Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wolę życie niż twórczość

To trzeba reklamować jako kryminał! - mówi o filmie "Twój Vincent" Jerzy Stuhr. Aktor użycza głosu jednej z głównych postaci, ale przyznaje: idąc na pierwszy pokaz, bał się, że "malowanki" mogą okazać się nużące. A tu zaskoczenie! Fabuła próbująca wyjaśnić tajemniczą śmierć van Gogha wciąga, a forma, czyli pierwszy w historii film złożony z tysięcy namalowanych ręcznie obrazów, zachwyca. Z okazji premiery namówiliśmy Jerzego Stuhra na rozmowę o jego fascynacjach i... ich unikaniu. Będzie też o Shreku i wielbłądzie, bo z mistrzem dygresji inaczej się nie da.

Twój STYL: Ten film powstał z miłości do malarstwa. Ale zanim o nim porozmawiamy, chciałabym zapytać, czy pamięta pan swój pierwszy w życiu zachwyt nad obrazem?

Reklama

Jerzy Stuhr: - Kiedy miałem kilka lat, ojciec dostał od dalekiej krewnej obraz Wlastimila Hofmana "Głowa chłopca". Dziś wisi on u mnie w domu. I gdy na niego patrzę, widzę moje dzieciństwo. Wie pani, po cichu zawsze myślałem, że to jestem ja. I to taki, jaki już nigdy nie będę: z najpiękniejszego okresu życia. I teraz proszę sobie wyobrazić, jakie mam szczęście. Wchodzę niedawno do galerii na Pięknej tuż obok mego warszawskiego mieszkania i co widzę? Pośród wielu dzieł - Fałatów, nie-Fałatów - dostrzegam coś, co mnie natychmiast przyciąga. Pytam: co to za obraz? "Portret starego człowieka Wlastimila Hofmana". Tego samego! "Ale skąd u państwa się wziął?" "A, nie poszedł na aukcji i tak wisi".

Czekał na pana, jak nic!

- Od razu mówię: biorę. Nie był tani, ale czułem, że muszę go mieć. To nie przypadek, że tak mi się z tym malarzem spotkało. Mieszkam w Krakowie trzy ulice od ulicy Hofmana - on tam mieszkał w okresie krakowskim (artysta żył w latach 1881-1970 - red.). Był wykładowcą krakowskiej akademii, a moja córka tam studiowała. No i teraz mam w domu dwie jego głowy.

A późniejsze fascynacje? Czytałam, że uwielbia pan obrazy dawnych włoskich mistrzów.

- O tych pierwszych zachwytach z Włoch trudno mi mówić. Bo to był taki natłok piękna, że czasem nie mogłem wytrzymać.

Jak to?

- Zacząłem pracę we Florencji. Zajęcia miałem po południu. A przed południem chciałem się tego wszystkiego nałykać. Szybko, naraz! To był błąd. Po paru dniach... dostałem drgawek. Byłem tak zdenerwowany, że pobiegłem do apteki po środki uspokajające. A do moich studentów - mieliśmy akurat zajęcia z Hamleta - mówię: "Słuchajcie, nie wiem, co się dzieje, jakaś telepka. Ale skąd, jak? Wódki nie piłem. Może od upału?" A oni na to, że sprawa jest oczywista: choroba Stendhala. Kiedy ten pisarz pierwszy raz przyjechał do Florencji, po tygodniu dostał padaczki. Za dużo piękna naraz, proszę pani. W minimalnym stopniu, ale mnie też to dopadło. Potem już się nie powtórzyło, ale ten pierwszy tydzień zapamiętałem. Bałem się po tym wejść do galerii Uffizi. Tyle bodźców... Dlatego dziś, jako stary już człowiek, wybieram. Kiedy odwiedzamy Rzym z rodziną czy przyjaciółmi, mówię: "O, nie, dzisiaj tylko Caravaggio. Bo inaczej zwariujemy". A muszę pani powiedzieć, że już tak mam obcykany Rzym pod względem Caravaggia, że wiem, kogo i jak po tych kościołach poprowadzić. (twarz JS się rozjaśnia)

To poproszę o "szlak Stuhra".

- Zaczynam od Kapitolu. Potem galeria Doria Pamphilj, tam są ze trzy, a najpiękniejszy to Maria Magdalena. Przeistoczenie. Siedzi taka piękna kobieta. (JS stopniowo ścisza głos do szeptu) Półobnażona, wypadają jej z ręki korale, pierścionek. Wszystko staje się nieważne. Ona się przeistacza. (pauza) No, a potem idzie się do San Luigi dei Francesi naprzeciwko Ambasady Francuskiej, żeby zobaczyć św. Mateusza. Następnie Piazza Navona - obraz, na którym Maria z Dzieciątkiem wychodzi do klęczących pątników. Ależ oni mają brudne nogi, tylko te pięty widać! Na koniec Santa Maria na Piazza del Popolo, to już koło mojego ulubionego hoteliku. Obraz "Ukrzyżowanie św. Piotra". I nic więcej, nie pozwalam oglądać innych obrazów! "Może kiedy indziej" - mówię. Bo za chwilę będzie takie rozdygotanie, że nic nam nie zostanie w głowach.

Zakochany pan jest w tym Caravaggiu...

- Jest taka mieścina Sansepolcro wielkości - dajmy na to - Andrychowa. Tam się urodził Piero della Francesca, którego też lubię. Pojechałem zobaczyć jego słynny obraz, monumentalne "Zmartwychwstanie". Ale obok wisi obraz Caravaggia - chłopiec, który ukłuł się cierniem. I jest pokazany grymas tego chłopca. Zachodzę w głowę, jak Caravaggio mógł zapamiętać tak szybki ruch? Bo przecież nikt mu do tego nie mógł pozować. Nie mógł chłopak się kłuć 50 razy! Tylko raz! I malarz musiał zapamiętać ekspresję. To jest aktorska umiejętność! Coś pani powiem - ja w malarstwie zawsze szukam fabuły, anegdoty. Tu się we mnie teatr odzywa. Mnie interesuje, dlaczego taka mina, co się tam stało? Pamiętam, jak kiedyś w Madrycie z kolegą Nowickim Janem, moim przyjacielem w tamtych latach, staliśmy przed obrazami Goi "Maja naga i Maja ubrana", zastanawiając się, czy ta Maja naga jest "przed" czy "po".

No nie...

- Jakie myśmy dyskusje tam toczyli! "Patrz jej w oczy: spełniona czy nie spełniona?". Żartem to opowiadam, ale w obrazach zawsze bardziej mnie pociągała dramaturgia niż gra kolorów czy półcieni. Dlatego lubię dawne malarstwo tak mniej więcej do XV-XVI wieku. To rozumiem, to mnie cieszy.

A van Gogh już nie?

- Muszę przyznać, że zawsze bardziej fascynowało mnie jego życie niż twórczość. On jest dla mnie jednym z tych wielu artystów, którzy poprzez sztukę chcieli podkreślić wagę swego istnienia. A ta sztuka - w różnych dziedzinach - zawsze wyrastała z jakiegoś strasznego niedowartościowania. Pole artystyczne okazywało się wentylem niespełnionych ambicji, porażki życiowej. Tu przypomina mi się moja mama. Też chciała być artystką, ale wojna przekreśliła jej plany. Jak ona potem mnie wspierała w moich wyborach! Jakby realizowała siebie w mojej osobie. Kiedy patrzę na van Gogha, myślę jeszcze o tym, że on nie miał satysfakcji z tego, co robi - za życia sprzedał tylko jeden obraz. Miano go za głupka. Nikt nie rozumiał tego, co maluje. A mimo to musiał z siebie wyrzucić emocje. I to akurat jest mi bardzo bliskie.

Co to znaczy?

- Czasem ktoś pyta: "A dlaczego się pan zajmuje aktorstwem? - Bo muszę! - No jak to pan musi? Przecież ma pan jeszcze inne zawody w ręku, mógłby pan być nauczycielem, pisać książki. - Ale ja muszę się z ludźmi dzielić swoją wizją świata".

A dlaczego "muszę"?

- No właśnie to cię robi artystą, że musisz do ludzi coś mówić. Jeden musi, a drugi nie. Tak jak Andrzej Wajda powiedział kiedyś: "Jurku, bo to jest tak: jednym wolność jest do życia bezwzględnie potrzebna, a innym nie". Ze sztuką jest to samo. Musisz wyrzucić to z siebie.

A jak się nie wyrzuci, to co?

- Choroba. Kumulujesz to w sobie i nie zamieniasz tego w piękno - w szerokim sensie tego słowa. Często cytuję list naszego papieża do artystów. Tłumaczył: jesteście pomazani czymś, czego inni nie doświadczą, i waszym obowiązkiem jest to oddać ludziom. To nie jest wasze, to Pan Bóg przez was przemówił i macie obowiązek służyć tym innym. Ja w to wierzę. Skoro coś umiem, nie wolno mi tego schować. Teraz pracuję w operze (Don Pasquale w Operze Krakowskiej - red.) i gdy słucham tych śpiewaków, myślę: no, przecież Pan Bóg ich obdarzył czymś tak niewiarygodnym! I oni to oddają innym. Kocham śpiewaków, proszę pani! Jak przystępowałem do reżyserii, bałem się, że taki artysta na próbie raz mi zaśpiewa, a potem będzie kaprysił, że go boli, że nie chce nadwerężać. A tu nie! Pytam: "Możemy powtórzyć tę scenę?". "Proszę bardzo". I on mi wali na sto procent! Podobnie van Gogh - pięknie to ten film pokazał. Patrzymy na niego, jak stoi, kurde, w deszczu i nie przeszkadza mu to w malowaniu. Bo on musi! Trzeba mieć odwagę, żeby pokazywać świat taki, jakim się go widzi. A jeszcze van Gogh nie mógł liczyć na żaden odzew. Bo mnie to przynajmniej brawo co wieczór biją. (uśmiech)

  Pan chyba lubi muzykę. Kiedy pan opowiadał o tej operze, znowu się panu twarz rozjaśniła.

  - Bo to jest coś, co mnie fascynuje a-bso-lut-nie! Wprowadza w taki świat, gdzie mogę się oderwać. Bez szukania ciągów przyczynowo-skutkowych, które obowiązują mnie w filmie czy teatrze. Oczywiście, tam też jest jakiś porządek, ale dla mnie niedostępny. Moja żona jest zawodowym muzykiem, ona widzi logikę - fugi, sonaty. Bo to jest matematyka. Dlatego wnuczkom z matematyki żona pomaga, ja mniej. Muzyk ma tak wyrobioną wyobraźnię matematyczną - przecież całe życie liczy. Tak, tak i nagle buch! (JS stuka w stół) W ostatniej szesnastce taktu wchodzi!

A jaką muzykę pan ceni najbardziej?

- Mozart! Zawsze! Z tym, że jestem z pokolenia, że nie mogę słuchać i czegoś przy tym robić. Bo mnie to wciąga! Taki Mahler. Gdzie ja przy Mahlerze mógłbym czytać "Gazetę Wyborczą"? To jest cała dramaturgia! Uwielbiam Brahmsa. Imponują mi "ogromne aparaty" - jak w operze: 70-osobowa orkiestra, chór, soliści... To jest efekt! Ale to też się wiąże, proszę pani, z moją młodością, ja z takiego teatru wyszedłem. Dziady - 100 osób, Noc Listopadowa - 70 osób. Gdzie ma pani dzisiaj takie przedstawienia? Dziś nawet już w cyrku nie ma orkiestr na żywo...

Faktycznie.

- Tu zrobię dygresję. Co roku, kiedy jestem w Rabce i przyjeżdża cyrk państwa Zalewskich, idę zobaczyć mojego wielbłąda.

Tego z "Dużego zwierzęcia"? (film Jerzego Stuhra z 2000 r. - red.)

- Jest już stary jak jasna cholera, ale do niedawna miał jeszcze nawet swój numer! Na ekranie wyświetlał się fragment "Dużego zwierzęcia", a pani Zalewska w złotej sukni mówiła: "A teraz wielbłąd Rubio, który w filmie u pana Jerzego Stuhra grał główną rolę". I wielbłąd łaził po arenie, a ja z nim na ekranie. (uśmiech)

 Cudnie!

- No i właśnie ostatnio, kiedy byłem w cyrku, mówiłem do pana Zalewskiego: "Gdzie ta orkiestra?". A on: "Jaka orkiestra, panie Jerzy, nagrane wszystko i cześć". A kiedyś jak gruchnęła orkiestra, to dla mnie to w cyrku była najpiękniejsza rzecz!

Chciałam jeszcze wrócić do van Gogha. Znalazłam pewną rzecz, która pana z nim łączy.

- ?

W obu nazwiskach - Stuhr i van Gogh jest "h", którego się nie wymawia. Mówię to żartem, rzecz jasna. Ale poważnie: czy w jego postaci przedstawionej w filmie jest coś, co pana jakoś osobiście dotyka, porusza?

- Samotność. Artysta często jest dojmująco samotny. Może w moich ustach brzmi to dziwnie, ale proszę mi wierzyć, że tak jest. Nie chodzi o to, że nie otaczają mnie ludzie. Bo oni są, ale w wyborach zostaję sam. Wyobrażam sobie, jak van Gogh przystępował do kolejnej pracy i wiedział, że będzie kontrowersyjna. Walczył ze sobą: ruszyć temat tego słonecznika, nałożyć tam ten kilogram farby? To jest mi bliskie, bo gdy przystępuję do czegoś naprawdę twórczego, wiem, że nikt mi w tym nie pomoże. Potem, jak już realizuję nowy spektakl czy film, pomaga mi tłum, dorzucają wspaniałe rzeczy. Ale ta pierwsza myśl, początek to jest straszliwa samotność. Walczysz ze sobą. Ja przy wielu filmach w mojej reżyserii zastanawiałem się, czy mam odwagę w ogóle to ruszyć. Taki "Tydzień z życia mężczyzny" (film Jerzego Stuhra z 1999 r. - red.) - dłużej się zastanawiałem, czy go robić, niż go robiłem.

I jakie wtedy myśli biegały panu po głowie?

- Z czego się wyspowiadać? Do jakiego stopnia obnażyć? Co wyrzucić z siebie? Jeszcze o sobie - niech będzie. Ale co, jeśli skrzywdzę bliskich? Van Gogh malował żywe postaci, znajomych, też pewnie musiał się zastanawiać, czy nie są zbyt karykaturalne, przesadzone. To są, że tak powiem, nasze wspólne z van Goghiem problemy. Nie tylko "h" w nazwisku. (uśmiech)

Van Gogh namalował setki obrazów. Czy są takie, które podobają się panu bardziej niż inne?

- Interpretacja przyrody - to mi utkwiło, innych tak nie pamiętam. Doceniam na pewno to, że był samoukiem. Nawet tego wcześniej nie wiedziałem, że późno zaczął, po trzydziestce. Nikt go nie uczył, nie chodził do żadnych szkół malarskich. Fenomen. Powiedziałbym: artysta, przez którego Bóg wyrzuca z siebie piękno. Ale wie pani, wolałbym chyba mówić o filmie, bo na tym się bardziej znam niż na malarstwie van Gogha. Zobaczyłem "Twojego Vincenta" w całości wczoraj. Powiem szczerze: idąc na seans, bałem się, że się będę troszkę nudził - takie malowanki... Ale odkryłem, jaka skomplikowana jest fabuła. To jest kryminał! Każdy bohater ma inną wersję, motywy - dajemy się w to wciągnąć. Scenariuszowo - chapeau bas! Zadzwoniłem do żony i mówię: "Słuchaj, obejrzałem coś, czego mi się w ostatnich latach nie zdarzyło oglądać". A ona: "No to opowiedz", a ja, że tego się nie da opowiedzieć.

Nawet zwiastun jest taki, że robi smaczek, ale nie oddaje atrakcyjności tego filmu.

- A poza tym to jest rzecz przełomowa. Moim zdaniem ten film otwiera nowe drzwi. Tak jak kiedyś dźwięk czy kolor w filmie, a potem np. kino 3D. Ponad stu malarzy to malowało! Dzieło ekipy. Coś pani opowiem, bo tu przypomniał mi się "Shrek".

Za dubbing Osła ma pan dożywotnie uwielbienie u polskich widzów w każdym wieku.

- Pamiętam bankiet w Cannes. Finansowo Polacy zrobili świetny wynik - drugi czy trzeci w Europie, także dzięki dubbingującym. Zamachowski i ja byliśmy zaproszeni na premierę "Shreka 3" i bankiet na statku. Tam pan Katzenberg, szef DreamWorks, przedstawiał ekipę: "To jest reżyser od animacji, to reżyser od inscenizacji, to od efektów specjalnych". Ja mówię: "Zbyszek, a który jest ten najważniejszy? Dawniej Andrzej Wajda to był Andrzej Wajda". A on na to: "No, chyba od animacji. A może od inscenizacji? Od efektów też ważny, no proszę cię bardzo...". (uśmiech) Potem było jeszcze śmieszniej, bo przedstawiano "ekipę kolegów z Singapuru odpowiedzialnych za mokrą sierść Osiołka". A tam stoi z dwudziestu chłopa!

I co oni robili?

- Kiedy w filmie zaczyna padać deszcz, Osiołkowi wilgotnieje sierść. Każdy włosek trzeba było zdigitalizować! Dlatego potrzeba było tylu ludzi, i to na całym świecie. "Shrek" był rewolucyjny. Podobnie... Vincent. Wielkie dzieło. I optymistyczne jest, że twórcy postanowili nie tylko zrobić opowieść o artyście, ale ta mrówcza praca poszła w sztukę inspirowaną wielkim malarstwem.

W życiu van Gogha - co tu dużo mówić - było szaleństwo. Chociażby ta historia, jak obciął sobie kawałek ucha. Albo pobyty w szpitalach psychiatrycznych. Co pan myśli o takim micie, że aby być artystą, trzeba być, chociażby w jakiejś mierze, wariatem?

- Widziałem paru takich. Wie pani, pracowałem z wieloma wielkimi artystami. Miałem takie szczęście. A najwspanialszy był Konrad Swinarski. Największy artysta, jakiego spotkałem w moim życiu. (JS się zamyśla) Ale pamiętam, jak ja sam jako młody człowiek odwoziłem go do szpitala po "Dziadach". Taką cenę płacił za swoją twórczość...

Czyli mit się potwierdza?

- Nie wiem, to różnie bywa. Twórczy szał może objawić nawet u bardzo uporządkowanego człowieka. Ja mogę mówić o sobie. Moim "szałem" jest bunt. No, może to za dużo powiedziane. Powiedzmy raczej: niezgoda. To jest zawsze dla mnie pierwszy powód do wzięcia się do czegoś. Zastanawiam się: na co jeszcze w życiu się nie zgadzam, co mnie dręczy i przeciwko czemu bym się buntował? Kiedy już mam ten pierwszy punkt, działam dalej. Coś jeszcze powiem. Kojarzy pani taki moment w filmie, kiedy widzimy twarz van Gogha, ale nie tak zwyczajnie, tylko w odbiciu, w misce z wodą? Pomyślałem wtedy: po co oni to wymyślili w scenariuszu? Przecież i tak mieli trudno, a jeszcze sobie "poprzeczkę przełożyli na dwa i pół"! Przecież można było bez takiej sceny spokojnie iść dalej. Ale nie! W trudnych warunkach jeszcze sobie utrudnić... Żeby to było nowe, oryginalne! To też jest mi bliskie, tego uczono mnie w szkole. "To jest kawa na ławę, nie imituj!", mówiono. Perwersyjna radość w utrudnieniu sobie dzieła to jest wartość.

Wyróżnić się to dla artysty najważniejsze?

- Tak na przykład kombinowałem w "Obywatelu" (film Jerzego Stuhra z 2014 r. - red.). Życiorys opowiedzieć - ładnie, ale to przecież za prosto. I nagle budzę się w nocy: "Kurde, wspak to opowiem!". Skomplikować - to jest frajda! Czasem tylko się boję, czy jeszcze mam siły. Teraz przystępuję do "Szewców" w Teatrze Nowym w Łodzi. Jeszcze cisza, jeszcze tylko ja wiem o tym, ale jaka to będzie robota! I wiem, że zespołowi muszę dać tyle energii, żeby oni przełożyli ją dalej. A czy ja ją znajdę?

Jest pan w dobrej formie.

- Nigdy nie wiadomo, co nas jutro czeka. Ja po moich przejściach zdrowotnych zawsze mówię - owszem, jestem w dobrej formie dziś, o tej godzinie, kiedy z panią rozmawiam.

Pod koniec filmu pokazują się na ekranie złote myśli van Gogha. Okazuje się, że on takich sentencji stworzył mnóstwo. Na przykład: "Biada temu, kto zadowolony jest z siebie; taki człowiek nigdy nie nabędzie rozumu". Co pan na to?

- Zawsze jestem niezadowolony! Dlatego nie oglądam swoich filmów.

Naprawdę? Nie ma choć odrobinki satysfakcji?

- Przeszkadza mi to, że widzę błędy. Myślę: "Przecież to trzeba było inaczej zagrać. Dlaczego znowu powtarzam to słowo? Jenyyy...". Podobnie z teatrem: co wieczór, kiedy wychodzę ze spektaklu, analizuję: co ja dzisiaj spieprzyłem?

A nie myśli pan: ale dzisiaj mi świetnie poszło?

- Nie. (śmiech zażenowania) To zachorowałbym na chorobę Narcyza. Jest taki cudny obraz Caravaggia w Palazzo Barberini: Narcyz patrzy w taflę wody i taki jest śliczny. (JS układa dłonie na stole, odgrywa scenkę) Ja mówię do żony: "Patrz, nie dopadła mnie ta choroba". Bo zawsze widzę byki. Zwłaszcza film jest w tym względzie przykry, bo nie można nic poprawić. Ostatnio grałem we Włoszech człowieka, któremu bezczeszczą grób żony. I on to widzi. Stałem głupio nad tym grobem. Dopiero po miesiącu, już w Polsce, nagle myślę sobie: a przecież trzeba było wtedy wyjąć chusteczkę i zacząć wycierać nagrobek. Aj, że ja tego nie wymyśliłem! Stary emeryt z chusteczką - byłoby do popłakania się... Widzi pani, jak to jest.

Ale w teatrze - a dużo pan gra na przykład w Polonii - może pan sobie poprawiać do woli!

- Tak, i to robię. Już ponad dwieście razy zagraliśmy "32 omdlenia" Czechowa. I wie pani, że ja dopiero przedwczoraj wymyśliłem zupełnie inną interpretację jednej kwestii? "Proszę pana, a pana żona pana biła" - dawniej mówiłem to płaczliwie, miękko, modulując głos. A teraz wymyśliłem, że powiem najprościej, od niechcenia. Zadziałało: jest ryk na widowni.

To jeszcze cytat z van Gogha. "Dobro czy zło jako takie są równie rzadkie jak czysta czerń czy biel w przyrodzie".

- A pewnie! To stara zasada w teatrze: w złym szukaj dobrych cech, a w dobrym złych. Przybrudź pozytywnego, a u złego znajdź, jakie ma motywy. W "Dekalogu" Krzysztof Kieślowski pokazał, jak chłopak zabija taksówkarza. Tak straszna scena, że kiedy ją pokazywali ją w Cannes, facetka na widowni dostała histerii. Bohater taki, że nigdy go nie polubisz! I nagle powoluśku gdzieś tam odkrywamy, że powody były, że dzieciństwo, że ten chłopak ma w sobie taki ból... Zaczynamy rozumieć.

W życiu też pan ma taką wyrozumiałość?

- Tak, zwłaszcza po chorobach, które przeszedłem. I kiedy patrzę, jak ktoś się kompromituje, np. jakiś polityk, myślę: a może go co boli?

I jeszcze raz van Gogh: "Szczęście człowieka na ziemi zaczyna się dlań wtedy, gdy zapominając o sobie, zacznie żyć dla innych".

- No przecież cały wywiad był o tym! Pani pytała, dlaczego muszę grać. Żeby chociaż chwilę szczęścia mieć z tego, że to komuś oddałeś. Chociaż czasem zmęczony jestem bardzo. Idę wieczorem do teatru i patrzę, jak w kawiarniach siedzą ludzie, winko popijają. A ja muszę do tej roboty. Trzy godziny pocić się dla nich. (uśmiech filuterny)

Niech pan nie mówi, że z niechęcią idzie na spektakl.

- A wie pani, jaka to jest ciężka robota? W sztuce "Na czworakach" łazić na czworakach - to znowu taka zabawa? Ja mam 70 lat, jestem starszy pan! Albo taki "Kontrabasista" - dwie godziny ciężkiej harówy i cała uwaga na mnie. Jestem na scenie sam, nie mogę skusić, bo ludzie zapłacili za bilety.

Ale chyba saldo na plus? Bo inaczej powiedziałby pan: dziękuję, nie gram.

- A wie pani... (JS poważnieje) ja chyba drugi raz bym do tej rzeki nie wszedł.

Słucham?

- Znam przyjemniejsze zajęcia, choćby pisanie. Szkoda, że nie zostałem literatem. Szkoda...

Napisał jednak pan w życiu trochę, te wszystkie scenariusze chociażby.

- Dlatego tęsknię za tym. Ale to za późno. Za późno...

To już! Niech pan rzuca te "...omdlenia" i opery, i do pióra!

- Fajnie się mówi. Żeby tylko pani Janda tego nie usłyszała. (śmiech)

To teraz serio: pan zna Caravaggia, słucha Mozarta i Mahlera, ma w głowie kanon literacki. Czy taki model kulturalnej ogłady - powiedziałabym XX-wieczny - jest dziś jeszcze ceniony?

- Kanon się zmienia, bez wątpienia. Dziś młodzi nie tylko nie znają pewnych rzeczy, ale nawet się tej niewiedzy nie wstydzą. To mnie zdumiewa. Ja w młodości, kiedy czegoś nie wiedziałem, pędem leciałem do biblioteki, encyklopedii. Bo inaczej wstyd był, hańba! A dziś? "Co z tego, że nie wiem? To sobie poszukam". Tak, tylko że tu przypomina mi się anegdota. Student mówi do profesora Gadacza (Tadeusz Antoni Gadacz - polski filozof i religioznawca - red.): "Panie profesorze, znowu pan mnie o jakieś szczegóły pyta. Przecież ja to sobie mogę znaleźć". A profesor na to: "Widzi pan, tak, można. Ale może się zdarzyć, że wyłączą prąd. I ja z tą moją wiedzą zostanę, a pan będzie jak ślepy i głuchy. A przecież w Nowym Jorku wyłączyli na dwa dni i jaka była panika!". Ja nie twierdzę, że wiem wiele. Też zapominam albo mi coś ulatuje. Ale jest w podświadomości jakiś bank, wiedza, wpływ. To się osadza i tworzy nasz bagaż. Jako artysta z tego bagażu mam co wyrzucać. I wiem, w jakiej sprawie to robię. Nawet taki Witkacy - ten, co wynalazł czystą formę! - pisał o tym "jak". Mówiłem ten monolog na scenie. (JS zaczyna deklamować) "Kto i po co? Oto są dwa podstawowe pytania człowieka". Milczałem chwilkę. "Nie. Jest jeszcze trzecie pytanie: jak?". Znowu milczałem. "I odpowiadam. Jeżeli nie wiesz, kto i po co, to wszystko jedno jak.

To mamy puentę.

- Uniwersalną. Pasuje i do van Gogha, i do wszystkiego, o czym rozmawialiśmy. "Kto i po co?", warto o tym na co dzień pamiętać.

Rozmawiała Joanna Nojszewska

Twój STYL 10/2017

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje