Przejdź na stronę główną Interia.pl

Taki ze mnie słodki drań

Łamią nam serca, ale i tak ich kochamy. Można za nimi gonić, ale trudno ich złapać. A jeśli się uda, to tylko na chwilę. Łobuzerskiemu urokowi niegrzecznego chłopca trudno jest się oprzeć. Tym bardziej że tzw. Bad boy to gatunek zagrożony wyginięciem.

Drwale, metroseksualni, hipsterzy. Tylko gdzie się podziali prawdziwi mężczyźni? Niekoniecznie z idealnie przystrzyżoną brodą, w dopasowanych dżinsach i grubych oprawkach Ray-Ban na nosie. Za to tacy, którzy mają coś, co Jan Jakub Kolski w swoich książkach nazywa urokiem wszetecznym. Faceci potrafiący sprawić, że chcemy wyruszyć z nimi w nieznane i przeżyć fascynującą przygodę. Niegrzeczni chłopcy, którzy bywają grzeczni tylko dla nas i przy których uginają się nam kolana. Oni zawsze wygrywają z miłym księciem na białym koniu. Co takiego ma w sobie bad boy, że nie potrafimy mu się oprzeć?

Reklama

- Jest nie do złapania. Jak ryba, która zawsze wyskoczy ci z dłoni. A ponoć w całej tej miłosnej grze chodzi o to, żeby gonić króliczka, a nie go złapać - uważa Rinke Rooyens, założyciel firmy Rochstar.

Piotr Rogucki, aktor, muzyk i lider zespołu Coma, tłumaczy: - To rozbrykany facet z wyobraźnią i sporą pewnością siebie, który przejmuje nad tobą władzę i zabiera w świat, do którego sama nigdy nie zdecydowałabyś się wejść. A on ma odwagę, żeby cię tam zaciągnąć, czasem nawet wbrew twojej woli. Czujesz się wykorzystana, ale wspominasz to jako jeden z najlepszych okresów w swoim życiu. Przekraczanie granic moralności, codziennej poprawności, zdrowego rozsądku - czasem gorzko się tego potem żałuje, ale pamięta już zawsze. Bad boy jest w stanie zapewnić poczucie szaleństwa i wariacji, na które ułożony facet nigdy by sobie nie pozwolił - stwierdza.

Maciej Maleńczuk, wokalista i gitarzysta rockowy, uważa: - On ma tę przewagę nad "normalnym" facetem, że jest stanowczy. Jeśli mężczyzna taki nie jest, kobieta owinie go sobie wokół palca i będzie nim głęboko pogardzać. Kiedy więc chcesz poznać fajną dziewczynę i ją przy sobie zatrzymać, to musisz ją do pewnego stopnia zdominować. A to wymaga bycia prawdziwym twardzielem, bo kobieta jest trudnym przeciwnikiem. I sprytnym. Jak widzi zagrożenie, to podchodzi bliżej, nie ucieka. Ja swoją męskość wykuwałem właśnie w starciach z kobietami o codzienną dominację.

A John Porter, walijski muzyk i kompozytor, dodaje z figlarnym uśmiechem: - Kochacie nas, bo przebywanie z nami jest bardziej ekscytujące niż z tzw. normalnym facetem. Na ogół jesteśmy inteligentni, oczytani, sporo o świecie wiemy. Jest w nas jakaś głębia. Kobiety wiedzą, że potrafimy być draniami, ale wybaczają nam, bo jesteśmy dla nich ciekawi.

Facet z blizną

W dobie silnych i stanowczych kobiet coraz trudniej znaleźć charyzmatycznego bad boya. O ile mało wyrafinowani macho wciąż trzymają się dobrze, o tyle szarmancki niegrzeczny chłopiec to gatunek na wymarciu.

- Kiedyś takim archetypem były gwiazdy rocka. Ciągle przed oczami stoi mi niezmordowany Mick Jagger - tłumaczy Maciej Maleńczuk. - A czy dziś niegrzecznego chłopca trzeba szukać w domu starców? - zastanawia się muzyk. - W Polsce wciąż sporo jest bad boyów, ale to już nie rockmani, tylko hiphopowcy. Oni są kompletnie źli i nie najgorzej się na takim wizerunku dorobili. Niejeden ma dom z basenem i porszaka. Jest taki polski raper, który robi wszystko, żeby zauważono w nim niegrzecznego chłopca: tnie się po twarzy, tatuuje gałki oczne. Ja też mam bliznę na twarzy, ale nie zrobiłem jej sobie sam, tylko dostałem cios nożem - opowiada wokalista i dodaje ze śmiechem, że wcale mu ta blizna nie przeszkadza, bo bad boy nie powinien być zbyt piękny, musi mieć jakąś skazę, najlepiej zdobytą na polu walki.

Czy żeby mieć wizerunek niegrzecznego chłopca, trzeba prowadzić wywrotowy i hulaszczy tryb życia? Piotr Rogucki jest przekonany, że niekoniecznie. - Wystarczy umiejętnie podtrzymywana otoczka i tzw. fejm. Taki Marek Hłasko był jedną wielką kreacją. Stwierdził, że wizerunek łobuza dobrze się sprzedaje, i w ten sposób się zachowywał, nie miał skrupułów w pewnych sytuacjach. Innym bad boyem polskiej literatury był Czesław Miłosz. Czytałem wspomnienia jego syna, który zdradził, że na co dzień poeta był ciepłym, wesołym, uśmiechniętym gościem, a przed mediami i rozmówcami zmieniał się w posępnego, zawsze zasmuconego wieszcza z kamienną twarzą. Wiedział, jak dbać o wizerunek. A jaka była prawda, to miało już drugorzędne znaczenie - uważa muzyk.

I dodaje, że jego zdaniem największymi bad boyami wcale nie są dzisiaj faceci, tylko... kobiety. A prym wśród nich wiedzie Kora, z którą pracował razem w programie "Must Be The Music. Tylko muzyka".

- Dla niej pożywką w życiu są skandal i kłótnia. A potem, kiedy już zrobi zadymę, mówi mi: "Ty się tak nie denerwuj, przecież dzięki temu jest znacznie ciekawiej, przynajmniej coś się dzieje".

Buntownik z wyboru

Niegrzeczny chłopiec to zazwyczaj czarna owca. Buntownik, który od początku nie potrafi i nie chce dostosować się do oczekiwań społeczeństwa. Często ma też na koncie trudne przeżycia z dzieciństwa lub młodości, przez nie staje się inny niż cała reszta. Tak jak James Bond, który, jak się okazało w "Skyfall" (reż. Sam Mendes), był sierotą.

- Chłopak, który sporo wycierpiał w dzieciństwie, dorasta dużo szybciej niż inni i staje się twardy - komentował losy swojego bohatera Daniel Craig. Twardy szybko musiał stać się też Rinke Rooyens. Miał 12 lat, kiedy jego mama uległa ciężkiemu wypadkowi samochodowemu, po którym nie wróciła już do pracy. Zaczęła za to nadużywać alkoholu. Rodzice rozstali się kilka lat wcześniej, więc chłopak czuł się odpowiedzialny za nią i za siostrę. Miał 16 lat, kiedy zamieszkał sam i zaczął pracować w teatrze jako człowiek od wszystkiego. Dwa lata później mama popełniła samobójstwo, a on czuł się winny, że temu nie zapobiegł. W końcu dzwoniła do niego tego dnia kilka razy, a on nie odebrał... Wplątał się w alkohol i narkotyki. Wiele lat zajęło mu wyjście z nałogu.

John Porter miał osiem lat, kiedy rodzice wysłali go do szkoły z internatem. Spędził tam całą dekadę. O tamtym okresie mówi: - Zawsze niechcący byłem buntownikiem. W szkole nie potrafiłem się dopasować. W angielskim internacie próbują wyprać ci mózg. Jest dokładnie tak jak w filmach: rano zimny prysznic, bieganie wokół budynku, noszenie mundurków, ogólna dyscyplina, wręcz musztra. Nie odpowiadało mi to, pyskowałem nauczycielom, a oni stosowali kary cielesne: był bambusowy kij, który maczali w wodzie i lali nim po gołym tyłku. Takie coś musi rodzić wewnętrzny sprzeciw. Do dzisiaj mam w sobie pewien opór przeciw... wszystkiemu właściwie. Nie potrafię ani nie chcę się dostosować do oczekiwań.

W szkole czarną owcą czuł się też Rogucki. Rodzice wysłali go do technikum, które szybko znienawidził. - Kiedy pojawiała się tam dziewczyna, to na drugim piętrze za zakrętem wiadomo było, że ona jest na parterze, bo przez wszystkie korytarze niosło się takie "uuuuuuuu...". Jak w zoo - tłumaczy swoją niechęć. Wtedy zrozumiał, że nie pasuje do takiego świata i że musi się z niego wyrwać. Wybrał aktorstwo. A Maciej Maleńczuk? On się ze swojego technikum po prostu wypisał. I został hipisem.

Cierpiący Ubermensch

Z bycia innym się nie wyrasta. Dlatego po szkole hipisem został też John Porter. Poszedł na studia, a czas spędzał na piciu, paleniu marihuany i uprawianiu wolnej miłości. - W końcu czułem się wolny i szczęśliwy, ale ceną, jaką musiałem za to zapłacić, była utrata rodziców. Zapuściłem włosy, a ojciec powiedział: "Jeśli chcesz przyjechać do domu na Boże Narodzenie, musisz je obciąć". Oczywiście nie zrobiłem tego, bo dla mnie to nie była kwestia wyglądu, tylko filozofii. I to był koniec naszych kontaktów - mówi muzyk. - Nie akceptowałem wtedy status quo, nie chciałem mieszkać na przedmieściach, mieć beznadziejnej pracy do końca życia i siedzieć przed telewizorem w kapciach. Robiłem więc wszystko, żeby tak się nie stało. Poszukiwałem swojej drogi. Bycie hipisem było elementem pójścia pod prąd. Ale brytyjskiemu konserwatywnemu społeczeństwu bardzo się ta wolnościowa filozofia nie podobała. Policja traktowała nas wyjątkowo brutalnie. To były ciężkie czasy - wspomina Porter.

Bliskie spotkania z policją były też specjalnością Maleńczuka. - Bad boy co jakiś czas powinien mieć kłopoty z prawem. Albo jakiekolwiek kłopoty. Ja gdy tylko wkroczyłem w dorosłe życie, od razu znalazłem się w strefie bezprawnej. Grałem na ulicy, a tego nie wolno było robić. Kiedyś powiedziałem mamie koleżanki, z którą akurat się spotykałem, że idę śpiewać do przejścia podziemnego. A przerażona koleżanka zaczęła tłumaczyć, że to taki zespół. Nie wyobrażała sobie, żeby jej matka się dowiedziała, że idę występować na tzw. street, jak cygan - opowiada rozbawiony.

I po chwili przytacza kolejną historię: - Miałem kolegę z klasy, który był tępy jak but, ale jego ojciec prowadził warsztat samochodowy, w którym ów kolega się później zatrudnił. Spotkaliśmy się kiedyś przypadkiem jako dorośli ludzie, mieliśmy po 25 lat, i on zapytał, czym się zajmuję. Odparłem, że gram na ulicy. On na to: "O Boże, nie sądziłem, że tak nisko upadniesz". I mówił to całkiem serio. A ja miałem poczucie, że walczę z systemem, bo co chwila mnie wtedy zamykali. W latach 80. wylądowałem w kilkudziesięciu komendach w całym kraju. Potem siedziałem w więzieniu, bo odmówiłem pełnienia służby wojskowej. A odmówiłem, bo byłem hipisem, którym z kolei zostałem, bo chciałem wyrwać się z normalnego społeczeństwa, i to mi się udało. To był czas bojowy - Kuroń, Michnik i inni siedzieli w więzieniach i dlatego ja do pewnego stopnia czułem się w obowiązku, że też muszę. Nasz Übermensch chciał znosić cierpienie, ale najlepiej, żeby było bohaterskie.

Za kratami

Rinke Rooyens zapytany o to, co jest największym atutem bad boya, odpowiada bez zastanowienia: - Pasja.

Na niej można zbudować wszystko. I chyba ma rację, bo jemu się to udało. Jako syn znanego w Holandii producenta telewizyjnego miał w ojczystym kraju otwarte wszystkie drzwi i mógł zrobić błyskawiczną karierę. Zamiast tego przyjechał w latach 90. do Polski na plan programu "To było grane". I został, chociaż wszyscy, słysząc o jego wizjonerskich pomysłach, pukali się w głowę. Dzisiaj Rooyens może o sobie powiedzieć, że zreformował polską rozrywkę. - Od zera zacząłem budować to, co teraz mam, nikt mi nic nie dał za darmo. Nigdy się nie poddaję. Kiedy chcę stworzyć jakiś program, to wcześniej czy później to robię. To jedynie kwestia czasu - mówi z rozbrajającą pewnością siebie.

O swój najnowszy projekt "Rinke za kratami" zabiegał długo. Pierwsze rozmowy zaczął w marcu zeszłego roku, ale w końcu się udało. Jesienią w telewizji Polsat można było oglądać jego autorski program o prawdziwych bad boyach, czyli skazańcach osadzonych w więzieniu w Krzywańcu. Czemu tak mu zależało na tym reportażu? - To jest świat, którego nie znamy. Nikt nie wie, jak wygląda życie za murem. Chciałem się tego dowiedzieć - tłumaczy. Zdjęcia trwały miesiąc, dzień w dzień. Nie udało się znaleźć prowadzącego, który mógłby wziąć urlop od codzienności na tak długo, więc Rinke w końcu sam stanął za kamerą. - Było ciężko, bo polski nie jest moim ojczystym językiem. Ale nie traktowałem tego jak kolejnej roboty, tylko jak misję - mówi.

- I w ten sposób przez ponad miesiąc siedziałem w celach, w których nikt oprócz skazanych nie bywa. Nawet ich rodziny nie mają tam wstępu - dodaje producent.

Rooyens wiedział, że więźniów trudno będzie otworzyć - za kratkami trzeba być twardym, nie można mówić o uczuciach. Dlatego zanim przyjechał do Krzywańca, napisał do osadzonych list, w którym opowiedział o rozpadzie małżeństwa rodziców, samobójstwie matki, używkach, własnym nieudanym małżeństwie.

- Chciałem, żeby wiedzieli, że w moim życiu też wydarzyły się różne nieprzyjemne sprawy. Że wplątywałem się w różne kłopoty, ale udało mi się z nich wyjść. Dzięki temu, że mam tak duży bagaż emocjonalny, byłem w stanie rozmawiać z tymi ludźmi o ich uczuciach. Ja się w Krzywańcu dowiedziałem nie tylko wielu rzeczy o więźniach, ale i o sobie. Omawiałem z nimi własne problemy i to działało jak autoterapia. Choć dzisiaj jestem wolny od nałogu i nie piję, to doskonale wiem, co oznacza poczucie winy. Bardzo trudno się go pozbyć.

Na gołe pięści

Kiedy Piotr Rogucki zrozumiał, co jest jego pasją, był wytrwały. Do szkoły aktorskiej zdawał aż pięć razy. W tym czasie założył zespół i zaczął odnosić sukcesy. Dzisiaj jest wokalistą jednego z najpopularniejszych zespołów rockowych w Polsce. Jako lider Comy ma wizerunek charyzmatycznego rockmana. - Kiedy wchodzę na scenę, staję się bad boyem. Potrafię wzniecić w publiczności ogień, jednak musiałem się tego nauczyć. Dużo pracy kosztowało mnie to, aby wyzbyć się ograniczeń związanych z kreacją sceniczną. Teraz ciągnę ludzi za sobą w miejsce, w którym czują się wolni i mają wrażenie, że razem ze mną przełamują bariery. Oczywiście to wszystko jest symboliczne, bo tylko tańczę i śpiewam. Nie zapraszam ich do pociągu, z którego będziemy skakać do kanionu, bo takie rzeczy są możliwe tylko u Bonda. Nie skaczemy ze spadochronami ani nie ujeżdżamy dzikich koni w Arizonie, ale praktycznie... to jest porównywalne - śmieje się Rogucki.

- Rozumiem, co publiczność w czasie takiego koncertu odczuwa, bo pamiętam, co sam przeżywałem, kiedy oglądałem bad boyów w kinie. Po wyjściu z "Podziemnego kręgu" Davida Finchera o nielegalnym klubie, w którym odbywają się walki na gołe pięści, przez chwilę miałem wrażenie, że sam też jestem takim łobuzem. Byłem wolny i naładowany pozytywną, choć jednocześnie złą energią, o której nie sądziłem nawet, że we mnie siedzi - mówi.

I dodaje, że kiedy gasną światła jupiterów, na powrót staje się normalnym facetem. Mężem, ojcem dwójki dzieci, jurorem programu muzycznego, kimś, kto jest odpowiedzialny za innych.

- Żeby być bad boyem na scenie, nie mogę nim być w życiu codziennym. Nie mogę "zachlewać się" oraz związywać z przypadkowymi kobietami i mężczyznami po każdym koncercie. Przeciwnie - muszę dbać o ciało i zachowywać higienę psychiczną.

Piotr nagrał niedawno kolejny, trzeci już solowy album. Jednak "J.P. Śliwa" to nie zwykła płyta, ale interdyscyplinarne połączenie muzyki i dramatu. Nie wszystkim jednak podoba się to, że popularny wokalista robi coś nietypowego, idzie pod prąd.

- Płacę za to cenę, bo wśród aktorów nie jestem aktorem, tylko gwiazdą rocka, wśród muzyków nie jestem muzykiem, tylko aktorzyną, a wśród piszących teksty nie jestem tekściarzem, tylko jakimś udawaczem. Wszędzie czarna owca, nigdzie nie mam swojego miejsca. Ale z drugiej strony to bardzo atrakcyjne i stymulujące, daje poczucie wolności.

Raczej monogamiczny

- Facet powinien mieć pasję. Kobieta musi wiedzieć, że on na pewien czas znika, bo ma coś cholernie ważnego do zrobienia. Zaszywa się w jakiejś dziurze czy norze i zajmuje tym, co dla niego najistotniejsze. Jeden będzie godzinami robił pompki, a inny, tak jak ja, ćwiczył grę na saksofonie. Na tym właśnie polega urok niegrzecznego chłopca. On nie ma czasu na ganianie po kuchni w fartuszku i robienie śniadania do łóżka - mówi Maciej Maleńczuk.

- Moja żona przyznała mi się kiedyś, że właśnie to jej we mnie zaimponowało: chociaż na początku związku była między nami niesamowita pasja i przyciąganie, ja równo o godzinie 14 zamykałem się w pokoju, żeby ćwiczyć grę na gitarze, i ona musiała poczekać do 16, aż skończę. O tym, że będzie muzykiem, zdecydował w więzieniu. Co prawda zawsze fascynował go jazz i marzył o saksofonie, ale uznał, że nauka gry na gitarze będzie prostsza. I okazała się świetnym wabikiem na płeć przeciwną.

- Miałem podarte spodnie i dziurawe skarpetki, ale za to sprzęt bardzo dobry. Mimo średniej urody i ogólnej biedy mogłem wyciągnąć na imprezie gitarę i stworzyć klimat. Zawsze jakaś dziewczyna się na to łapała. W końcu wszyscy znikali i naprzeciwko siedziała tylko ona - opowiada. Na upragnionym saksofonie zaczął grać dopiero kilka lat temu. - Mając ponad 40 lat, kupiłem dom na wsi i dla zabawy instrument. Najpierw jeden, potem drugi. Ćwiczyłem coraz więcej i więcej, aż jakiś czas temu uznałem, że mogę założyć jazzowy band - mówi Maleńczuk.

Tak powstał projekt Jazz For Idiots, z którym muzyk właśnie rusza w trasę. - Bad boy powinien mieć do siebie dystans. Ja mam nabożny stosunek do wielu muzyków, których poziomu nigdy nie osiągnę. I jestem w stanie przyznać, że nie miałem ani nie mam wielkiego talentu do grania na gitarze czy jakimkolwiek innym instrumencie. Jestem za wysoki i mam utrudnioną percepcję, więc wirtuozem nie będę. Namysłowski podobno nauczył się grać na saksofonie w dwa lata, a ja już osiem lat to tłukę i ciągle robię błędy. Mogę się w tym wszystkim zaprezentować tylko jako idiota, więc wymyśliłem Jazz For Idiots.

Cena: Samotność

John Porter po rozstaniu z Anitą Lipnicką, matką jego 9-letniej córki Poli, znalazł się w trudnym punkcie swojego życia i to właśnie pasja go uratowała. Oraz dwoje ludzi: Nergal, frontman zespołu Behemoth, oraz malarka Alicja Domańska. - Spotkałem ich w odpowiednim momencie. To fascynujące osobowości, którym na nowo udało się rozpalić we mnie ogień - mówi Porter pracujący teraz nad dwiema płytami: jedną z Nergalem, a drugą, która jest połączeniem muzyki i sztuki, z Alicją.

- Adam też jest bad boyem, więc czasem się kłócimy, aż iskry lecą. Nieraz rozstajemy się jak obrażeni kochankowie, ale zawsze w końcu dochodzimy do porozumienia. Jesteśmy skrajnie różni - on to ekstrawertyk, a ja samotnik, który niełatwo znajduje wspólny język z ludźmi - ale uważam, że w tym katolickim kraju potrzebny jest prowokator, który zmusza do myślenia. Co prawda nie słucham tego, co on w Behemocie robi, bo zwyczajnie się nie da, ale za to Adam ceni mój kunszt. Czyli ma dobry gust - śmieje się Walijczyk.

Przyznaje też, że teraz, kiedy znów jest sam, łatwiej jest mu pracować.

- Artysta nie powinien zakładać rodziny. Kocham moje dzieci, ale gdybym mógł cofnąć czas i przeżyć życie jeszcze raz, to nie popełniłbym tego błędu. Dla własnego dobra i dobra ludzi, którzy brali w tym ze mną udział. W moim wieku widzę już, że potrzebuję przed sobą pustej drogi. Muszę mieć przestrzeń, żeby działać i tworzyć. A pogodzić rolę artysty z rolami ojca i partnera nie jest łatwo.

Rinke również przyznaje, że praca jest u niego na pierwszym miejscu. - W firmie jestem pierwszy i wychodzę ostatni, spędzam tam 16 godzin dziennie. A potem jadę do domu, oglądam jakieś wiadomości czy mecz i idę spać. Na tzw. życie zostaje mało czasu. Ale to jest cena, jaką musisz zapłacić za swoją pasję, czyli pewien rodzaj samotności. Na Facebooku masz tysiące przyjaciół, w pracy też otacza cię mnóstwo ludzi, ale jesteś ich szefem, więc nie możesz nawiązywać prywatnych relacji - mówi.

Rogate serce

Kobiety na początku są zafascynowane niecodziennym trybem życia Rooyensa, ale tylko do czasu.

- Momentami potrafię zachowywać się tak jak w filmach, robić wielkie romantyczne gesty. Jestem jak Roger Moore, który był pierwszorzędnym dżentelmenem. Ale potem kończy się jak w horrorach (śmiech). Bo życie ze mną jest jak rollercoaster: na początku świetnie się bawisz, ale po jakimś czasie robi ci się niedobrze. Kobiety chcą być na pierwszym miejscu, a z bad boyem to nie jest możliwe. Bo taki facet jak ja, który ma nie tylko swoją pasję, ale jeszcze jest po rozwodzie i ma syna, partnerkę może stawiać dopiero na dalszym miejscu. Dla kobiety na dłuższą metę jest to nie do zniesienia. Na początku jest wielkie wow, ta pasja u faceta wydaje się pociągająca i seksowna, ale potem dziewczyna mówi: "Ja też chcę!". I dlatego niegrzeczny chłopiec jest dobrym materiałem na przygodę, ale nie na partnera - twierdzi.

- Każdy bad boy to tak naprawdę wrażliwy chłopak. W środku mamy małe dziecko, bardzo emocjonalne, takie, które łatwo zranić. Może dlatego ciągle uciekamy przed miłością? Ja uciekam w swoją pracę, w której czuję się bezpiecznie jak żółw w skorupie. Czy nie łatwiej byłoby skończyć z życiem niegrzecznego chłopca i zacząć być grzecznym?

Wszyscy nasi bohaterowie są zgodni: tak się po prostu nie da. Bo bycie bad boyem to rodzaj spojrzenia na świat.

Maleńczuk podsumowuje: - Całe swoje życie próbowałem z tej roli wyjść. Być punktualny, zachowywać się jak dżentelmen, wgryźć się w społeczeństwo. Ale raz na jakiś czas wychodzi ze mnie ta krnąbrna natura, rogate serce. Już idzie mi tak dobrze, a tu nagle pojawia się sytuacja, podczas której budzi się wewnętrzny niegrzeczny chłopak. I taki chichot odzywa się z lewego ramienia: "Dobrze zrobiłeś, tak trzeba".

Iga Nyc

PANI 1/2016



Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje