Przejdź na stronę główną Interia.pl

Synu, pamiętaj...

Mężczyźni uczą mężczyzn, jak być mężczyznami. Każdy ojciec ma swój patent na pokazanie, jak żyć, unikać błędów i kochać. Także każdy syn ma swój sposób na korzystanie z doświadczeń taty.

Sytuacja się odwróciła - mówi Chris Niedenthal, fotograf. - Dawniej Filip występował jako "syn Chrisa". A teraz coraz częściej ja przedstawiam się jako "ojciec Filipa". Cieszę się, bo to znaczy, że on sobie dobrze radzi.

Chris Niedenthal porządkuje swoje wielkie archiwum. Większości zdjęć wcześniej nie widział. W stanie wojennym w pośpiechu przekazywał rolki z filmami, ktoś szmuglował je za granicę. Zdjęcia pojawiały się potem w prestiżowych amerykańskich magazynach. Po latach dostaje je z powrotem. To pretekst, by wrócić pamięcią do dawnych wydarzeń, także osobistych.

Reklama

- Mężczyźni w mojej rodzinie? - zamyśla się Chris. - Z opowiadań wiem, że mój dziadek był bardzo srogi. Ojciec też budził respekt, był prokuratorem w Wilnie. Losy wojenne rzuciły go do Wielkiej Brytanii. Tam się urodziłem i wychowałem, mam brytyjskie obywatelstwo. Pamiętam, że ojciec chciał, żebym poszedł w jego ślady i zdobył porządny zawód. Nie był szczęśliwy, gdy zająłem się fotografowaniem. Uważał, że to niepoważne zajęcie. A jednak niczego mi nie narzucał, nie próbował sterować moim życiem. Jestem mu za to wdzięczny.

Jedynego syna Chris wychowywał podobnie. Filip mógł o sobie decydować. Został jednym z pierwszych w Polsce prezenterów telewizji Atomic TV - Chris się cieszył. Studiował dziennikarstwo modowe w Londynie - świetnie. Zajmował się katalogiem mody w dwutygodniku "Viva!" - też dobrze. Teraz jest redaktorem naczelnym magazynu "Podróże". Nieważne, co wybierał, dla taty liczyło się tylko to, żeby był mądrym, uczciwym i szczęśliwym człowiekiem.

Filip urodził się 33 lata temu w warszawskim szpitalu na Karowej. W tamtych czasach ojców nie wpuszczano na porodówkę. - Z pomocą pielęgniarki przemyciłem na oddział krótkofalówkę, co było surowo zabronione - wspomina Chris.

- Moja żona chowała ją pod kołdrą, ja stałem pod szpitalem i tak próbowaliśmy się porozumiewać. Potem ona pokazywała mi przez szybę jakieś białe zawiniątko. Ustawiłem się na ulicy z moim najdłuższym teleobiektywem i próbowałem zobaczyć syna, ale niewiele widziałem. Dopiero po kilku dniach mógł przyjrzeć się mu z bliska.

- Jeszcze nie miał imienia, nawet zapłaciliśmy karę za to, że zbyt długo z tym zwlekaliśmy - opowiada ojciec. - Dlaczego Filip? Może ze względu na księcia Filipa albo na Filippę, dziewczynkę, w której kochałem się jako mały chłopak.

Filip był rudy jak marchewka. Jego tata jako niemowlę wyglądał ponoć identycznie. To był jedyny moment, gdy Niedenthal senior dopatrywał się podobieństw między sobą i synem. Potem już uznawał jego odrębność. Przyszedł jednak czas, gdy postanowił uświadomić mu swoją dwujęzyczność. - Zagadałem do niego po angielsku - wspomina.

- Doskonale to pamiętam - śmieje się Filip Niedenthal. - Miałem może cztery latka. Spacerowaliśmy po parku w Łazienkach i nagle obok pałacu Na Wodzie tata przemówił do mnie jak kosmita. Byłem przerażony. Nie wiedziałem, że są jeszcze inne języki.

Potem Filip chodził do amerykańskiego przedszkola i do angielskich szkół. W domu chciał jednak mówić wyłącznie po polsku. - Raz na zajęciach plastycznych w zerówce zadano nam temat: "What makes me mad?" (Co mnie wkurza?) - wspomina syn. - Narysowałem ojca. Mało go wtedy widywałem, bo dużo podróżował po świecie, fotografując dla "Time'u".

Mama nie zawsze sobie ze mną radziła, więc straszyła: "Zobaczysz, powiem tacie". Trochę się go bałem i denerwowałem się, kiedy przyjeżdżał. Ale też na niego czekałem, zwłaszcza że przywoził mi masę wspaniałych prezentów.

Filip mówi, że będąc dzieckiem, często rysował siebie z brodą. Taką samą, jaką nosił ojciec. - Zapuścił ją, robiąc reportaż w kopalni soli w Wieliczce. Spędził wtedy kilka dni z górnikami pod ziemią, nie golił się i tak zostało - opowiada syn. - Utożsamiałem się z nim, broda była dla mnie symbolem męskości. Dziś sam taką noszę.

Co jeszcze ich łączy? Obaj należą raczej do obserwatorów rzeczywistości, trzymają się na dystans i lubią żartować. Z tym, że poczucie humoru Filipa jest może bardziej abstrakcyjne. W dzieciństwie był dumny, że jego tata jest fotografem, że przychodzi do szkoły i społecznie robi portrety klasowe, ale jako nastolatek nie bardzo interesował się jego pracą.

- Denerwowało mnie, że kiedy kupował nowy sprzęt, budził mnie w środku nocy - wspomina Filip. - Musiałem godzinami siedzieć w charakterze modela, a on coś ustawiał, sprawdzał. Nie pozwalał mi niczego dotknąć. Nigdy też nie przyszło mu do głowy, by uczyć mnie fotografowania. Ostatnio jednak odkryłem, że bardzo lubię to robić i pstrykam mnóstwo zdjęć.

Dwa razy bał się o ojca. Raz, gdy na początku wojny w byłej Jugosławii pracował tam jako fotoreporter, a drugi, kiedy spędzał urlop w Egipcie. - Wiedziałem, że wybierają się z mamą na wyprawę do Luksoru. Wracałem londyńskim metrem ze szkoły i usłyszałem wiadomość o zamachu terrorystycznym w świątyni Hatszepsut. Wśród zastrzelonych turystów byli obywatele brytyjscy. Przez kilka godzin byłem przekonany, że rodzice nie żyją. Dopiero wieczorem dotarła do mnie informacja, że są cali i zdrowi, a wycieczkę planowali dopiero następnego dnia.

W zeszłym roku tata i syn byli razem w Toskanii. Z tej wyprawy powstał reportaż, który ukazał się w "Podróżach". Filip napisał tekst, Chris zrobił zdjęcia. To była ich pierwsza wspólna praca i zarazem doskonała zabawa. Niedenthal junior śmieje się, że ojciec zaszczepił mu dwie rzeczy - zamiłowanie do podróży i… niechęć do sportu.

- Nigdy nie graliśmy w piłkę, nie chodziliśmy na mecze. A jednak nie czułem, że czegoś mi brakuje. To dziwne, tata wyjeżdżał sam, często go przy mnie nie było, a jednak to właśnie z nim mam najwięcej wspomnień.

Filip jest jedynakiem, ale wie, że gdyby nagle oznajmił, że na zawsze wyjeżdża do Australii, ojcu nie drgnęłaby powieka. Powiedziałby: "Dobrze, jedź, skoro masz taką wolę". Tak się jednak składa, że wybrał Polskę, podobnie jak przed laty Chris.

Po radę do ojca zwraca się głównie w sprawach motoryzacyjnych. On zna się na autach, kiedyś chciał być kierowcą wyścigowym. Z kolei tata radzi się go w sprawach zdjęć, często razem przeglądają tak zwane stykówki i wybierają materiał na wystawy czy do publikacji. Mają do siebie zaufanie i zawsze mogą na siebie liczyć. - Obaj nie jesteśmy zbyt wylewni - opowiada Filip. - Nie lubimy rozmawiać o emocjach, nigdy się sobie nie zwierzamy, ale to w niczym nie umniejsza naszej relacji. Wręcz przeciwnie, bardzo nam odpowiada.

Kiedy Filip wyprowadził się do własnego mieszkania, na centralnym miejscu w kuchni powiesił zdjęcie z lat 80. zrobione przez ojca. Przedstawia górnika, który pije mleko z kubka, a z kieszeni wystaje mu butelka po wódce (służyła zamiast termosu na herbatę). - Tata nauczył mnie szacunku do ludzi, tego, by zawsze być "correct". Sam o wszystkich dba, jest bardzo opiekuńczy - mówi syn.

- A do tego świetnie gotuje, ja się na tym nie znam, ale może odkryję w sobie smykałkę do kuchni. Jestem dumny z taty. Nie tylko z tego, co osiągnął, ale i jakim jest człowiekiem: łagodnym, powściągliwym, tolerancyjnym, mądrym, nienarzekającym. Doceniam jego cechy i mam nadzieję, że choć kilka z nich odziedziczyłem.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje