Przejdź na stronę główną Interia.pl
Ślad na całe życie

Rozmowa z Jackiem Bieńkuńskim - specjalistą od badań wariograficznych

Jeśli system nerwowy nie ulegnie chorobie, ani urazom, to - jeżeli człowiek zabił - ślad zostaje na całe życie. Tego nie da się wyrzucić, przestawić na inną półkę. On tkwi – mówi mgr Jacek Bieńkuński, specjalista od badań wariograficznych.

Monika Szubrycht: Bada pan ludzi poligrafem od wielu lat. Czy widząc człowieka czuje pan, że będzie kłamał?

Reklama

Mgr Jacek Bieńkuński: - Powiem krótko na czym polega badanie wariograficzne. Nie zajmuję się wykrywaniem kłamstw. Powtarzam zawsze, że z tym wysyłam do wróżki albo do psychologa, ponieważ badania wariograficzne są jedną z metod identyfikacji kryminalistycznej, a kryminalistyka w szerokim tego słowa znaczeniu zajmuje się śladami. W tym przypadku śladami pamięciowymi. Celem takiego badania jest zawsze ustalenie, czy u osoby wytypowanej do badania w świadomości, inaczej mówiąc w pamięci, są zarejestrowane ślady pamięciowe związane z jakimś zarzucanym czynem.

- Przyjęło się, że to jest wykrywacz kłamstw. Mówimy jednak o śladach pamięciowych, ponieważ są testy w wersji milczących odpowiedzi, gdzie osoba słucha tylko pytań i nie odpowiada. Reakcja wyróżniająca zaistnieje w sytuacji, kiedy człowiek w sposób zamierzony i świadomy ukrywa swoją wiedzę. Ustalam więc ślady pamięciowe związane z emocjami czy przeżyciami dotyczącymi jakiegoś zdarzenia, a nie czy ktoś mówi prawdę czy kłamie.

Urządzenie, z którym pan pracuje, to poligraf. Dlaczego nazwa wariograf jest bardziej rozpowszechniona?

- Mogę używać obu określeń zamiennie i każde będzie poprawne. Natomiast na całym świecie to urządzenie nazywane jest poligrafem. W Polsce przyjęła się nazwa wariograf, ponieważ jeden z profesorów kryminalistyki z Uniwersytetu Warszawskiego w latach 60. przywiózł ze Stanów taki przyrząd, ale żeby nie kojarzono go z przemysłem poligraficznym, zmienił nazwę na wariograf. Od tego czasu na wyższych uczelniach prawa przyjęto wariograf i tak już zostało.

Od kogo zlecenia otrzymuje pan najczęściej: z policji czy od osób prywatnych?

- Kryminalistyką zajmuję się praktycznie całe życie. Od ponad 20 lat przeprowadzam badania na wariografie, najczęściej na rzecz organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Zajmuję się tą sferą badań, ponieważ w wyjaśnianiu spraw kryminalnych nie uczestniczy jeden człowiek z "walizeczką" czy poligrafem, a pracuje cały zespół. I jest to sztab ludzi powołanych do wyjaśnienia danego zdarzenia, czyli prokuratorzy, policjanci dochodzeniowi, kryminalni, technicy kryminalistyczni itd.

- Dzięki skoordynowanej pracy ich wszystkich osiąga się niejednokrotnie sukcesy, też w sprawach, które były w przeszłości umorzone i niewyjaśnione. Uczestniczę w tych sprawach dlatego, że mam świadomość, że moje wyniki będą weryfikowane przez osoby, które prowadzą śledztwo i będę mógł sprawdzić, na ile moje oceny potwierdzają się z innymi dowodami. Krótko mówiąc: czy moje ustalenia były trafne. Końcową oceną jest orzeczenie sądowe. Natomiast nie unikam badań tzw. komercyjnych na rzecz instytucji państwowych czy firm prywatnych, choć i one najczęściej dotyczą spraw kryminalnych.

To znaczy?

- Niejednokrotnie bywa tak, że na terenie firmy coś zostało skradzione i pracodawca -  oczywiście zgodnie z literą prawa - zgłasza to organom ścigania. Ale bywa i tak, że sprawy właścicieli firm są bagatelizowanie i pracodawca zostaje sam ze swoim problemem. Po pierwsze jest duża strata w mieniu, towarze, albo giną pieniądze, po drugie szef wie, że wśród załogi jest jakaś osoba nieuczciwa, a on musi ją nadal zatrudniać i opłacać. Jeżeli właściciel firmy nie podejmuje żadnych działań, sprawca widząc, że jest bezkarny, rozzuchwala się jeszcze bardziej. Czasem wciąga on innych do tego procederu, więc tworzą się grupy przestępcze, narażając firmę na bardzo poważne straty mogące doprowadzić ją do likwidacji. Kiedy zgłasza się pracodawca jadę i zapoznaję się ze sprawą. Przeważnie jest tam już duża grupa osób, wstępnie wytypowana do takich badań.

Duża grupa osób, to ile?

- To zależy od firmy. Robiłem badania w firmach kurierskich, gdzie w magazynach było zgromadzonych tysiące sztuk różnych urządzeń elektronicznych. Rynek nie był wtedy jeszcze w pełni zaspokojony, co sprzyjało kradzieżom i wynoszeniu sprzętu. Bywało, że docelowo miałem do przebadania około 100 ludzi. Przebywałem tam dwa tygodnie i sukcesywnie starałem się wytypować, kto jest nieuczciwy w stosunku do pracodawcy. I to niejednokrotnie się udawało. Bywało i tak, że pracodawca, który mnie zatrudniał był w szoku, bo nie wierzył, że ma tylu nieuczciwych pracowników.

Może pan powiedzieć o wynikach takich badań?

- Pewnego dnia zadzwonił do mnie szef firmy trudniącej się sprzedażą i serwisem samochodów. Powiedział, że ostatnio trzykrotnie został okradziony. Najpierw zginął mu nowy laptop, ale nie zareagował. Uznał, że to dla niego niewielka strata. Jakiś czas później pozostawił na biurku pieniądze z utargu - powyżej 10 tysięcy - i gdzieś wyszedł, a kiedy wrócił 4,5 tysiąca już nie było. I znów nie zareagował we właściwy sposób. Do policji zwrócił się dopiero, kiedy z mieszkania zginęło mu ok. pół miliona złotych. O tym, że brakuje takiej kwoty zorientował się po miesiącu, bo wcześniej nie zaglądał do sejfu. Zgłosił to na policję, ale ta po przyjeździe na miejsce uznała, że włamania nie było i się tym nie zajmą. Choć powinni bez względu na to, czy włamanie było, czy nie. Przedsiębiorca widząc, że ze strony organów ścigania nie uzyska wsparcia, znalazł mnie w Internecie i zadzwonił z prośbą o pomoc. Właściciel firmy podejrzewał swojego brata i siedmiu pracowników, którzy mieli dostęp do jego mieszkania.

Który był winny? 

- Okazało się, że wszyscy z tych pracowników to złodzieje i każdy wynosił bezprawnie to, do czego miał dostęp. Jedni stare części do samochodów, inni nowe, jeszcze inni dobra zgromadzone w firmie - każdy coś sobie przywłaszczył. Trudno się bada taką grupę, bo każdy reaguje na hasło "kradzież". Trzeba zadać trafne pytania i profesjonalnie przygotować testy, aby odróżnić inne kradzieże od sprawy zasadniczej - w tym wypadku kradzieży gotówki - około pół miliona złotych. W wyniku badań stwierdziłem, że w tej grupie jest osoba, która dopuściła się tej kradzieży. Był to uczeń przyjęty na praktykę, który wiele zawdzięczał właścicielowi firmy. Miał do niego duże zaufanie, wspierał jego rodzinę, załatwiał członkom tej rodziny pracę. Przez myśl mu nawet nie przeszło, że ten młody człowiek, któremu pomógł w uzyskaniu posady i możliwości zarobkowania może okazać się do tego stopnia niewdzięczny i nielojalny. 

- Moja rola się skończyła na wytypowaniu i wskazaniu winowajcy. Chciałem zostawić sprawę policji i wracać do Warszawy, ale uległem namowom szefa firmy i okazałem badanemu wydruk jego reakcji, aby sam je zinterpretował. Po obejrzeniu tego zapisu i chwili namysłu samoistnie przyznał się do trzech kradzieży, w tym poszukiwanej gotówki. Przy tym złożył przy mnie stosowne pisemne oświadczenie, w którym zadeklarował, że pieniądze te natychmiast zwróci, ponieważ nie zdążył ich wydać. Było to dla niego najlepsze rozwiązanie, ponieważ szef obiecał mu, iż nie będzie tego oficjalnie zgłaszał policji i uniknie odpowiedzialności karnej.

- Na zlecenie policji z Wrocławia robiłem inne badanie. W czasie konwojowania miliona dolarów z niemieckiego banku pieniądze zniknęły. Było pięciu konwojentów. Dwóch zaginęło, a trzej pozostali twierdzili, że zostali przez kogoś przytruci sałatką. Stracili kontrolę i nie wiedzieli, co się działo i gdzie są ich koledzy. Były różne hipotezy. Zakładano, że konwojenci upozorowali otrucie i zamordowali dwóch pozostałych, bo nie chcieli się przyłączyć, po czym zagarnęli kasę. W związku z tym zostali zatrzymani. Zawnioskowano badania. Po ich przeprowadzeniu wydałem ocenę, że żadna z tych osób nie uczestniczyła w przywłaszczeniu gotówki, co zostało potwierdzone również innymi dowodami. Okazało się, że dwaj pozostali konwojenci uciekli z gotówką do Monachium. Po jakimś czasie zostali deportowani do kraju i skazani, ale wywiezionej przez nich za granicę waluty nie udało się odzyskać.

Często ma pan inne zdanie, niż policja?

- Niewątpliwie bywały takie sytuacje. Będąc jeszcze w wojsku wykonywałem badania dotyczące kradzieży broni. Prokurator był przekonany, że dokonał tego jeden z wytypowanych przez niego żołnierzy. Postanowił przebadać go na wariografie, aby dowodami wzmocnić sprawę. Wynik tego badania był dla prokuratora zaskakujący, bo nie potwierdził jego dotychczasowych ustaleń - żołnierz ten nie wykazywał żadnych zmian emocjonalnych wskazujących na jakikolwiek przestępczy udział w zarzucanym mu czynie. Prokurator był zdegustowany i niezadowolony, że mu "popsułem sprawę", bo był przekonany, że jest na właściwym tropie, a tak musiał szukać sprawcy dalej. Czasami prowadzący postępowanie oczekują od poligrafera, że wskaże osobę, którą oni typują. Niejednokrotnie to sugerują. Natomiast ekspert od wariografu musi zawsze kierować się określonymi zasadami, trzymać się ich ściśle i nie ulegać żadnym naciskom czy podszeptom. To nie oznacza, że taki ekspert jest uwolniony od popełnienia w sposób niezamierzony błędu. Czasami wyniki badań są trudne do interpretacji, a należy je rzetelnie i obiektywnie zinterpretować, aby swoją końcową oceną nie wyrządzić komuś krzywdy.

- Może się zdarzyć, że ekspert, jak każdy inny człowiek, popełni błąd. Tego typu opinie nie dają więc stuprocentowej pewności, lecz element prawdopodobieństwa. O winie orzeka sąd. To on jest jedynym organem uprawnionym do wydawania takich ocen, choć i sądy czasami się mylą.

Czy jest jakaś grupa zawodowa, która częściej kłamie?

- W swojej wieloletniej praktyce, badając przeróżne środowiska zawodowe mogę stwierdzić, że najczęściej chyba kłamią politycy, którzy w okresie przedwyborczym wielokrotnie zabiegali w różnych mediach, aby wykazać poprzez takie badania swojemu potencjalnemu elektoratowi, że ich zamiary w głoszonych programach będą w pełni realizowane dla dobra społeczeństwa. Jednak praktyka życiowa pisze inne scenariusze i ta metoda badawcza powinna być wykorzystywana wyłącznie na użytek organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości.

Jakie osoby najtrudniej się bada?

- Uważam, że łatwiej jest badać osoby o wysokim poziomie inteligencji, niż osoby, które mają ograniczoną poczytalność, ale nie są chore psychicznie. Nie bada się chorych psychicznie, dlatego, że osoba poddana takim badaniom musi mieć pełną świadomość, że to, czego dokonała jest zakazane, zabronione i z tego tytułu poniesie konsekwencje karne, dyscyplinarne, czy moralne. A osoba niepoczytalna tego nie rozumie.

- Badałem sędziego sądu, który był jednym z podejrzanych o uprowadzenie 12-latka w celu zdobycia okupu. Kiedy przystępowałem do czynności procesowych o przebiegu i okolicznościach zaginięcia tego dziecka niewiele było wiadomo - poza tym, że nieoczekiwanie zaginęło. Przyczyn mogło być wiele. Mogło się samowolnie oddalić, mogło zostać uprowadzone, zamordowane - wiele rzeczy mogło się zdarzyć. Podejrzewano, że sędzia może mieć związek z uprowadzeniem, ponieważ stwierdzono, że podrzucony anonim z żądaniem okupu był napisany na jego maszynie do pisania. Człowiek ten nie spodziewał się, że ktoś będzie u sędziego szukał maszyny do pisania. Chciał się jednak wybronić z trudnej dla niego sytuacji, myśląc że jest takim spryciarzem - bo oprócz tego, że miał wykształcenie prawnicze, był hazardzistą i uważał, że jest osobą, która potrafi łgać tak, że nikt się nie zorientuje.

A to nie poker... 

- Zażyczył sobie tych badań. Z uwagi na brak szczegółów w sprawie byłem zmuszony zastosować m.in. tzw. testy szczytowego napięcia z poszukiwanym rozwiązaniem. Polegały one na tym, że pytania dotyczące tego zdarzenia były oparte na hipotezach. Żeby to opracować, musiałem włączyć swoją wyobraźnię i nabyte wcześniej doświadczenia w pracy jako oficer dochodzeniowo-śledczy, technik kryminalistyki. Pytania są bardzo ważne - jeśli będą nietrafione, pozbawiamy się możliwości zdemaskowania takiej osoby.

- Uprzedziłem sędziego, że jestem mu w stanie pomóc, przy założeniu, że nie ma żadnego związku ani z uprowadzeniem chłopca, ani z okupem. Natomiast jeżeli jest inaczej niż mówi, to go zdemaskuję i poniesie z tego tytułu konsekwencje karne. Ale był pewny siebie. Wyraził zgodę. Przeprowadziłem badanie, w wyniku którego stwierdziłem, że nie tylko chłopca uprowadził, ale też zamordował. Na podstawie testów, o których przez chwilą wspomniałem, wskazałem miejsce i rejon, gdzie chłopiec został ukryty. Tam znaleziono go uduszonego w suchej studni.

- Miałem do czynienia z osobą wykształconą i inteligentną. Wcześniej jednak badałem osobę ze wsi, Marysia - chłopaka po szkole podstawowej, który prowadził gospodarstwo w województwie gorzowskim. Często przyjeżdżały tam studentki z Poznania, nocowały, chodziły po sąsiedzku na jazdę konną. Pewnego dnia nie wróciły z weekendu do domu. Zaniepokojeni rodzice przyjechali. Otworzył im Maryś i powiedział, że pokłócił się z dziewczynami i wygonił je z domu w ciemną noc i nie wie, gdzie poszły i co się z nimi stało. Oczywiście prokuratura wszczęła śledztwo. Po jakimś czasie je umorzono uznając, że może wyjechały gdzieś zagranicę.

- Sprawa upadła. Natomiast rodzice, zatroskani o swoje córki, doprowadzili do tego, że do sprawy włączyła się Komenda Główna Policji. Tam ktoś wpadł na pomysł, żeby zastosować wariograf. Wtedy jeszcze służyłem w armii, więc zwrócono się do moich przełożonych, czy bym takich badań nie wykonał. Zanim wyjechałem, uzyskano zgodę Marysia na udział w tych czynnościach, bo jak zapewniał czuje się niewinny. Kiedy się z nim już spotkałem i zapytałem, czy zechce się poddać badaniu, odpowiedział mi: "Ni". Pytam: "Dlaczego?" A on na to, że koledzy przy wódce mówili mu, żeby nie podłączał się pod żadne urządzenia. Odparłem, że nie mogli mu przy wódce mówić o tym urządzeniu, bo oni tego urządzenia nigdy nie widzieli i być może nie zobaczą. Przy tym dodałem: "To ciebie zaszczyt spotkał, że możesz tego dotknąć, zobaczyć jak to działa, a nawet się podłączyć". I pytam się: "Robimy badanie"? A on: "Ni". Ja: "Dlaczego?". "Bo koledzy przy wódce...". I tak kilka razy mi powtarzał.

Jak to się skończyło?

- Zgubiła go chłopska ciekawość. Patrząc na rozłożone na fotelu czujniki, wskazując palcem na rurki pneumografu, które rejestrują cykl oddechu, zapytał do czego one służą. Odpowiedziałem mu, że gdybym tłumaczył trzy dni i trzy noce jak to działa, to i tak by nie zrozumiał, ale jak chce to mogę mu to założyć i wtedy zobaczy.

- "Chcesz?" - pytam, a on na to, że chce. I założyłem. Potem chciał, żebym mu zakładał kolejne czujniki. Zrobiliśmy próbę i pytam go czy teraz zgodzi się na badanie. Bo ja nie mogę nakłaniać, wymuszać czy zastraszać. Mówię, że jak chce, to ma tu oświadczenie, które należy podpisać. Tak zrobił. Ciekawość go zgubiła, bo gdyby się nie poddał, to być może sprawa pozostałaby niewyjaśniona. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że skremował te dziewczyny w całości w kominku, w salonie. Potem wyciągnął prochy i palił w ognisku, a to co zostało, rozrzucił po mokradłach. Dwie żuchwy wrzucił nieopodal bajorka. Kiedy w jednym z testów dotyczących różnych hipotetycznych miejsc ewentualnego ukrycia zwłok dziewcząt wymieniłem bajorko znajdujące się w pobliżu jego domu, a przy tej opcji zarejestrowano niezwykle silne zmiany emocjonalne. Zmiany te wskazywały, że obawia się on ujawnienia faktycznego, skrywanego przestępczego związku z tym pytaniem.

- W tej sytuacji policja wraz z prokuratorem przystąpiła do weryfikacji wyniku. Strażacy wypompowali wodę. Na dnie była warstwa mułu, a oni przez sita przeczesywali cały muł. Znaleźli w nim dwie żuchwy. Sprawa została wyjaśniona. Maryś się przyznał i wskazał pozostałe miejsca, gdzie wrzucał kości. Znaleziono dowody i został skazany. Na uwagę w tej sprawie zasługuje opinia biegłych psychiatrów, którzy stwierdzili u niego niedorozwój umysłowy w stopniu lekkim. Jak się okazało, ten stan zdrowia nie był żadnym przeciwwskazaniem aby takie badania przeprowadzić i uzyskane wyniki właściwie zinterpretować.

Musiał pan być dumny.

- Wtedy jest niesamowita satysfakcja, że pomimo znacznego upływu czasu od tego zdarzenia, ślady pamięciowe nie uległy zatarciu i można było pomóc organom ścigania w wyjaśnieniu tej zbrodni. Natomiast matki tych ofiar doczekały się pochówku szczątek swoich dzieci i mogą pójść na ich groby, aby zapalić świeczkę. Tak więc kolejny raz wariograf sprawdził się w działaniu.

A jak jest z kwestią czasu? Im więcej go upłynie, tym trudniej jest wykryć prawdę?

- Ostatnio robiłem badania nawet 30 lat od zdarzenia.

A po 30 latach sprawa się nie przedawnia?

- Tak jest, ale tu brakowało dwóch tygodni do przedawnienia. Było dwóch szwagrów i do domu nie wrócił jeden z nich. Zbadałem go i wyszło, że dokonał zbrodni. Ale czas upłynął i były tylko wyniki badań. Nie było szans, żeby znaleźć ciało - a reagował na określone groble. Ileś kilometrów ziemi - nie do odszukania. Chyba, że przypadek zrządzi, że się odnajdzie. - Wracając do czasu - jeśli system nerwowy nie ulegnie chorobie, ani urazom, to jeżeli człowiek zabił, ślad zostaje na całe życie. Tego nie da się wyrzucić, przestawić na inną półkę. On tkwi. Może taka osoba nie pamiętać jakichś detali, natomiast czy zabił, gdzie ukrył zwłoki - tego ze swojego organizmu nie wyrzuci.

A co z chwilową niepoczytalnością?

- Na ten temat proponowałbym porozmawiać z psychiatrami, oni się w tym specjalizują. Na podstawie swojej praktyki mogę powiedzieć, że jeśli nie doszło do uszkodzenia systemu nerwowego, który rejestruje zdarzenia, jeżeli osoba nie była w stanie upojenia alkoholowego czy pod wpływem silnych środków psychotropowych i działała świadomie - jej umysł to rejestrował. Natomiast jeśli działała pod wpływem środków odurzających, może tego nie pamiętać. Dlatego zawsze podkreślam, że wyniki z badań wariograficznych nie mogą stanowić samoistnego dowodu, ponieważ możemy trafić na osobę, której umysł nie zarejestrował całego zdarzenia. A jak nie pamięta, to nie będzie reakcji.

- Reakcja jest wynikiem świadomego odbioru bodźca: "Ja wiem, że to zrobiłem i ten fakt świadomie ukrywam, bo wiem, że poniosę konsekwencje". Musi być obawa przed zdemaskowaniem. Wtedy organizm reaguje inaczej niż organizm osoby, która tych śladów nie ma, a jest jedynie podenerwowana, bo postawiono jej zarzuty udziału w jakieś zbrodni. Dobry specjalista jest w stanie to odróżnić. Ale może być i taka sprawa, gdzie ekspert będzie miał problem z oceną. Każdy człowiek reaguje w sposób subiektywny, odmienny. Tu nie można przyłożyć szablonu i tym szablonem sprawdzać. Jeden organizm jest bardziej czuły na pracę serca, inny na oddech, jeszcze inny na oporność skóry, a kolejny ma wszystkie trzy parametry. Tu nie ma reguł.

- Najtrudniejsze w badaniach wariograficznych jest po pierwsze przygotowanie odpowiednich pytań testowych, po drugie interpretacja wykresu. Interpretując, podając końcowe wnioski, biorę na siebie odpowiedzialność za to, że ktoś niewinny będzie nadal przebywał w tymczasowym areszcie, albo dewiant wyjdzie na wolność i dalej będzie robił ludziom krzywdę.

Domyślam się, że ciężko jest żyć z taką odpowiedzialnością.

- Lekko nie jest. Swego czasu przypłaciłem to chorobą, ale dzięki sile woli udało się wyjść z tego, tzw. doła, bez pomocy lekarzy. W tej branży trzeba mieć bardzo silną osobowość, odporną na wszelkie sytuacje stresogenne i zło, jakie napotykamy w relacjach pomiędzy niektórymi ludźmi.

Zapewne nie raz zdarzyło się panu oczyścić kogoś z postawionych mu zarzutów?

- Badania wariograficzne mają na celu przede wszystkim oczyszczenie ludzi z niesłusznych podejrzeń czy też oskarżeń. Warto może wspomnieć jeszcze o jednej z nich, która w sposób szczególny utkwiła mi w pamięci. Jak zwykle chodziło tu o zabójstwo, w tym przypadku miejscowego proboszcza na wsi w Kieleckiem. Był to duchowny w podeszłym wieku, cieszący się dużym uznaniem wśród mieszkańców. W następstwie napadu i okradzenia plebanii został bestialsko zamordowany. W krótkim czasie policja trafiła na trop 16-letniej dziewczyny. W rezultacie czynności śledczych nastolatka przyznała się do udziału w tej zbrodni i wskazała na trzech jeszcze współsprawców. Wszyscy zostali aresztowani i spędzili w areszcie pół roku.

- Dziewczyna po jakimś czasie odwołała swoje wyjaśnienia, ale śledczy tym się nie przejęli. Na szczęście dla niej, sprawę przejęła prokuratura okręgowa, która postanowiła powołać specjalistę od wariografu. Trafiło na mnie. W wyniku badań, pomimo wyjątkowego stresu, w jakim znajdowała się podejrzana oceniłem, że nie brała udziału w zabójstwie. Podobny wynik był dla pozostałych podejrzanych. Sąd uwzględniając moją opinię zwolnił wszystkie osoby z aresztu. Natomiast badając inne wytypowane przez prokuraturę osoby, natrafiłem na faktycznego sprawcę, którym okazał się jej starszy brat.

- Nie wystarczyło nam czasu, aby podać przykłady wielu spraw, gdzie osoby wplątane w różne przestępstwa, dzięki zastosowaniu tej metody pracy wykrywczej uniknęły pochopnych oskarżeń, a nawet uchylono wobec nich środek zapobiegawczy - jakim jest tymczasowy areszt. O niektórych takich sprawach można poczytać na mojej stronie internetowej www.wariograf.pl.

Monika Szubrycht


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje