Przejdź na stronę główną Interia.pl

Spragnieni miłości

Kontrowersyjny eksperyment socjologiczny czy zbawienie dla samotnych, którzy szukają namiastki prawdziwych relacji lub tylko seksu? Jedno jest pewne – aplikacje randkowe zmieniają nasz świat.

Nie trzeba spełniać żadnych warunków, by włączyć się w globalną grę w szukanie partnera. Logowanie, zdjęcie, klik i już. Mniej swoim wyglądem przejmują się mężczyźni - umieszczają fotografie z wakacji (jestem ciekawy świata), podczas uprawiania sportu (jestem aktywny), przy kawiarnianych stolikach (jestem towarzyski), z gitarą (jestem wyluzowany). Kobiety skupiają się na tym, żeby na zdjęciach dobrze wyglądać (jestem towarem). Cóż, takie są zasady. Tworzymy iluzję i jednocześnie jej ulegamy. 

Reklama

- Jako osoba nazywana królem polskiego Facebooka doskonale wiem, jak działa internetowa relacja. To jak promenada w kurorcie. Wystawiamy swój hologram, ale właściwie nas tam nie ma. Pewne rzeczy trzeba sobie dopowiedzieć czy wyobrazić. Gry są jak najbardziej uzasadnione. Bo sfera satysfakcji seksualnej jest tak naprawdę w głowie - mówi pisarz i reżyser filmowy Andrzej Saramonowicz. 

Cud łatwości

Dlaczego chcemy sobie uprościć i przyspieszyć proces znajdowania partnera? Najczęściej tłumaczymy się brakiem czasu. - Nie wierzę - twierdzi Adam Grzesiak, doradca personalny, twórca firmy Projekt Związek, który wcześniej przez 30 lat prowadził biuro matrymonialne Czandra w Warszawie. - Jeśli się w kimś zakochasz, to możesz dla niego nie mieć czasu? Po prostu nie jesteś gotowy emocjonalnie i nie chcesz inwestować w związek. A relacja to ciężka praca. Wiem coś o tym, bo z żoną obchodziliśmy właśnie 33. rocznicę bycia razem. Dzisiaj wszyscy chcą mieć wszystko szybko, i koniecznie, żeby było przyjemnie. 

Amerykańska mobilna aplikacja Tinder, służąca zawieraniu znajomości, ma ponad sto milionów użytkowników na całym świecie. Jej istnienie to tylko wierzchołek góry lodowej zmian w sposobach nawiązywania relacji między ludźmi, także tych miłosnych. Ich cechą stała się szybkość. Twierdzenia: "związek to praca" czy "prawdziwa, głęboka relacja wymaga wysiłku, wytrwałości i kompromisu" stały się sloganami, które z powodu wielokrotnego powtarzania przestaliśmy rozumieć. A że jesteśmy leniwi i niecierpliwi, więc nic nas tak nie pociąga, jak droga na skróty. 

Od momentu, kiedy zakładamy konto na portalu randkowym, chodzimy po świecie z wytatuowaną na czole informacją "nie chcę być sam". Ale nie jest ona już wstydliwa czy niezręczna, bo tysiące ludzi nosi to samo piętno. Tylko czy ono nie oznacza "nie potrafię być z kimś"? Czy umiemy już tylko miłości poszukiwać? 

Tinder jest obietnicą szybkich i łatwych przyjemności. W 2014 roku, po dwóch latach istnienia, firma ogłosiła, że dzięki niej w Stanach Zjednoczonych zaręczyła się tysięczna para. A w 2015 roku, że codziennie na Tinderze ma miejsce 26 milionów "dopasowań". Sukces spowodował powstanie kolejnych aplikacji randkowych. Najnowszym pomysłem jest Hater (ruszył w lutym), w którym wybieramy potencjalnych partnerów na podstawie informacji, czego nienawidzą. Jeśli nie lubimy tych samych rzeczy, np. selfie, Trumpa czy truskawek, szansa na udaną randkę rośnie. 

- Każdy z nas zna kogoś, kto słyszał o osobie, która poznała partnera na portalu randkowym, a potem zaowocowało to uczuciem i trwałym związkiem. Bo w sieci, tak jak w życiu, może się zdarzyć wszystko. Także cuda - przyznaje Saramonowicz. W internecie odnalazła swojego obecnego partnera Vlada Millera pisarka Małgorzata Kalicińska. - Koleżanka założyła portal dla pięknoduchów i zalogował się tam człowiek, który na dzień dobry zwrócił mi uwagę, że popełniłam błąd językowy w swojej wypowiedzi. I tak się zaczęło - śmieje się. Już od paru lat tworzą szczęśliwy związek. Historię ich miłości opisywaliśmy niedawno w jednym z numerów PANI. - Uważam, że nie należy się bać poznawania ludzi w sieci, tylko, jak we wszystkim, warto zachować rozsądek - mówi pisarka. Tym bardziej że w realnym świecie nie jest łatwo znaleźć partnera. 

- Statystyka jest bezwzględna. Mamy w Polsce nadmiar kobiet inteligentnych, dobrze wyglądających, wykształconych i niezależnych finansowo. Za to brakuje mężczyzn. Szansa, że taka kobieta znajdzie odpowiedniego partnera, jest jak jeden do dziesięciu. W zachodnich krajach europejskich te proporcje są inne - przyznaje Adam Grzesiak. Właśnie dlatego Tinder stanowi atrakcję dla Polek, bo daje możliwość zawierania znajomości z obcokrajowcami. 

Nowoczesne swaty

Kojarzenie par to zajęcie stare jak świat. Kiedyś zajmowały się tym swatki. Przed aplikacjami randkowymi w sieci funkcjonowały przeróżne portale, na których poszukiwano partnerów, a w realu biura matrymonialne. Choć i tam nikt nikomu nie zagwarantował znalezienia trwałego związku, a jedynie szansę, z której może coś wyniknąć. - Zmiany technologiczne doprowadziły do tego, że istnienie konwencjonalnych biur matrymonialnych nie ma już sensu. 

Nie da się w nich zapanować nad przypadkowością, nie ma możliwości sprawdzenia, co deklarują klienci, bo to by za dużo kosztowało - twierdzi Adam Grzesiak. - W Polsce nie mamy jeszcze takich problemów jak w Japonii. Tam biura matrymonialne są niezbędne, bo to przez nie zawiera się 80 proc. wszystkich związków. Jakby ludzie całkowicie zatracili zdolność budowania relacji z nowo poznanymi osobami. 

W naszym kraju firmy świadczące usługi matrymonialne kierują swoją ofertę raczej do ludzi bogatych. Robi to też założony przez Adama Grzesiaka i jego żonę Projekt Związek: - Są tylko trzy takie biura w Europie. Pierwsze powstało w Monachium, potem nasze w Warszawie. Jest jeszcze jedno w Londynie. Oferujemy specjalistyczne, bardzo kosztowne usługi. Właściwie to nie tylko poszukiwanie odpowiedniego partnera, ale rozszerzona, czasem długotrwała praca: coaching, doradztwo, terapia. Mamy klientów, którzy nawet nie bywają w Polsce. Każdego możemy sprawdzić do trzeciego pokolenia. Bo zdarzają się ludzie robiący dobre wrażenie, niby-zamożni, a po weryfikacji okazuje się, że ich świetnie prosperująca firma to pralnia mafijnych pieniędzy. Wtedy odmawiamy. To kwestia odpowiedzialności - zaznacza Adam Grzesiak. Jak mówi, często problemem osób szukających pomocy takiego biura są nierealistyczne oczekiwania. - Nasza rola polega na dostosowaniu tych wymagań do rzeczywistości. Jeśli klient upiera się przy swoim, rezygnujemy. A niektórzy mają taką listę życzeń, że proponuję im wizytę w kościele i modlitwę o cud. Bo ja nie mam takich możliwości - śmieje się. 

Piekło braku zobowiązań

Ponad połowa społeczności internautów to osoby żyjące samotnie, wynika z sondaży amerykańskiego serwisu internetowych randek Matchmaker. Dla jednej czwartej z nich sieć jest sposobem nawiązywania znajomości. Co trzecia taka znajomość prowadzi do spotkania w świecie rzeczywistym. W Polsce z badania "Pokolenie singli" (2016), przeprowadzonego wśród internautów przez portal randkowy Sympatia, wynika, że prawie połowa z nich była na ostatniej randce z osobą poznaną wirtualnie. Co czwarty z nich nawiązuje w sieci kontakty koleżeńskie, a co dziesiąty - seksualne. A jednak badania pokazują, że zdecydowana większość użytkowników portali randkowych ma nadzieję na znalezienie tam czegoś stałego i głębszego niż jedna randka. 

- Myślę, że te deklaracje nie są prawdziwe. Ludzie po prostu czują, że byłoby bardziej elegancko tak odpowiadać. W rzeczywistości źródłem ekscytacji jest randka bez konsekwencji. Sytuacja, w której do niczego nie trzeba się zobowiązywać. I zapewne wiele osób jest zadowolonych, bo portale randkowe rozwiązują ich problemy związane z frustracją seksualną - twierdzi Saramonowicz. 

Kontakty z ludźmi poznanymi przez Tindera niosą ze sobą pewne ryzyko. Szczególnie dotyczy to kobiet. Wprawdzie są sposoby na sprawdzenie, czy ktoś, z kim mamy się spotkać, jest tym, za kogo się podaje. Informacje można potwierdzić na Facebooku, Instagramie czy w wyszukiwarce. Dzięki temu unikniemy spotkania np. z mężczyzną, który w rzeczywistości jest mężem i ojcem trójki dzieci, a deklaruje coś zupełnie innego. Można też się dowiedzieć, do jakiego stopnia ta osoba odpowiada nam nie tylko z wyglądu, ale także swoimi poglądami czy zainteresowaniami. Jednak wszystkiego sprawdzić się nie da. 

Rozwiązaniem są klasyczne metody zakończenia randki w ciemno - jak alarmujący telefon od znajomego w trakcie spotkania. Ale nie każdy ma możliwość zapewnienia sobie "wyjścia awaryjnego". Ciekawym sposobem wydaje się metoda stosowana w amerykańskiej sieci restauracji Hooters. W damskich toaletach znajdują się instrukcje, jak postępować, jeśli randka nie rozwija się najlepiej - na przykład osoba, z którą się spotkaliśmy, nie jest tą, za którą się podawała, lub czujemy się niepewnie czy dziwnie. Panie, zamawiając jeden z trzech drinków Angel Shot, mogą liczyć na pomoc obsługi: odprowadzenie do samochodu, zamówienie taksówki lub wezwanie policji. 

Jak przyznaje Adam Grzesiak, nadużycia w relacjach z poznanymi w internecie zdarzają się często. - Do naszego biura matrymonialnego przychodziło wiele takich osób. Poranionych emocjonalnie, oszukanych, ale także wykorzystanych finansowo. Głównie były to kobiety. I zazwyczaj nie zgłaszały tego policji, bo się wstydziły - wyjaśnia. Ale oszustwa nie są tylko domeną relacji z sieci. Dlatego warto włożyć wysiłek w poznanie potencjalnych partnerów. - Bez względu na to, gdzie zawarliśmy znajomość, proces jest taki sam. Czy odbędziemy wiele rozmów, czy wymienimy setki maili, w końcu spadają maski i poznajemy drugiego człowieka - podkreśla Małgorzata Kalicińska. Ważne tylko, żeby nie zaślepiały nas desperacja wynikająca z poczucia osamotnienia czy nierealistyczne wyobrażenia o księciu z bajki, którego będziemy widzieć w każdym nowo spotkanym mężczyźnie. 

Aktor Grzegorz Małecki mówi: - Staliśmy się wygodni. Wszystko chcemy załatwić jednym kliknięciem w telefonie. Pewnie takich portali będzie coraz więcej i to coraz bardziej zadziwiających. Są rozwiązaniem dla ludzi zagubionych, z problemami w nawiązywaniu relacji. Ale sądzę, że z takich sposobów na kontakty międzyludzkie niewiele może wyniknąć. Bo związek to proces. W seksie jednym z najważniejszych elementów jest rozmowa. I przed, i po. I w trakcie. Im pikantniej, tym fajniej. Potem można też pomilczeć, żeby przeżyć to, co się zdarzyło. Nie wyobrażam sobie, żebym miał po seksie powiedzieć komuś: dobra, no to lecę. 

Nieustanne poszukiwanie

Socjolog i filozof, prof. Zygmunt Bauman przekonywał, że "wbrew nader w naszym społeczeństwie konsumentów rozpowszechnionemu mniemaniu miłość nie jest przedmiotem znalezionym, i to znajdowanym w stanie gotowym do użytku, ale wytworem wymagającym kunsztu, nieustającego wysiłku, a często także poświęcenia". A jak łatwo zauważyć, współczesnemu człowiekowi wysiłek i poświęcenie nie przychodzą z łatwością. 

- Życie bez odpowiedzialności wydaje się takie ciekawe. Tyle atrakcji wokół. Seks bez zobowiązań jest łatwo dostępny. Młodzi ludzie odkładają decyzję o stabilizacji tak długo, jak się da. Czasem za długo - konstatuje Grzesiak. Jedną z najważniejszych wartości, w miejsce zaangażowania, stała się dzisiaj niezależność. Staramy się od nikogo nie zależeć, ale też chcemy, żeby nikt nie był zależny od nas. Widzimy w tym wolność. Jak daleko można się posunąć w takim myśleniu, pokazuje przykład społeczeństwa szwedzkiego. Rozpoczęty tam pod koniec lat 70. eksperyment społeczny polegający na uwolnieniu dzięki państwu opiekuńczemu wszystkich od wszystkich - kobiet od mężczyzn, dzieci od rodziców i ludzi starszych od dorosłych dzieci - miał przynieść szczęście. 

Jego konsekwencje pokazuje film dokumentalny "Szwedzka teoria miłości" w reżyserii Erika Gandiniego (niedawno wszedł do kin). Szwedzi żyją w wyjątkowym komforcie, jednak nie są tacy szczęśliwi. Osłabienie relacji międzyludzkich czyni ich życie niepełnym. Połowa Szwedów jest samotna. Najczęściej z wyboru. Co czwarty umiera w samotności. W filmie tę sytuację komentuje właśnie Zygmunt Bauman, wskazując na błąd w założeniu szwedzkich socjologów: "Nie brak problemów daje szczęście, ale satysfakcja, kiedy udaje nam się je rozwiązać". Relacja z drugą osobą - bez względu na to, w jaki sposób spotkaną - zawsze będzie niosła ze sobą problemy i wymagała czasu na zbudowanie zaufania. Większość z nas o tym zapomina. - Rzadko kiedy wsiadając do podarowanego nam rolls-royce’a, myślimy o tym, że trzeba będzie go tankować. Skrajna analogia, ale oddaje stan rzeczy na początku drogi odurzonych zakochaniem ludzi. 

Prawdziwy związek zaczyna się dopiero wtedy, gdy mężczyźni zamiast kwiatów zaczynają kupować warzywa - zapewnia pisarz Janusz L. Wiśniewski. Oczywiście, żeby do tego doszło, najpierw musimy się zakochać. Pisarka Roma Ligocka dodaje: - Osobę, którą jesteśmy w stanie pokochać, spotykamy w ważnych dla siebie okolicznościach. Wskutek splotu wielu przypadków - wynika to ze środowiska, w jakim się obracamy, tego, jakie mamy zapatrywania na życie, a nie z próżni. Wtedy takie spotkanie ma sens. Nie należy biegać za uczuciem, trzeba wychodzić mu naprzeciw. 

Andrzej Saramonowicz zwraca też uwagę na zmiany społeczne wynikające z kobiecej tendencji do niezależności: - Ruch emancypacyjny, który za cel obrał sobie doprowadzenie do sytuacji, w której kobiety mogą wszystko to, na co dotychczas mogli sobie pozwolić tylko mężczyźni, zmienił całkowicie strukturę społeczną. Rodzina już nie musi być priorytetem. Kobiety, które prowadzą swobodne życie, także seksualne, nie spotykają się z potępieniem. Niestety, w konsekwencji to one płacą wyższą cenę. Mężczyźni chętnie korzystają z okazji do seksu bez zobowiązań. Nowe technologie ułatwiają im znalezienie partnerek dużo od nich młodszych. Tymczasem kobiety dojrzałe w którymś momencie zaczynają mieć potrzebę stabilizacji, macierzyństwa... 

Jeśli znajdziemy się w niemal 30-procentowej dzisiaj w Polsce rzeszy osób żyjących w pojedynkę, mamy niełatwe zadanie: opanowanie lęku przed samotnością. Janusz L. Wiśniewski twierdzi, że boimy się jej panicznie. - Samotność jest cierpieniem. Jest niebezpieczna. Zmienia chemię mózgu, niszczy układ odpornościowy, często zabija. Jest rodzajem "przeziębienia duszy". Lęk przed nią determinuje wybory, decyzje, zaniechania, kompromisy. Z obawy przed samotnością wznosimy się na szczyty odwagi lub zniżamy się do największych podłości - przekonuje pisarz. W zaakceptowaniu życia w pojedynkę nie pomaga nam popkultura z wszechobecnym kultem romansu i terrorem szczęśliwego zakończenia, które oglądamy w niemal każdym filmie i serialu. Dlatego, jak mówi Roma Ligocka, niepokoi nas już samo ryzyko bycia bez partnera: - Zapewne odpowiedzialna jest za to wielka presja społeczno-towarzyska. Staliśmy się tacy towarzyscy, choć powierzchownie. Może warto być odważniejszym i uznać, że nic na siłę. 

PANI 3/2017
ANITA ZUCHORA

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje