Przejdź na stronę główną Interia.pl

Sztuka odpuszczania

Pędzimy bez opamiętania, chcąc godzić pracę, opiekę nad dziećmi i domem. Wydaje się nam, że aktywna kobieta jest skazana na wielozadaniowość i brak czasu. Ruch slow life przekonuje, że można żyć inaczej, spokojniej, nie rezygnując z kariery, rodziny i ambicji. A w naszym planie dnia powinno być miejsce nie tylko na wyzwania, ale też na przyjemność, radość i wytchnienie.

Slow life? Brzmi fajnie, ale to nie dla mnie - mówi wiele kobiet. Zwłaszcza te, które żyją w miastach i godzą pracę z dbaniem o dom, wychowywaniem dzieci, opieką nad rodzicami, spłacaniem kredytu itp. Dobrze je rozumiem, do niedawna myślałam podobnie. A coraz popularniejsza w świecie idea slow life kojarzyła mi się z luksusem dla wybrańców, którzy mogą sobie pozwolić na porzucenie miasta i życie  w domku na skraju lasu. Moim żywiołem był pośpiech, wielozadaniowość, intensywna praca, w której jeden deadline (nieprzekraczalny termin oddania projektu) gonił kolejny. Minuta, w której nie robiłam czegoś produktywnego, wydawała mi się czasem straconym.

Reklama

Pędziłam coraz szybciej i szybciej w poczuciu satysfakcji, że daję radę. Aż przyszedł moment, gdy mój organizm odmówił posłuszeństwa. I musiałam przyjąć do wiadomości, że choćbym nie wiem jak chciała,  nie da się pędzić bez wytchnienia w nieskończoność.  A nawet jeśli się da, nie warto, bo życie może  nam za to wystawić słony rachunek. Może więc rację ma Joanna Glogaza, autorka bestselleru "Slow life. Zwolnij i zacznij żyć", gdy pisze, że w dzisiejszych czasach ruch slow to nie moda ani fanaberia, tylko  konieczność. Im aktywniej żyjesz, im więcej  masz na głowie, im ambitniejsze stawiasz sobie cele, tym bardziej potrzebujesz chwil zwolnienia i ładowania akumulatorów. Żeby nie tylko rozwiązywać problemy czy odnosić kolejne sukcesy, ale i umieć się tym wszystkim cieszyć. Być w kontakcie z tym,  co przeżywasz.

Spotkanie z chwilą

W slow life, wbrew wielu obiegowym opiniom,  nie chodzi o to, byśmy porzucili miasta, zaczęli prowadzić sielankowe życie blisko przyrody  i produkowali organiczne warzywa (choć można i tak). Twórcy tego ruchu nie nawołują do rewolucji  ani rezygnacji ze zdobyczy cywilizacji, tylko do świadomego ich używania oraz zmiany myślenia na rzecz wprowadzenia choć kilku drobnych nawyków, które pomogą czerpać z życia więcej satysfakcji. Zamiast pędzić tam, gdzie nas nie ma, zatrzymajmy się  przez moment tu, gdzie jesteśmy - zachęcają. Pocelebrujmy w prosty sposób choć jeden, dwa momenty każdego dnia - dla wielu z nas to już spora zmiana, bo przywykłyśmy do tego, że żyjemy od zadania do zadania. Zadbanie o chwilę wytchnienia często nie mieści się  na naszej liście priorytetów. A szkoda.

Badania psychologiczne dowodzą, że kilka drobnych przerw  w codziennej intensywności, podczas których zrobimy coś tylko dla przyjemności (bez spoglądania na zegarek),  a nie z obowiązku (i pod presją czasu), podnosi nasz poziom satysfakcji z życia, a także odporność i kreatywność.  Gdy pozwalamy sobie w ciągu dnia na chwile spowolnienia, z których świadomie czerpiemy radość, później lepiej się czujemy i mamy oryginalniejsze pomysły, jesteśmy w stanie dłużej się skupić na jednym zadaniu i sprawniej robimy to, co naszemu zmęczonemu umysłowi zabierało wcześniej więcej czasu. "Kiedy ludzie zwalniają w odpowiednich momentach, odkrywają, że mogą robić wszystko efektywniej i stają się bardziej produktywni" - przekonuje na blogu psycholog Igor Rotberg. Tylko jak zwolnić, gdy przywykłyśmy do życia  w zadaniowym pędzie? Od czego zacząć zmianę, by nie okazała się mrzonką i dała pogodzić ze wszystkim, z czym nadal chcemy dawać sobie radę?

Mały pomysł na siebie

Wiele z nas ma wyobrażenie, że w idei slow life chodzi o dziwaczne praktyki (na które zwykła kobieta przecież nie ma czasu!) albo że to coś  dla bogatych (wyjazdy do ośrodków medytacyjnych czy weekendowe lekcje świadomego oddychania). Owszem, zwolnić można na wiele sposobów, również radykalnych i eksperymentalnych, ale nie o to chodzi - przekonuje Carl Honoré, autor kultowej wśród amatorów slow life książki "Pochwała powolności". Jego zdaniem zwolnienie najlepiej zadziała nie wtedy, jeśli będzie okazjonalnym wydarzeniem (warsztaty samodoskonalenia czy  urlop z jogą), tylko codziennym elementem, który na stałe wprowadzimy  do życia. I tu miła niespodzianka - najlepiej, żeby każdy sam znalazł pomysł na to, jaki rodzaj spowolnienia będzie w jego przypadku najwłaściwszy.

Jedna z moich znajomych (zapracowana matka dwojga dzieci), uznała, że wprowadzi w swoim domu kolacje  w stylu slow. Poranki to u niej wyścig z czasem - wszyscy szykują się i jedzą śniadanie w pośpiechu, ale kolacja od kilku miesięcy stała się wspólnym świętem. Zwyczaj się zadomowił. Już nie tylko koleżanka, ale i dzieci starają się, by nawet proste dania były podane ładnie i by nikt nikogo nie poganiał. Wieczorem przy stole obowiązuje też zasada, że każdy stara się opowiedzieć innym "coś fajnego". Domownicy przyzwyczaili się, że to czas szczególny - rodzinnej rozmowy, wytchnienia, spowolnienia właśnie.

Inna znajoma, która odwozi dzieci do szkoły przy parku, wymyśliła, że każdego dnia, zanim popędzi do biura, pospaceruje po tym parku 15 minut, spokojnie pooddycha. Tylko tyle. Ładuje się tak przed stresującą pracą w urzędzie. To jej "święty kwadrans".  Kiedyś docierała do szkoły na ostatnią chwilę,  syn marudził, że się spóźniają, a ona poganiała go nerwowo, bo sama też była już na styk. Teraz wizja spaceru wśród drzew, chwili tylko dla siebie działa  na nią mobilizująco, więc chce jej się wcześniej wstać  i wyjechać z domu. "Taki początek zmienia cały dzień" - przekonuje. Gdy traci cierpliwość do klientów, zerka na zdjęcia z parku w telefonie - wspomnienie porannego relaksu nieraz pomogło jej przetrwać kryzysowe momenty.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje