Przejdź na stronę główną Interia.pl

W raju jeszcze nie byłam

Pani Martyno, mówili lekarze, koniec z wyprawami. Bo chemioterapia, złamany kręgosłup, astma... A ona jedzie na Rajd Dakar, zdobywa Everest i koronę Ziemi. Egoistka, komentują ludzie, gdy zostawia małe dziecko, by wejść na najwyższy szczyt Antarktydy. „Wiele Pani zawdzięczam”, piszą inni, na wózkach, z problemami onkologicznymi, którzy z jej historii biorą wiarę, że warto żyć. Kontrowersyjna, niepokorna, budzi sprzeczne emocje. Czytelniczki „Twojego STYLU” wybrały Martynę Wojciechowska na Kobietę Roku 2009.

Jacek Szmidt ,Twój Styl: Nie spodziewałem się, że tysiące czytelniczek będą głosowały właśnie na ciebie. Kobiety nie ufają osobom, które jak ty idą od sukcesu do sukcesu: pustynia, Himalaje, programy w telewizji, coraz to nowe książki. Sam kiedyś miałem zawistną myśl: Tej to się, cholera, wszystko udaje!

Reklama

Martyna Wojciechowska: Bo ja nie opowiadam o tym, co mi się nie udaje. Takim jestem typem. Przegryzam moje słabości samotnie. Nie lubię ich rozdrapywać publicznie. A jak się pojawiam, to z tarczą albo wcale. Masz rację, można sądzić, że nie mam porażek. Ale mam.

To opowiedz o trzech rzeczach, które ci się nie udały.

Martyna Wojciechowska: OK, ale tak, żeby nie było łzawo. Nie udało mi się ułożyć życia osobistego. Jestem „samodzielną”, jak to się dziś ładnie mówi, mamą, ale mam poczucie, że może być inaczej. Druga rzecz – nikt nie wie, jakim poświęceniem okupione są moje „sukcesy”. Jak trudno zrealizować taki cykl jak „Kobieta na krańcu świata”. Od poprzedniego programu podróżniczego minęły cztery lata. Nie było mnie w telewizji. Nikt na to nie zwrócił uwagi, a ja przez cały ten czas miałam pomysły na kolejne programy, pisałam scenariusze, szukałam pieniędzy, chodziłam, prosiłam. I byłam w „lodówce”. Duża lekcja pokory.

Nie narzekaj, zdobyłaś w tym czasie koronę Ziemi, siedem najwyższych szczytów na wszystkich kontynentach, wydałaś trzy książki...

Martyna Wojciechowska: Bo uczę się gry na kilku bębenkach. Gdybym postawiła tylko na telewizję, to być może byłabym dzisiaj nie Kobietą Roku TS, tylko sfrustrowaną singielką z dzieckiem. No ale jeszcze trzecia porażka... Wiesz, od chwili urodzenia dziecka obiecuję sobie zrzucić dziesięć kilogramów, przepisuję to postanowienie do kolejnych kalendarzy, ćwiczę, stosuję diety i nie udaje się. Czytelniczki wiedzą, o co chodzi.

Co mówią twoi mężczyźni, gdy się z nimi rozstajesz?

Martyna Wojciechowska: Zwykle słyszę, że jestem egoistką, ale chyba zawsze się tak mówi. Słyszę też, że jeszcze nikt w życiu nie dał im takiej nauczki. Że zraniłam ich ego, zachowując się na koniec tak chłodno i asertywnie, nie próbując za wszelką cenę ratować związku. Ten chłód to nieprawda, to tylko mój sposób postępowania, żeby ochronić siebie. Mówię: Nie? To nie!

Nie warto iść na kompromis? Jako facet myślę, że niełatwo być z kobietą, która żeby się paliło, pakuje wór, wyjeżdża na miesiąc, potem wraca i znów wyjeżdża. A gdzie bliskość? Oświadczyny przez telefon satelitarny tylko w wywiadach wydają się romantyczne.

Martyna Wojciechowska: Rozstanie też było przez telefon. Ja wciąż wierzę, że mogą się spotkać dwie osoby, których cele są zbieżne. Że można ułożyć związek na zasadach wolności i niezależności. Ale mnie się to nie udaje. Może mam nierealne oczekiwania wobec moich partnerów. Może powinnam pozbyć się złudzeń. Moja mama trafnie to podsumowuje: „Dziecko, skąd ci się biorą takie wymagania wobec facetów? A co ty możesz dać? Ciepły obiad? Miłą atmosferę, serwetkę na stole? Przecież nie!”.

Co odpowiadasz?

Martyna Wojciechowska: No, ma rację. To mądra kobieta jest. Mówię to jako osoba pogodzona, która wybrała, jak chce żyć, i tylko nie chce być za to przez wszystkich oceniana.

Czyli był moment, gdy dokonałaś wyboru: coś za coś? Na jednej szali widoczek: dwoje ludzi z wózkiem dziecięcym w parku, a na drugiej Martyna sama na szczycie Everestu?

Martyna Wojciechowska: Doświadczenie pokazuje, że nie zawsze jestem konsekwentna i czasem daję się uwieść wizji: dwa plus jeden w parku, zdjęcia dzieci na lodówce, mój mężczyzna przy stole, ja robię naleśniki... Próbowałam tak żyć, ale przychodził moment, gdy czułam, że to wymaga ode mnie za dużego kompromisu.

I znów chcesz wyjechać na drugi koniec świata?

Martyna Wojciechowska: I nie chcę się z tego tłumaczyć. Tak zostałam wychowana: praca i pasje są dla mnie ważne. A miałam dziwne szczęście spotykać mężczyzn, którzy podchodzili do tego lekko. Więc czułam, że nam nie po drodze, bo ja wstaję o szóstej, zaczynam krzątaninę, a mój mężczyzna śpi do dwunastej, a potem pije kawę. To gdzie jest ten pierwiastek, który ma sprawić, że przy mężczyźnie nabieram wiatru w żagle? Czuję, że to mnie ciągnie w dół i nie może się udać. Rozmawiałam z kobietami, które miały podobne sytuacje...

Ale one dla spokoju, w imię zasad zostają w takim związku.

Martyna Wojciechowska: Mówią: Kocham i to mi wystarczy. Mogę im tylko zazdrościć. Ja kocham bezwarunkowo tylko moje dziecko.

Dziecko to twoja siła czy słabość?

Martyna Wojciechowska: Siła. Był moment, gdy wydawało mi się ciężarem, bo narzuciło bardzo wiele ograniczeń. Ale dzisiaj dodaje mi energii, bo dzięki Marysi, żeby nie wiem co, muszę się mobilizować. Stawia mnie do pionu, przychodzi i mówi: „Mama, chodź!”. Więc trzeba wstać i maszerować.

Nasze czytelniczki piszą, że gdy kobieta sama wychowuje dziecko i jeszcze pracuje, to już jest... po kokardy!

Martyna Wojciechowska: Jest po kokardy.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje