Przejdź na stronę główną Interia.pl

"Słoiki" jadą do domu

Miasta są dla nich ziemią obiecaną. Tu jest praca, rozwój, prestiż. Osoby z małych miejscowości żartobliwie nazywane "słoikami" jadą po szczęście. Kim się stają? Odcinają się od prowincji jak Marta? Tęsknią za nią jak Lidka? A może jak Renata wciąż nie wiedzą, co odpowiedzieć na pytanie: "skąd jesteś?". Wakacyjne powroty do domu dają okazję, by o tym pomyśleć. Zrobić bilans zysków i strat.

Marta, 28 lat, do Warszawy przyjechała z 20-tysięcznego miasta O. na Warmii.

Reklama

"Mamo, litości, ja to załatwię" - Marta przejmuje komórkę, jest zła, że matka tłumaczy się, dlaczego nie chce kupić kompletu garnków. "Miła dziewczyno, wykreśl ten numer z listy, jeśli zadzwonisz znowu, oskarżę cię o nękanie".

Załatwione, Marta uśmiechnięta, mamie głupio. Tak chyba nie można. Można, można. "Ale Anuli jutro nic nie mów, dobrze?" - łagodnie prosi mama. Dziś były w warzywniaku, sprzedaje tam córka sąsiadki. Arbuz okazał się zgniły, Marta się wściekła. Ale nie zrobi mamie "obciachu", z Anulą chodziła do gimnazjum. Koleżanka była podobna do Victorii Beckham, teraz przypomina Adele.

A Marta ma w garderobie w mieszkaniu na Powiślu trzy garnitury w rozmiarze 36. Pracuje jako menedżer do spraw kontaktów z azjatyckim partnerem na siódmym piętrze biurowca w Mordorze. "Co za mordor, nic nie rozumiem?", dopytywała mama. Marta się uśmiechnęła. Jak im to wytłumaczyć? Mordor jest zaprzeczeniem prowincji. Dress code, szybkie windy, dieta pudełkowa, wyzwania, anglojęzyczni szefowie, premia, za którą można jechać do "Kuala".

Gdy Marta powie Anuli, że była w Kuala, czy koleżanka zrozumie? Marta nie wspomina więc ani o urlopie w Malezji, ani nie zrobi awantury o arbuza. Też jest stąd. Nie chce nikogo ośmieszać, tym bardziej zawstydzać. Kiedyś nie znała nazwisk Rothko i Lutosławski. Teraz zna, bo się zawzięła, że przeskoczy standardy małego miasta. Zrobi karierę, udowodni sąsiadom, że córka alkoholika może być kimś.

W firmie już ma własne miejsce na parkingu i telefon bez limitu. Ale teraz przyjechała odpocząć do mamy. Właściwie wygonił ją szef, Marta musi zresetować mózg po zamknięciu projektu. Niech już mama zrobi naleśniki z marmoladą, niech młodsza siostra Paulina opowie, co się dzieje w M jak miłość. Zdaniem Marty siostra wierzy, że Mostowiakowie istnieją naprawdę. I to ma swój urok.

Chcieć więcej

- Robiłam równolegle dwa kierunki studiów, byłam na stażu w Stanach. Zawsze chciałam wyrwać się do Warszawy, duszę się w mieście, które ma czterdzieści dwie ulice, policzyłam - opowiada Marta.

Jej świat jest w stolicy. Plany na przyszłość, fryzjer, ginekolog i wspólny ogródek przed domem, sąsiedzka kooperatywa. Marta posadziła hortensję i krzaczki lawendy.

- Odwiedzam rodzinne miasto raz w miesiącu. Przyjeżdżam na święta i wesela koleżanek. Ale nic mnie nie zmusi do powrotu. Co mnie tu wkurza? Powszechność pytania: a po co? - mówi Marta.

Teraz, kiedy wypoczywa u mamy, wybiera się z nią na złote gody (Boże, kto dzisiaj tak mówi?) wujostwa. Na tę okazję przywiozła mamie prezent, żakiet od Donny Karan. Mama okręca się przed lustrem. No ładne, tylko może za skromne, za proste? "Wyglądasz super", Marta się spina.

"Ale po co się, córuś, tak wykosztowałaś?", pyta mama. A Marta burczy: "Żebyś wyglądała inaczej niż ciotki-klotki w falbanach". Irytuje ją, że mama zadowala się ubraniami z bazarku. I tylko skubnęła sushi przywiezione z Warszawy. Dlaczego jest przeciętna? "Zapisz się na angielski, na plebanii jest kurs dla seniorów", zachęcała.

"Ale po co? Ja już się nigdzie nie ruszę, nie dla mnie wojaże", mama pogładziła ją po policzku. "A dlaczego nie? Wiesz, ilu Niemców, Włochów czy Węgrów w twoim wieku zwiedza świat? Zasłużyłaś choćby za to, że tyle lat wytrzymałaś z mężem pijakiem", złości się Marta.

"Paulina, przekonaj matkę, żeby pojechała chociaż na wycieczkę do Rzymu. Zawsze marzyła, żeby zobaczyć Watykan", prosi. "Ale po co, mama lubi siedzieć na działce", siostra wzrusza ramionami. Na rodzinną uroczystość mama wkłada żakiet, ale zdejmuje go szybko, "żeby nie ubrudzić".

Didżej rozkręca zabawę, w rytm biesiadnej muzyki tańczy nawet wujostwo. Potem kuzyni Marty rozmawiają o walce bokserskiej ich idola Popka i aucie, które jeden z nich sprowadził z Niemiec. "Marta, jaką bryczką jeździsz?", przysiada się sąsiad. Pachnie piwem i potem.

Och, Karol...

Paulina jest młodsza od Marty, ma dwoje dzieci. Czasem siostry siadają wieczorem w ogrodzie ich rodzinnego domu, otwierają dereniówkę. Jak teraz, kiedy Marta musi się napić, bo zaczyna ją nosić.

Do wyjazdu trzy dni, a ona myślami jest w biurze. Tęskni do kawy w tekturowym kubku, rozmów o strategii i poziomie ryzyka. Znudził jej się luz wyciągniętych T-shirtów z podobizną Johna Bon Joviego. Nuży poranne bieganie między domkami znajomych.

Siostra pyta o facetów. "Już byś mogła kogoś przedstawić. Mówią, że jesteś homo albo nikt cię nie chce", chichocze. To miał być żart, Marta próbuje w to uwierzyć. Czy teraz będzie o Karolu? "A Karol wciąż kawaler", uśmiecha się siostra. To pupil mamy, upatrzony kilkanaście lat temu na męża Marty.

Ma gospodarstwo agroturystyczne, traktor z dopłat, jest dowódcą brygady w straży pożarnej. "On by ci nieba przychylił", Paulina mruży oczy. I co z tego? Karol ma tatuaż na łydce, czerwieni się i sapie.

Warszawscy koledzy Marty wyglądają młodziej. Noszą włoskie koszule i taliowane marynarki. W portfelu mają karnet na squasha, złote karty i zgodę na pobranie organów. Pewni siebie, kreatywni mężczyźni. To Marcie imponuje.

- Super, że ktoś gasi pożary. Ale nie mogłabym być z facetem, który spędza sobotę przy grillu i telewizji - mówi. Czasem jej smutno, że żaden z mężczyzn  w taliowanej marynarce nie zaprasza jej na kolację. Zazdrości, że Paulina ma męża, który nie uprawia sportu, ale potrafi przenieść ją na rękach przez groblę na tutejszym stawie. Ale to zazdrość chwilowa. Ulatuje, kiedy Marta mija tablicę z napisem  "Warszawa. Miasto stołeczne".

- Tu jest życie - twierdzi. Teraz już wyjeżdża z O. Mama pakuje bigos w hermetyczne pudełko. Nawet bigosu Marta ma dość, ale cieszy się, że mama kupiła pudełka i nie trzeba będzie wkładać słoików między ciuchy. Raz zniszczyła w ten sposób sweter z alpaki. Siostra całuje ją na pożegnanie. Marta się wzrusza, mówi: "Przyślę twoim dzieciakom crocsy na lato". 

Paulina macha ręką: "Ale po co? Kupiłam podróbki na kiermaszu".  I Marta czuje, że już chce być z powrotem w domu na Powiślu.

Lidka, 29 lat, pochodzi z 9-tysięcznej miejscowości B. na Pomorzu, pracuje w stolicy.

"Lidziu, weź rower, to daleko", radzi ojciec, wychylając głowę ze szklarni. Lidka ma odebrać lekarstwo  dla mamy, do apteki idzie się kwadrans. Jakie "daleko"?  Lidka lubi chodzić po swoim miasteczku. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby nie spotkała koleżanki, kogoś  z rodziny.

A teraz, kiedy jest w B. od tygodnia, zna też codzienne sprawy jego mieszkańców. Weronika, z którą tańczyła w zespole, urodziła dziewczynkę. Przyjaciel ojca, który był instruktorem Lidki na kursie  prawa jazdy, wygrał czwórkę w lotto, sto dwadzieścia złotych. Z pubu zrobili szmateks, z drogerii salon gier. Dyrektorka ZUS-u złamała nogę, syn jej radzi, żeby ubiegała się o odszkodowanie,  bo do wypadku doszło w lokalnym supermarkecie.

- Uwielbiam tę skalę problemów. To, że ludzie porozumiewają się normalnym językiem i nie mają deadline’ów  - uśmiecha się Lidka. W pracy mówi "fakap" i "brejnstorm". A wczoraj przyjaciółki z czasów gimnazjum zwołały zebranie, bo jedną zdradził facet i trzeba  było zrobić burzę mózgów, a nie "brejnstorm". Spotkały się  w kawiarni Malinowy Zakątek, Lidka ma wrażenie, że tutaj wszystko ładniej się nazywa, pachnie.

- Lubię zapach klombów na rynku, pastowanej podłogi  przed wizytą księdza. Jestem małomiasteczkowa i nie wstydzę się tego - opowiada. Pracuje  w zachodniej korporacji, na studia ekonomiczne dostała się jako laureatka olimpiady matematycznej. "Wybierz Warszawę, tu się uziemisz", powiedziała jej w klasie maturalnej wychowawczyni.

Nie musiała namawiać, bo Lidka wiedziała, że na dom i kawiarnię, o której marzy, zarobi tylko poza B. Postanowiła, że w Warszawie pozostanie sobą. Przyniosła do biura własnej roboty ciasto z rabarbarem. "Grasz przed szefową idealną panią, lizusko?", syknęła w biurowej kuchni koleżanka. I Lidka mogła się speszyć. Ale nie miała zamiaru.

"Nic ci do tego, masz takie wyniki sprzedaży, że nawet hurtownia ciast ci nie pomoże", zaśmiała się szyderczo. Takiej siebie nie lubi.  Ale nie ma wyjścia, musi walczyć. Na przykład, żeby mieć na drogie lekarstwo dla mamy. Idzie do apteki z wiklinowym koszykiem i cieszy się, że w swoim miasteczku  nie musi nikogo udawać.

Czuję się tutejsza

Na parterze liceum Lidki wisi tablo jej klasy za szkłem, oprawione w srebrną ramę. Lidka lubi wstępować do szkoły, ale ponieważ bywa w B. w weekendy, drzwi zastaje zamknięte.

Teraz przyjechała na dłużej. Mama ma operację, tata narzeka na serce, córka jedynaczka chce pomóc. "A nie możesz wynająć opiekunki? Stać cię", prychnęła koleżanka w firmie. Stać ją, ale woli sama zadbać o rodziców. "A jak cię ta hiena wygryzie?", powiedziała druga koleżanka. Dla Lidki są sprawy ważniejsze niż praca.

Jej jedyna przyjaciółka z korporacji Kinga uważa co innego: "Albo się trzymasz stołka, albo ci go wyciągną spod tyłka", powtarza. Kinga skończyła prestiżowe warszawskie liceum. Lidka nie zazdrości jej wyścigu szczurów od zerówki.  Stoi teraz przed swoim tablo  i jest wzruszona.

- Liceum to był najlepszy czas. Miałam przyjaciół  i nauczycieli, którzy we mnie wierzyli. Im zawdzięczam pewność siebie. No i harcerstwu! - mówi. Zdjęcie w mundurku postawiła  na biurku w pracy. Nie przejmuje się uwagami w stylu: "Trzeba odwiedzić X w szpitalu, pewnie druhna Lidia podejmie się tego zadania?". Lidka i tak poszłaby do X, bo jest miła i jako jedna  z nielicznych menedżerek potrafi powiedzieć: zrobiłaś to świetnie.

- W mojej korporacji nie ma chwalenia. Jest premia, ale nie ma ciepłego słowa - opowiada Lidka. Dlatego lubi być w miasteczku, gdzie w drogerii słyszy: "Lideczko, wiem od twojej mamy, że wygrałaś konkurs. Gratulacje!". Czy: "Pani Lidko, mamy warsztaty biznesowe dla dzieciaków, może by pani wystąpiła?". Tu są z Lidki dumni. Ktoś pochwali sukienkę, fryzurę, inny powie, że czytał o niej  w internecie. Nie jest przezroczysta.

- W Warszawie mieszkam  w mrówkowcu, noszę takie same ubrania jak koleżanki, w metrze wpatruję się w tunel za oknem jak wszyscy. Na obrzeżach B. jest łąka. Teraz kwitną tam maki i chabry. Kiedy w Warszawie mi źle, zamykam oczy i widzę czerwone  i błękitne punkciki na tle zieleni  - wyznaje.

Nie zadzieraj nosa!

Podczas kolejnego spotkania w Malinowym Zakątku Lidka opowiada o zabiegu fish pedicure. Była, ale nie poleca, dziwne i nieprzyjemne. Ale przyjaciółki chciałyby spróbować. Czy liczą, że zaprosi je do Warszawy?

- Nigdy tego nie zrobię. Wynajętego mieszkania na Sadybie nie uważam za dom, nie przyjmuję tam gości - opowiada. Na spotkaniu wymijająco zmienia temat, czuje się nieswojo. Wykręciła się, pomyślą, że zadziera nosa. Warszawianka. A jaka tam  z niej warszawianka? Niedawno zadzwoniła córka znajomej mamy: "Pani Lidko, czy pani załatwi mi wizytę u neurologa? Pani tam  na pewno kogoś zna". Otóż nie zna. Dlaczego wszyscy uważają, że Lidka im coś załatwi? I skąd kobieta ma jej numer?

- Wściekłam się  na mamę, że dała mój telefon, powiedziałam parę słów za dużo - wspomina Lidka. Było jej przykro, że mama westchnęła: "Zmieniła cię Warszawa, córeczko". A Lidka przecież nie chce się zmieniać. "Oj, nie trąb, to Marek, pamiętasz Marka, listonosza?", mityguje ojciec z siedzenia pasażera, gdy jadą do marketu. Marek miał  ją z prawej, powinien ustąpić.  Ale tu się nie trąbi na znajomych. Lidka już o tym nie pamięta.

Złości się, kiedy mama po operacji chce dać pielęgniarce praliny  "do kieszonki". Albo gdy przyjaciółki dziwią się, po co daje napiwek kelnerce.

- Mam warszawskie "skrzywienia", jednak w miasteczku chcę być uważana za swoją - mówi Lidka. Zamierza otworzyć tutaj kawiarnię. Wróci, bo rodzice się starzeją. "Córeczko, nie odnajdziesz się tu, nie wracaj", przekonuje mama. "Na wakacjach jest przyjemnie, jesienią zwariujesz z nudy", dodaje tato. Faktycznie, może B. by ją rozczarowało?

Powiedziała rodzicom, że Kinga, jej warszawska przyjaciółka, jest lesbijką. "A przyjedzie tutaj?", zaniepokoiła się mama. "Jak tak, nikomu nie mów, że ona taka. I oby tylko tej drugiej ze sobą nie wzięła", wyrwało się tacie. Lidka zaniemówiła. Przyszło jej do głowy: ciemnogród. Wtedy pomyślała, że może jest od tego miejsca dalej, niż sądzi. Może powrót to romantyczna utopia?

Renata, 34 lata, przyjechała do Warszawy z 18-tysięcznego miasta H. na Lubelszczyźnie.

Michał zostaje, Renata z ich synem Kacprem jadą do babci na trzy tygodnie. Tak długiego urlopu Renata nie miała od dawna. Musi odpocząć. Na wiosnę dwa razy miała zapalenie oskrzeli z powodu alergii, a w pracy dostała ostrzeżenie, że się nie stara. No i miło będzie spędzić czas z mamą.

Renata sprawdza listę, czy zabrała wszystko dla Kacpra? Nie ma adidasów i swetra, ale to kupi na miejscu. W H. jest taniej, "Tu zarabiać, tam wydawać", wzdycha często Renata. Jest dietetykiem.

"Biznes z dostarczaniem posiłków do domu musi się udać. Ludzie w Warszawie mają hopla na punkcie zdrowego jedzenia, zarobimy krocie", dziesięć lat temu zachęcała koleżanka z roku. - Zaproponowała mi spółkę. Opowiadała kwieciście, oczarowała tym moją mamę, która całe życie pracowała w biurze i marzyła, że będę miała lepiej - wspomina.

"Jedź, to szansa. Jak się nie uda, wrócisz", mama była optymistką. "Nie uda się. Renata jest za mało przebojowa", orzekła ciotka. No to się zawzięła. - Po roku spółka się rozpadła, ale dostałam propozycję z dużego szpitala i zostałam w Warszawie - opowiada. Dziś jest żoną Michała, anestezjologa, ich syn Kacper ma siedem lat. Dobrze się uczy, lubi sport. Cieszy się, że u babci pogra w piłkę z kumplami, ma ich w H. wielu, bo Renata często zabiera go do rodzinnego miasta.

Tęskni za tym miejscem. U mamy wciąż ma swój pokój. Książki, zdjęcia, w szafie kilka za ciasnych sukienek. Azyl. Kacper lubi spać w sypialni babci na dmuchanym materacu, Renata zaszywa się pod ukochanym kocem w kratę. Nie mają do niej dostępu złośliwa szefowa, pani z banku, która mówi o debetach, ani piękna neurolog, która - podobno - ustawia grafik dyżurów pod męża Renaty. Dość plotek, dość stresu, Renata się zresetuje.

Będzie gotować, zrobi porządek w ogródku, odwiedzi znajomych. Rano sąsiadka spotkana w piekarni pyta: "Jak leci w Warszawie?", a ona odpowiada: "Genialnie". To jest kłamstwo, ale przecież wraca tu jako kobieta sukcesu. Musi trzymać fason.

Był z nią wywiad w lokalnej gazecie, mama z dumą opowiada o jej małych osiągnięciach, które w H. są duże. Udział w konferencji w Londynie? To jest coś! Dla Renaty nie jest. Ma już inne wyobrażenie sukcesu. Może to ją gubi?

Była na zjeździe absolwentów piętnaście lat po maturze. Większość koleżanek i kolegów została w miasteczku. Dziewczyny nie były modnie ubrane i nie miały ładnych fryzur. Ale wydawały się zadowolone. Jedna ma kwiaciarnię, druga pracuje w księgarni, trzecia jest żoną przy mężu biznesmenie, kolejna prowadzi firmę. Chłopaki pracują w zakładzie drzewnym, któryś jest współwłaścicielem stacji benzynowej.

- Nie wyczułam w nich przytłoczenia prowincją. Zastanawiałam się, czy nie kłamią - wspomina Renata.

Ty to masz szczęście...

Bo czy można być zadowolonym z życia w małym mieście? Z niedużych zarobków, ze stabilizacji, która wieje nudą, z tego, że wieczorem nie ma dokąd pójść, a przygodą jest wyprawa "do miasta" po garnitur?

- Zadaję sobie to pytanie od lat. Warszawa mnie rozczarowała, ale nie mam odwagi zaryzykować powrotu - mówi. Skąd rozczarowanie? Renata wylicza: nie zarabia więcej niż koleżanka, właścicielka kwiaciarni w H. Michał ma dobrą pensję, ale rzadko bywa w domu, a większa część zarobków idzie na spłatę kredytu. Mieszkanie jest na Bemowie, oboje długo jadą do pracy w centrum. Michał autem w korkach, ona autobusem. Znajomych mają niewielu, Renata rzadko zaprasza ich na kolacje, bo woli spędzać weekendy w H., świąt nie robiła w Warszawie nigdy.

Czym jest więc dla niej to miasto? Przereklamowaną obietnicą. "Masz super, twój syn może trenować na Legii. Może iść do kina, do filharmonii, a jak moja Kasia jechała z klasą do teatru, nie mogła poprzedniego wieczoru zasnąć", przekonuje kuzynka, która zaprosiła ją na grilla. "No i stać cię na więcej, nie musisz się martwić, że ci brakuje na wakacje", dodaje druga.

Renata nie powie prawdy, że brakuje jej nawet na kupno letnich opon. Już wiele razy musieli z Michałem pod koniec miesiąca pożyczać.

- Wtedy otwieram zamrażarkę i dziękuję Bogu, że przywiozłam od mamy zapasy. Pomoc emerytki z prowincji ratuje tyłek nam, warszawiakom. Kosmos wielkiego miasta - Trzeba mieć punkt odniesienia, wiedzieć, skąd się jest - mówi Renata. Siebie nie potrafi określić.

W piątkowy wieczór z podziemnego parkingu pod ich domem wyjeżdżają auta z rejestracją lubelską i podlaską. "Mama, słoiki pojechały do domu, idziemy poszaleć na deskorolce", cieszy się Kacper i Renata czuje się warszawianką. "Pani Renato, widziała pani, znowu zatrudnili  za pół stawki tych z Hajnówki,  a nasze dziewczyny bezrobotne", narzekała jedna ze szpitalnych kucharek. Miała ochotę zrobić jej awanturę.

- Czuję solidarność  z ludźmi, którzy tu przyjeżdżają. Wiem, jacy są zdeterminowani. Wielkie miasta rozwijają się dzięki nim, bo kto kupuje większość mieszkań w stolicy? Słoiki - mówi Renata.

Michał przyjechał  z warmińskiej wsi. Nie wyobraża sobie przeprowadzki. Kocha go, więc wmawia sobie: nieważne gdzie, byle razem. Mama powtarza: "Jestem z ciebie dumna, córeczko",  i Renata nie chce pozbawiać jej złudzeń.

- Czuję się zakładniczką tego układu. Czasem wydaje mi się, że w H. byłoby nam lżej, mielibyśmy dla siebie czas, zwolnilibyśmy tempo. Ale wcale nie jestem tego pewna - mówi poważnie. W trzecim tygodniu pobytu u mamy zastanawia się, czy tęskni za mieszkaniem  na Bemowie? Tak. Sąsiadów nie lubi, ale podoba jej się ładny budynek. W H. domy są zaniedbane, stare, a Renatę fascynuje wielkie miasto, centra handlowe, biurowce, teatry, nocne życie. Wie, że tu jej syn będzie miał szkołę, uczelnię, pracę.

Teraz gra  w piłkę z małymi sąsiadami babci. Wyglądają podobnie, ale wczoraj tylko Kacper wiedział, jak działa teleskop. Chodzi na zajęcia  do obserwatorium, a w H. obserwatorium nie ma. 

- Muszę tylko zadbać o to,  żeby syn wymawiał słowo "słoik"  z szacunkiem - mówi Renata.

AgnieszkA Litorowicz-Siegert

 Twój STYL 8/2017

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje