Przejdź na stronę główną Interia.pl

Trendy zniewalają ludzi

Jest konsekwentny, zawsze dąży do celu. Człowiek o wielu talentach, wrażliwy chłopak z małej wioski opowiada o tym, jak zdobywał świat show-bizesu i mody. - Mój produkt to ja - mówi Robert Kupisz w ekskluzywnym wywiadzie dla Styl.pl

Jako debiutujący projektant w jednym z wywiadów mówiłeś, że moda to dla ciebie zabawa. Podtrzymujesz tę opinię?

Reklama

Robert Kupisz: - Moda nadal sprawia mi przyjemność, ale teraz traktuję ją bardzo poważnie, bo z tego żyję.  Nie tylko ja zresztą, ale także osoby, które zatrudniam. O tym, czy jestem projektantem decydują klienci i to, czy chcą kupować ubrania zaprojektowane przez mnie. Moja pasja po raz kolejny stała się zawodem.

Czyli to jest recepta na sukces?

- Wydaje mi się, że tak.

Tobie przyszło to z łatwością...

- Ja zawsze szybko odnoszę sukcesy, bo jestem niecierpliwy. Jeśli ludzie nie lubią tego, co robią, to wydaje mi się, że nigdy nie osiągną sukcesu. Uważam, że ludzie powinni realizować swoje marzenia. Warto się cofnąć do tych z dzieciństwa, które nie są jeszcze skażone oczekiwaniami rodziców czy społeczeństwa. Ja zawsze chciałem być projektantem - to było moje marzenie.

Jesteś pracowity?

- Tak. Lubię to, co robię, dlatego nie trzeba mnie zaganiać do pracy, wiem doskonale, co mam zrobić. Potrafię nie spać, jeśli mam coś do zrobienia, ale muszę uczyć się korzystania z wolnego czasu, z przyjemności.

Mówisz o spełnianiu marzeń - czy wtedy, kiedy byłeś tancerzem albo stylistą fryzur cały czas wiedziałeś, że to jeszcze nie to, że chcesz się zająć modą?

- Gdy prowadziłem szkołę tańca, projektowałem ubrania do tańca i w ten sposób realizowałem swoje marzenia. Robiłem też make-up i fryzury na turnieje, bo nie było nikogo, kto by się tym zajął. Musiałem się tego nauczyć. Przez całe życie coś projektowałem, przerabiałem - T-shirty, dżinsy, itd. To było dla mnie spójne. Zawsze chciałem robić coś, co będzie miało związek z modą. Taniec był i jest moją wielką pasją, ale wolę, żeby nie był zawodem. To zresztą nie jest zajęcie na całe życie - trzeba utrzymywać wysoką formę, a wiadomo, że fizycznie to z wiekiem coraz trudniejsze. Co innego projektowanie, jak widać po największych w tej branży, można być całkiem siwym i wciąż być na topie.

Zawsze byłeś artystyczną duszą?

- Mój tata był dyrygentem i to jakoś wpłynęło na mnie. Wychowałem się w małej miejscowości Gacki, mieszkałem w domu kultury więc od najmłodszych lat byłem niejako namaszczony różnymi sztukami pięknymi, niekoniecznie na wysokim poziomie. Przyjeżdżały do nas zespoły muzyczne, raz w miesiącu dawał spektakl teatr z Kielc - tak naprawdę niewiele dzieci miało okazję tak się rozwijać. Brałem udział w różnego rodzaju kółkach zainteresowań.

Rodzice cię popychali w tym kierunku?

- Nie musieli. Rano szedłem do szkoły, a później przychodziłem do domu, czyli do domu kultury. Do mojego mieszkania wchodziło się przez kino. Już jako dziecko czułem, że chcę się zajmować sztuką, moja wyobraźnia wówczas pracowała na najwyższych obrotach i wydaje mi się, że dzięki temu mam teraz w głowie tak dużo pomysłów. Mam świadomość, że ukształtowały mnie Gacki i to dzieciństwo na tyłach domu kultury. Gdy kilka lat później przeprowadziłem się do Kielc, które wówczas wydawały mi się dużym miastem, byłem nimi bardzo rozczarowany.

- W Gackach naprawdę dużo się działo, a poza tym mieliśmy rzekę, góry, las, sady, w Kielcach na osiedlu, gdzie zamieszkaliśmy wszystkie bloki były takie same. Trochę się tego świata bałem, ale jak się już zadomowiłem, zacząłem sobie szukać kółek zainteresowań i od razu skupiłem się na tych, których nie było w Gackach - to głównie zajęcia sportowe: judo, skoki wzwyż, siatkówka, taniec. Jak wszedłem w przemoczonych kozakach na salę tańca, tak zostałem na niej 22 lata. Sam sobie ją znalazłem i sam założyłem grupę dziecięcą, bo były tylko dla dorosłych.

Byłeś bardzo śmiałym dzieckiem. Jesteś jedynakiem?

- Nie, mam dwie siostry, jestem w środku. Nie bałem się, bo w Gackach moja mama była kierownikiem domu kultury, więc ja byłem niejako na świeczniku, wszyscy mnie tam znali.

Twój wpis na Facebooku: "To, kim jesteśmy, co robimy, w jaki sposób dochodzimy do celu to zasługa ludzi, z którymi się stykamy. Ważne, by były to odpowiednie osoby." Spotkałeś na swojej drodze osoby, bez których nie byłoby cię dziś tu, gdzie jesteś?

- Musiałbym wymienić wielu ludzi, ale bardzo dużo też zawdzięczam sobie - jestem skoncentrowany na tym, co robię. Kiedy się już "wybijałem", to wówczas najczęściej dostawałem jakieś propozycje, np. gdy byłem już znanym stylistą, zaproponował mi współpracę Krzysztof Warlikowski - wyjechałem z nim do Paryża i pracowałem przy tworzeniu oper. On mnie bardzo wyedukował jako reżyser, nauczył mnie tworzyć widowiska, pokazał jak budować akcję, dramaturgię, emocje. Pracowała wówczas z nami jego żona Małgosia Szczęśniak, która robiła kostiumy i scenografię. To był dla mnie bardzo ważny etap. Imponuje mi też Małgosia Szumowska, z którą się koleguję, swoją siłą i energią, podejściem do życia, odwagą w życiu zawodowym i prywatnym.

Ty chyba też jesteś odważny, nie boisz się realizować swoich marzeń, choć wielu poddałoby się na początku drogi, która przeszedłeś.

- To nawet nie jest odwaga, bardziej determinacja. Uciekam raczej przed tym, żeby nie dopadła mnie depresja, niż popisuję się odwagą. Nie chciałbym, żeby mnie spotkało w życiu coś niefajnego. Cała ta moja aktywność chyba wynika z lęku, żeby nie zasnąć, nie zostać w tyle, nie być zapomnianym.

Twoja pierwsza kolekcja została bardzo entuzjastycznie przyjęta. Gdyby się jednak tak nie stało, gdyby spotkała cię krytyka, próbowałbyś dalej?

- Chyba nie. Kiedy zaczynałem projektować, to nie odciąłem się całkowicie od stylizacji. Miałem odłożone pieniądze na stworzenie kolekcji i dałem sobie rok na to, żeby się sprawdzić, ale miałem też alternatywę powrotu do tego, co robiłem wcześniej. Dziś też mógłbym to robić.

Zdobyłeś tytuł Doskonałość Roku miesięcznika "Twój Styl" jako projektant. Doskonałość kojarzy się z perfekcjonizmem. Z drugiej strony twoje kolekcje są pełne luzu. Jesteś perfekcjonistą czy luzakiem?

- Perfekcjonistą jestem w wymaganiu od siebie, kiedy coś robię, pracuję nad tym do tego momentu, kiedy jestem całkowicie zadowolony z efektu. Nie pokazuję rzeczy, z których nie jestem zadowolony. Staram się być perfekcjonistą, gdy tworzę jakąś rzecz, którą później ktoś kupi. Ale perfekcyjne to chyba nudne, właśnie dlatego nie lubię perfekcyjnych ludzi. W życiu bym nie obejrzał programu "Perfekcyjna pani domu" . Ludzie, którzy mają wady, niepoprawni są o wiele ciekawsi, kręcą mnie tą niepoprawnością. Pamiętam, że w szkole były osoby, które miały ze wszystkiego same piątki większość z nich, oprócz tego, że miała świadectwo z czerwonym paskiem, do niczego w życiu nie doszła. Ja wolę być interesujący niż perfekcyjny.

Dowiedz się więcej na temat: Robert Kupisz | moda | projektant mody

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje