Przejdź na stronę główną Interia.pl

Sopot, plaża, hazard i śpiew

Z​anim Sopot zyskał miano letniej stolicy Polski, zdążył być warownym grodem, rybacką wioską, letniskiem gdańskich patrycjuszy, pogorzeliskiem, uzdrowiskiem i jaskinią hazardu.

Ponad tysiąc lat temu za wałami grodu chronili się mieszkańcy okolicy podczas napadów morskich rozbójników. Rekonstrukcję umocnień zobaczymy przy ul. Haffnera 63. Kiedy już wikingowie przestali nękać Pomorzan, powstała osada rybacka. Jej założycieli raczej nie skusiła szeroka złocista plaża. Bardziej liczył się potok niosący ze wzgórz słodką wodę. To właśnie on dał nazwę miejscowości, bo słowo sopot niegdyś w wielu językach słowiańskich oznaczało strumień. Dodatkowym atutem był bujny las na polodowcowych wzgórzach (obfitość opału i drewna do budowy chałup oraz łodzi). W XVI iXVII w. wznosili tu swoje wille bogaci kupcy z Gdańska. Rosyjscy żołnierze w czasie wojny północnej w 1734 r. obrócili te wszystkie dworki i pałace w dymiącą kupę popiołów. 

Reklama

Żandarm na kąpielisku

Trzeba było kilkudziesięciu lat, żeby miejscowość dźwignęła się z ruin. W końcu XVIII w. rezydencję wzniósł tu ziemiański ród Sierakowskich. Dworek, cudem zachowany do dziś, jest ośrodkiem życia kulturalnego. Odbywają się tu koncerty muzyki kameralnej i spotkania literackie. Nową epokę, tym razem uzdrowiskową, otworzył w dziejach Sopotu były chirurg armii napoleońskiej Jean George Haffner. Pochodzący z Alzacji medyk wykorzystał modę na leczenie morskimi kąpielami (ciepłymi w wannach i zimnymi w plenerze). Te drugie były na początku XIX w. kłopotliwym przedsięwzięciem, gdyż mężczyźni wchodzili do morza nago, a kobiety w lnianych tunikach (specjalne stroje pojawiły się dopiero pod koniec stulecia). Żeby uniknąć oskarżeń o niemoralność, surowo przestrzegano separacji płci, a kąpielisko otoczono wysokim parkanem. Prywatności kuracjuszy strzegli żandarmi, odganiający gapiów. Nawet rybacy musieli opływać zastrzeżony teren z dużej odległości. 

Pod koniec XIX w. nazywano Sopot Riwierą Północy, a goście przybywali tu z Berlina, Petersburga i (najliczniej) z Warszawy. I wojna światowa przyniosła kryzys, który władze miasta próbowały przezwyciężyć w latach 20. Jednym z pomysłów było uruchomienie kasyna. Wywołało to spore zamieszanie. Moraliści rzucali gromy na jaskinię hazardu, co oczywiście nic nie dawało, bo już w drugim roku funkcjonowania kasyno miało blisko 30 tys. klientów. Połowę stanowili goście z Polski. W latach 30. resort finansów oszacował, że rocznie tracą oni w Sopocie 15 mln zł, a że stosunki z Wolnym Miastem Gdańskiem były coraz gorsze, postanowiono przerwać wypływ pieniędzy z kraju. Od 1936r. osoby podróżujące do Wolnego Miasta mogły wywieźć tylko 100 zł. Wystarczało to na opłacenie pobytu wypoczynkowego, ale nie na szaleństwa w kasynie. Jego właściciele zdążyli jednak wcześniej zarobić tyle, że zyski zainwestowali w budowę największego, najbardziej luksusowego hotelu - dzisiejszego (od 1946 r.) Grandu. O jego dywanach, żyrandolach i stylowych meblach krążyły legendy.

Miasto gwiazd

Po wojnie Sopot, stosunkowo mało zniszczony w porównaniu z Gdańskiem, szybko awansował na letni salon Warszawy. Splendoru przysparzał mu od lat 60. międzynarodowy festiwal piosenki. Przyjeżdżano tu specjalnie po to, żeby zobaczyć zagraniczne gwiazdy. Dostarczały one nie tylko wrażeń artystycznych, ale i tematów do plotek. Francuska piosenkarka Nicole złamała nogę na scenie. Wbiegła z takim impetem, że pośliznęła się. Znoszono ją ze sceny, a ona jeszcze śpiewała. Wokalistka z Belgii nie wytrzymała napięcia przed występem. Kiedy zobaczyła morze głów na widowni, po prostu zemdlała. Charles Aznavour z kolei nie mógł się doczekać na swój występ. Piosenkarkę, która śpiewała przed nim, przyjmowano tak gorąco, że występ francuskiego gwiazdora opóźnił się o godzinę. Aznavour szalał za kulisami, groził zerwaniem kontraktu, krzyczał, że takie poniżenie nigdy jeszcze go nie spotkało. 

W 1970 r., podczas dziesiątej edycji festiwalu, główną nagrodę przyznano piosenkarzowi z Kanady Robertowi Charlebois. Był on tak zaskoczony i uradowany, że... ofiarował dyrygentowi Henrykowi Debichowi własny zegarek. Zdumiony dyrygent wykazał się refleksem, zdjął z ręki i przekazał piosenkarzowi swój zegarek. Prawdziwie gwiazdorskie kaprysy zaprezentowała Whitney Houston. Zażądała specjalnej garderoby zbudowanej na scenie, dojazdu i wyjazdu z Opery Leśnej drogą ewakuacyjną z dala od ludzi. Jeszcze na kilkanaście godzin przed koncertem nie była pewna, czy chce przyjechać do Sopotu i wypytywała swojego menadżera, czy nie da się tego uniknąć. Zażądała zarezerwowania dla swojego otoczenia większości miejsc na widowni. Publiczności kazała na siebie czekać godzinę. Gdy w końcu pojawiła się na estradzie, miała na sobie gruby wełniany płaszcz, dżinsy, skórzane rękawiczki i szalik. Demonstracyjnie chuchała, by wskazując na obłoczek pary, pokazać, jak potwornie zimno jest na scenie. W trosce o głos nie zaśpiewała swoich największych przebojów. 

Inna rzecz, że pogoda jak na złość w czasie jej występu rzeczywiście była prawie arktyczna, bo po deszczu temperatura spadła do 12 st. C. Gdy nie było prawdziwych kaprysów, wymyślano je. Twierdzono na przykład,że Demis Roussos żądał łóżek wodnych w hotelu i to w dodatku okrągłych, podczas gdy naprawdę chodziło mu o apartament z klimatyzacją. Zresztą w czasie występu Roussos wykazał się sporą odpornością na niedogodności i zdolnością do improwizacji. Na scenie wybudowano specjalny wybieg dla wykonawców, ale zapomniano przy tym, że mają mikrofony podłączone przewodami o ograniczonej długości. Demis przez chwilę szamotał się z za krótkim kablem, po czym odstawił mikrofon i odtańczył z prowadzącą koncert Ireną Dziedzic walca.

7/2016 Nostalgia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje