Przejdź na stronę główną Interia.pl

W trampkach do teatru?

Znacznie łatwiej kupić angielską marynarkę z tweedu niż nabyć maniery brytyjskiego dżentelmena! Z profesorem Rafałem Ohme rozmawia Magdalena Kuszewska.


Moda to największy z tyranów, mówi łacińskie przysłowie, z kolei Niemcy powtarzają, że moda ustanawia prawa. Przesadzają?

Reklama

Prof. Rafał Ohme: Moda rzeczywiście jest tyranem, bo łupi nas po kieszeni, co pół roku każe wymienić garderobę, a do tego jest miła wyłącznie dla osób w rozmiarze 34. Dlatego potrafi wpędzić nas w kompleksy. Ta relacja niebezpiecznie przypomina zależność sadomasochistyczną. Dlaczego? Bo kochamy coś, co nas dołuje, poniża. I jeszcze słono za to płacimy!

Czy w jakimś stopniu winny jest nasz mózg?

- To sprawka tej jego części, która odpowiada za relacje społeczne. Nosząc się modnie, przynależymy do tej grupy, która nadąża za trendami, jest na czasie, co z kolei napełnia nas dumą. Moda nie tylko określa osobowość, ona ją też kreuje. A znacznie łatwiej kupić angielską marynarkę z tweedu niż nabyć maniery brytyjskiego dżentelmena!

Japoński projektant Kenzo już 40 lat temu twierdził, że w przyszłości człowiek modny będzie ubierał się tak, jak chce.

- Z dress code’em jest jak z wyborem wina do ryb. Jeszcze dekadę temu podanie czerwonego wina do sandacza było wielkim faux pas, a teraz nie jest już niczym grzesznym. Możemy na poczekaniu dorobić do tego ideologię, a mianowicie brak reguł ubierania się to nic innego jak postmodernistyczny eklektyzm, styl fusion. Liberalizacja obowiązującego stroju obejmuje powoli cały świat. Szefowie firm - nawet banków - wprowadzają tzw. casual friday, czyli luźny piątek. W USA - kraju tolerancji i wolności - dress code jest jednak wciąż bardziej obligatoryjny niż w Europie. Tam, jeśli przyjdę na ważne spotkanie biznesowe w dżinsach, to nie będą mnie traktować poważnie i wezmą za zbuntowanego smarkacza (czytaj: wynagrodzenie pomniejszone o 20-30 proc.).

Profesor w bojówkach i bluzie - jak pan - to u nas wciąż nowość.

- Lubię skracanie dystansu poprzez luz w ubiorze, ale nie sprzeciwiam się modowym regułom, kiedy idę na galę lub do filharmonii. Wyznam, że na zdjęciu w PANI jestem bardzo elegancki jak na moje standardy: marynarkę włożyłem po to, aby pokłonić się czytelnikom. Na co dzień mnie w niej nie zobaczycie. Ale największy wyłom w dress codzie przydarzył mi się przed rokiem. Zostałem zaproszony do topowej szkoły wzornictwa odzieżowego w Seulu w Korei Południowej. Wykład miał się odbyć trzy godziny po przylocie. Jednak linie lotnicze zgubiły mój bagaż. Gdy po wylądowaniu przywitały mnie dwie eleganckie panie, widziałem ich przerażenie. Byłem w rozciągniętym T-shircie i dresach. W żadnym sklepie na lotnisku nie znalazłem ubrań w odpowiednim rozmiarze, spodnie ledwo sięgały kostek. Mogłem albo odwołać wykład, albo wygłosić go w tym, w czym przyleciałem. I tak zrobiłem. Gdy wszedłem do sali, 700 eleganckich słuchaczy z niedowierzaniem wpatrywało się w to, co miałem na sobie.

Ten oryginalny strój mogli odczytać tak: oto przybył człowiek pewny siebie, który ma gdzieś modę i nie interesuje go, co o nim pomyślą. Albo mogli posądzić pana o chęć wyróżnienia się, zrobienia wrażenia.

- Widać nie było tak źle, skoro zostałem ponownie zaproszony (śmiech). Co ciekawe, wykład okazał się jednym z moich najlepszych w życiu! Tak bardzo starałem się przykryć indolencję odzieżową, że zrobiłem wszystko, aby całe audytorium doceniło meritum.

Często przeprowadza się analizy naszych szaf, np. czerwoną sukienkę kupuje kobieta gotowa na miłość, zaś czarny total look symbolizuje niezależność, tajemnicę i dyscyplinę. To dość tendencyjne.

- I tak, i nie. Jeśli kobieta wybiera seksowną czerwoną sukienkę do pracy, a nie na sylwestra, to tak jakby deklarowała: zobacz, jak ja się wyróżniam! Co może, choć wcale nie musi, oznaczać, że niekoniecznie wyróżnia się w innych sferach... Ubranie może służyć rekompensowaniu cech osobowości. Ale może równie dobrze poczucie wartości wzmacniać! Jeśli ktoś będzie bardziej elokwentny w pięknej marynarce i to pomoże mu osiągnąć cel, to niech ją nosi. Jeżeli kobiety w szpilkach czują się smuklejsze, bardziej kobiece i pewne siebie, to co stoi na przeszkodzie, aby w nich chodziły? Gdy obcasy pomagają wam osiągać lepsze wyniki w pracy, to apeluję: idźcie do szefów i proście o ich refundację. Przecież kupiłyście je dla dobra firmy!

Ubranie to broń obosieczna. Ktoś, kto nie potrafi dobrać kroju czy koloru, zawsze zostanie uznany za osobę bez gustu, czyli gorszą.

- Dzisiaj epatowanie wielkim logo jest w złym tonie. Znak marki jest coraz częściej mały, ukryty. Jako przykład podam jedno z najważniejszych odznaczeń zachodniej cywilizacji, czyli Narodowy Order Legii Honorowej. Jest on wielkości łebka od szpilki! Ja na przykład zawsze lubiłem kupować koszulki pewnej firmy, ale ona w ciągu ostatnich lat kilkakrotnie (sic!) powiększyła swoje logo - sponsoruje turniej tenisowy US Open i chce, aby widzowie telewizyjni lepiej je widzieli. Reasumując - moja rada jest prosta: unikajcie ubrań na pokaz, ale inwestujcie w te, które wzmacniają wasze poczucie wartości. I pamiętajcie, że wbrew opiniom i kawałom najważniejsze są oczy. Przynajmniej dla facetów (śmiech).

PANI 5/2014

----

Rafał Ohme - profesor nadzwyczajny SWPS w Warszawie oraz Uniwersytetu Renmin w Pekinie. Laureat stypendium Fulbrighta. Jest ekspertem w dziedzinie emocji i podświadomości. Z jego odkryć korzystają firmy badawcze m.in. w USA, Wielkiej Brytanii, Chinach i Japonii. Na studia w Stanach zarobił, grając na gitarze w barach Chicago. PANI 5/2014

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje