamerą, to wiedziałam, że teraz jest czas na to, by zawalczyć o siebie inaczej. Niekoniecznie muszę uczestniczyć w wyścigu na najdłuższe nogi, błyszczącą mini i pióra w tyłku. Kiedyś uwaga publiczności rekompensowała mi niski poziom wiary we własne możliwości, po latach pracy nad sobą wiem, że tylko ja sama decyduję, ile jestem warta.

Niepewność siebie jakoś mi do pani nie pasuje. "Potrafi wyjść w sylwestra na estradę i krzyknąć: Wrocław, kocham was!", tak mówiła o pani siostra.

- Kocham scenę, a poza tym dzięki niej przez chwilę czułam się naprawdę kimś. Po zejściu bywało różnie...

Błąd drugi: Nie wychodzi mi, czyli za mało się staram

Oglądała pani ostatnio swoje zdjęcia sprzed lat?

- Jakiś czas temu terapeutka prosiła, żebym przyjrzała się fotografiom, na których mam dwadzieścia kilka lat, i powiedziała, kogo widzę. To było poruszające przeżycie.

Kogo pani zobaczyła?

- Agatę z uśmiechem, ale ze smutnymi oczami, wystraszoną i bardzo zmęczoną, która wzięła na siebie za dużo. Spieszyło mi się do dorosłości. Za mąż wyszłam jako osiemnastolatka, przed dwudziestymi urodzinami urodziłam Stasia, cztery lat później Tadzia. W międzyczasie kończyłam polonistykę, pracowałam w szkole, dorabiałam korepetycjami, które często wyglądały tak, że młodszego syna trzymałam na rękach, a starszy gramolił mi się na kolana. No i jeszcze starałam się fajnie wyglądać. Zastanawiające, że ja wtedy o życiu niewiele myślałam, miałam jeden cel: sprostać oczekiwaniom rodziców, męża, znajomych. Być przez nich kochaną. Wydawało mi się, że mogę to osiągnąć, będąc zuch-dziewczyną. Mamą na medal, gosposią na piątkę z plusem, pracownikiem na ful. Gdy teraz widzę kobiety, które w obłąkaniu pędzą przez życie, chcą ze wszystkim zdążyć i we wszystkim osiągnąć mistrzostwo, myślę: "Boże, ja też tak robiłam". Wydawało mi się, że od nadmiaru wyzwań czegoś mi przybędzie, ale niestety przybywało jedynie kłopotów, a ubywało sił.

Pracą w telewizji też chciała pani komuś zaimponować?

- Na trzecim roku studiów wzięłam udział w konkursie na prezenterów wiadomości. Konkurowałam z Tomkiem Lisem, Jarkiem Gugałą, Jolą Pieńkowską. Jednym z moich nauczycieli był pogromca, a zarazem guru gwiazd telewizyjnych, Stanisław Młynarczyk. Od tamtej pory się go bałam, ale tuż po rozpoczęciu pracy w telewizji, w dzienniku Obserwator, przełamałam się i zadzwoniłam z prośbą, żeby przyjął mnie na szkolenie. Zaczął się śmiać: "Nie przypuszczałem, że pani się na to zdobędzie, nie rokowała pani najlepiej... ale dobrze, spróbujmy". Przez ponad miesiąc przychodziłam do niego do radia i uczyłam się zawodu. Wreszcie stwierdził, że już naprawdę jestem gotowa i zadzwonił do Niny Terentiew. Jego polecenie otwierało każde drzwi w telewizji. To był mój mistrz i autorytet. To on mnie "ustawił" i dał legitymację do uprawiania zawodu.

Bład trzeci: Życie to walka o to, kto jest lepszy

W telewizji zaczął się pani kolejny wyścig?

- Przede wszystkim telewizja zachwyciła mnie i pochłonęła. Niestety, nie umiałam stawiać granic, bo wciąż się bałam, że jeśli powiem "nie", ktoś mnie źle oceni, wyrzuci, przestanie lubić, że zawiodę. Przez lata też starałam się udowodnić: zasługuję na nazwisko, które noszę. Byłam dziennikarką, prezenterką, robiłam reportaże, z Niną Terentiew pracowałam przy Bezludnej wyspie. Spotkałam Jurka Owsiaka i ruszyliśmy z Róbta, co chceta, prowadziłam finały WOŚP, festiwale, sylwestry, Pytanie na śniadanie. Znalazłam się w takiej wirówce, że nawet nie zwracałam uwagi, czy jest wiosna, czy jesień. Byłam szczęśliwa, że mam pracę, mam z czego żyć, mogę zrobić remont mieszkania, a potem kupić dom na kredyt. W takim gorsecie uszytym z lęków i oczekiwań innych przeżyłam kawał czasu. Ekstremalnie zmęczona.

Kiedy ten świat zaczął się wywracać?

- Było sporo takich momentów. Pamiętam sytuację, kiedy Tadzio był chory i zajmowała się nim opiekunka, która była z nami od lat, a ja o drugiej w nocy wracałam z koncertu. Dostałam telefon od syna: "Mamo, kiedy wreszcie przyjedziesz, tyle na ciebie czekam!". Łzy zaczęły mi lecieć po policzkach i pomyślałam: "jestem w matni, nad którą nie panuję". Kochałam pracę, a zarazem jej nienawidziłam. Czułam się nielojalna wobec bliskich, kiedy praca wygrywała. Zawsze miałam poczucie winy. W wolne dni bywało, że też nikt nie miał ze mnie pożytku, bo leżałam wykończona robotą. Dzieci mi powtarzały: "Mamo, ty nawet jeśli jesteś zdrowa, to chorujesz". Choć mogłabym się popisać większą ilością czasu spędzonego z synami, to jedno wiem, że najważniejsza była jego jakość. Mieliśmy niedzielne poranki, w które oglądaliśmy razem kreskówki w łóżku, zanosząc się od śmiechu, jeździliśmy na wakacje, na narty, dużo rozmawialiśmy. Starałam się słuchać, o czym mówią, jakie mają problemy, i prosiłam, żeby bez względu na wszystko byli ze mną szczerzy. Zawsze przepraszałam za swoje błędy i szanowałam ich wybory. Tak jest do dziś. Mogą walić jak w dym.

Błąd czwarty: Szukam współczucia u innych

Dziś już pani wie, czemu nie potrafiła zadbać o siebie?

- Jako dziecko cały czas zabiegałam o uwagę. Mama aktorka, tata, wiadomo, osobny rozdział kultury polskiej, każde z nich zajęte karierą, pracą. Nasz dom był sceną dla nieprzeciętnych osobowości, na której dziecku trudno zaistnieć. Byłam prymuską, ale chorowitą. Dziś wiem, że mogła to też być chęć zwrócenia na siebie uwagi. Faktycznie chorowałam, ale sporo też jęczałam. Wydawało mi się, że jeśli będę narzekać, zdobędę więcej zainteresowania i współczucie.

Dostała je pani?

- To zawsze działa odwrotnie. Siostra była pierwszą osobą, która powiedziała, że nie znosi mnie jęczącej. Pamiętam czas, kiedy powinęła mi się noga i w pracy, i w życiu osobistym. Odchodziłam z Dwójki, rozpadł się mój związek. Jak zawsze się użalałam. "Nie chcę już więcej tego słuchać, nie dzwoń, jeśli nie pójdziesz na terapię i nie zaczniesz pracować nad sobą", usłyszałam od Pauliny. Powiedziała, że nie wyjdę z zakrętu, jeżeli nie zrobię porządku z emocjami, nie zacznę widzieć świata takim, jaki jest, a nie jakim mi się wydaje. Siostra wykopała mnie na terapię i jestem jej za to wdzięczna.

A pani była gotowa zmienić siebie?

- Zrozumiałam, że muszę się ratować. Na terapię dojeżdżałam na 9.30 rano do Warszawy z Zalesia, pokonując w korkach 30 kilometrów. Po spotkaniu z terapeutką musiałam się pozbierać i ruszyć do pracy. I tak przez siedem lat dwa razy w tygodniu. Gdy czasem słyszę od jakiejś kobiety, że poszłaby do psychologa, ale to wymaga poświęcenia i za dużo kosztuje, uśmiecham się, bo uważam, że pieniądze wydane na terapię były najlepszą inwestycją w moim życiu. Żaden samochód, wizyty w spa, nawet wakacje nie są warte więcej niż praca nad sobą. Mnie dzięki niej wyrosły skrzydła.

Byli i tacy, którzy mówili, że nową tożsamość i pewność siebie zafundowała sobie pani w klinice urody.

- A niech mówią. Jedno jest pewne - każda poważna, długoterminowa zmiana zaczyna się od ustawienia klocków w głowie. Uroda płynie z wnętrza, jak ci lepiej ze sobą, reszta też pięknieje. Nie zmieniłam się dzięki skalpelowi czy księciu z bajki, który podarował mi pierścień z brylantem i powiedział: "a teraz twoje życie będzie piękne". Mam za sobą długi proces i jestem dowodem na to, że dzięki terapii kobieta staje się atrakcyjniejsza, bo uczy się rozumieć siebie, odcinać, co złe. Zaczyna być dla siebie ważna, dobra, wybaczająca. Stawia granice.

Dowiedz się więcej na temat: Agata Młynarska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje