Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wbrew regułom

Dziecko, jak ty wyglądasz?, słyszała od ojca. Więc wciąż nie wierzy, że ma piękne oczy. W szkole była "tą gorszą z prowincji". Ale to hartowało, pomogło przetrwać, gdy po dyplomie z biedy stać ją było tylko na ryż i sałatę.

Los się odmienił. Ogłoszono ją aktorskim objawieniem. Ostatnio w "Kołysance" u Machulskiego zagrała matkę wampirów. Na planie karmiła piersią miesięczną córeczkę. Urządza dom, kupuje stół. Czy w życiu Małgorzaty Buczkowskiej zaczęło się siedem lat tłustych?

Reklama

Twój STYL: Rola w "Kołysance", nowym filmie Juliusza Machulskiego, prawie cię ominęła z powodu ciąży.

- Tak, niewiele brakowało. O tym, że mam tę rolę, wiedziałam rok przed rozpoczęciem zdjęć. Reżyser dał mi nawet scenariusz. I akurat wtedy po raz drugi zaszłam w ciążę. Zdjęcia zaplanowane były na kwiecień, a ja w czerwcu miałam już rodzić. "Nie możesz tego przesunąć?", żartował reżyser. Na szczęście to termin zdjęć przesunął się na sierpień. Przyjechałam na plan z półtoramiesięczną Tośką. Bardzo pomagał mi mąż, który zrezygnował wtedy ze swoich zajęć. Zrozumiałam, że życie nie dopasuje się do marzeń. Przecież moje pierwsze dziecko też przyszło na świat, gdy miałam sporo do stracenia. Po roli w "Odzie do młodości", a potem w "Statystach" zaczęłam dostawać kolejne propozycje. Pamiętam, że pomyślałam "nareszcie" i właśnie wtedy zaszłam w ciążę. Najpierw byłam nieszczęśliwa. "A to sobie wybrałeś porę!" - wściekałam się na Franka w moim brzuchu. Na szczęście mój mąż Xawery mówił do synka, jak bardzo się cieszy, że przyjdzie na świat. Grał mu na gitarze, śpiewał, tulił mój brzuch.

Nie miałaś wyrzutów sumienia?

- Miałam. Tłumaczyłam się: "Franek, sorry, że nie jestem taka miła jak tatuś, ale jeszcze tego nie czuję. Wiesz, miałam inne plany. To nie twoja wina, daj mi czas". Ale gdy syn pojawił się na świecie, przeszłam natychmiastową metamorfozę. Budziłam się w środku nocy, patrzyłam na śpiącego synka, męża i płakałam ze szczęścia.

Jak poznałaś męża?

- Dzięki roli, którą grałam wtedy w Teatrze Jaracza w Łodzi. Gdy pewnego wieczoru po próbie bawiliśmy się w pubie z kolegami z teatru, Xawery się dosiadł i... przegadaliśmy całą noc. Poczułam się, jakbyśmy znali się od lat. Był wtedy studentem wydziału aktorskiego. Potem któregoś dnia zaprosił mnie na obiad "przygotowany własnoręcznie". Nie wiedział, że akurat nie miałam co jeść. Stać mnie było wtedy najwyżej na ryż i sałatę. W pierwszej chwili przyjęłam jego zaproszenie, żeby się najeść. A on przygotował jakąś ucztę. Byłam zaskoczona. Do dziś pamiętam niesamowicie dziwną sałatkę - połączenie białego sera z orzechami i powidłami. Genialne! Od razu dostrzegłam, że potrafi być mistrzem ceremonii. Zaimponował mi.

Zdobył twoje serce sałatką?

- Przede wszystkim był inny niż moi koledzy z teatru. Dziwiłam się, że studiuje aktorstwo. Wydał mi się zbyt życiowy i konkretny jak na aktora. Ja byłam akurat na etapie zachłyśnięcia się wolnością. Twierdziłam, że nigdy nie będę miała męża ani dzieci. Xawery słuchał tego ze spokojem, aż pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, oświadczył się. I to mnie urzekło. Przekonałam się, że pochodzi z dobrej rodziny z tradycjami. Szlenkierowie od pokoleń byli przemysłowcami i filantropami. Nagle poczułam, że bardzo chcę być właśnie z kimś takim. Z człowiekiem "z kręgosłupem".

Mieszkacie w pałacu?

- Nie, w zwykłym bloku. Ale każdego roku bywamy na przyjęciu w Pałacu Szlenkierów, w którym teraz mieści się ambasada Włoch. Ambasador zaprasza nas jako członków rodziny dawnego właściciela pałacu Karola Jana Szlenkiera, pradziadka Xawerego.

Jak wyglądało twoje wejście do słynnej rodziny?

- U Szlenkierów wszystko jest ceremonią. Zaręczyny to zazwyczaj wielkie wydarzenie. Narzeczeni składają wizytę każdemu z członków ich rodziny, gdzie przedstawiana jest "wybranka" czy "wybranek". Nas to ominęło, bo mieliśmy próby przed premierą w Łodzi, ale przy innych okazjach odkryłam wiele rodzinnych zwyczajów. Przy obiadach proszonych do stołu nie siada się przypadkowo, tylko jak w "Panu Tadeuszu" gospodarze wyznaczają gościom miejsce, przy czym wszystko jest dokładnie przemyślane. Co roku rodzina męża organizuje bale charytatywne. I każdy z nich, jak każe tradycja, zaczyna się polonezem.

Tradycja, etykieta, zasady - to czasem nie uwiera?

- Przeciwnie. Ten styl życia od pokoleń jest kręgosłupem rodziny Szlenkierów. Wierzę, że dzięki temu moje dzieci będą miały "to coś", nieuchwytną elegancję i klasę, jaką ma mój mąż. Coś, co dostaje się tylko w genach.

Wolałabyś, żeby mąż powiedział o tobie: "jesteś utalentowaną aktorką" czy "intrygującą kobietą"?

- Intrygującą kobietą, czyli kimś, kto ma w sobie tajemnicę, wyjątkowość. Może dlatego, że przez lata byłam chłopczycą. Zamiast na balet chodziłam na sztuki walki. Nie przychodziło mi do głowy, że mogłabym podobać się facetom. Jeszcze niedawno czułam się raczej dziewczynką niż kobietą. Inni też mnie tak postrzegali.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje