Przejdź na stronę główną Interia.pl

Siła jest kobietą

„Nie nadajesz się, nie masz szans, zajmij się czymś innym”, każda z nich słyszała te słowa wiele razy, ale mimo to wierzyły w siebie, nawet wtedy, kiedy nikt inny nie wierzył. Dzisiaj są w miejscu, w którym chciały być, i zgodnie mówią: fajnie być kobietą.

Kinga Preis: aktorka, 41 lat. Ukończyła PWST we Wrocławiu. Jest związana z tamtejszym Teatrem Polskim. Czterokrotna laureatka nagrody Orzeł, m.in. za filmy "Cisza" Michała Rosy (2001) i "W ciemności" Agnieszki Holland (2011). Jej partnerem jest Piotr Borowiec, operator filmowy.

Reklama

Gdybyś miała wybór, wolałabyś urodzić się mężczyzną? Mówi się, że oni mają w życiu łatwiej.

Kinga Preis: - Myślę, że mają, i właśnie dlatego nie chciałabym być mężczyzną. Kobieta zarówno przez swoją biologię, jak i uwarunkowania kulturowe ma pod górkę i dzięki temu poznaje więcej aspektów życia, zdobywa dodatkowe doświadczenia. Mężczyźni chcieliby nas widzieć jako istoty bujające w obłokach, ale to te nimfy dźwigają na barkach tonę obowiązków, które je skutecznie sprowadzają na ziemię. Nawet eteryczna blondynka musi mieć dziś jaja.

Ale są też między nami Sierotki Marysie, które uwodzą mężczyzn bezradnością.

- Ja jestem raczej typem Zosi Samosi. Poczytam dziecku książkę, a potem ogarnę cały dom. To mi daje poczucie siły. Mój Piotr często mówi: "Kochanie, pomogę ci", jednak ja uważam, że nikt nie zrobi tego lepiej niż ja. To męska cecha, ale mam w sobie coś z faceta. Pamiętam zabawną sytuację, kiedy mój syn szedł do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Jego wychowawczyni zorganizowała spotkanie z rodzicami, a gdy przyszła moja kolej na przedstawienie się, wstałam i powiedziałam: "Dzień dobry, nazywam się Kinga Preis, jestem ojcem Antoniego".

Urodziłaś syna, mając 27 lat. Twoja kariera właśnie nabierała tempa.

- Kiedy zaszłam w ciążę, wydawało mi się, że to już koniec wszystkiego, że już nic ciekawego mnie w życiu nie spotka. Zdawałam sobie sprawę, że jeżeli zostanę w domu i zajmę się wychowywaniem dziecka, to nie będę miała do czego wracać. Z drugiej strony nie wiedziałam, jakim cudem pogodzę obowiązki zawodowe z rodzinnymi. Wtedy Anna Dymna, z którą pracowałam w Teatrze Telewizji, powiedziała mi: "Zobaczysz, wszystko w naturalny sposób się ułoży, nie będzie ci lekko, ale znajdziesz w sobie siłę, która pozwoli ci to opanować". Miała rację, chociaż oczywiście wtedy jej nie uwierzyłam. Na tym właśnie polega siła kobiety - czasem mamy jej więcej, niż nam się wydaje.

Trzy tygodnie po porodzie już stałaś na scenie. Nie chciałaś zostać z Antkiem trochę dłużej?

- Po tych trzech tygodniach siedzenia z dzieckiem czułam się jak więzień we własnym domu. Chciałam wrócić do pracy, bo nie wyobrażam sobie siebie w roli całodobowego bufetu mlecznego. Matka Polka to nie ja. Dopiero kiedy poszłam do pracy, zaczęłam cieszyć się macierzyństwem. Początki nie były łatwe, bo dla mnie katuszą była niemożność wyspania się. Gdy wracałam do domu o 22, Antek właśnie budził się z najgłębszego snu i pokazywał pazur. Kiedy zaczynał płakać o 2 nad ranem, Piotrek wykonywał dramatyczny obrót na drugi bok i mówił: "Boże, ja zwariuję", a ja szłam do syna i bujałam go przez godzinę nieprzytomna. Ale nie zamieniłabym się z mężczyzną. Ojciec, nawet najlepszy, nigdy nie dostanie od dziecka tyle miłości co mama.

Dorastałaś w domu, gdzie rządziły mama i babcia, teraz żyjesz pod jednym dachem z samymi mężczyznami. Łatwo ci było zrozumieć ich świat?

- To ciekawe, jak kobiety kompletnie inaczej go postrzegają. U mnie w domu widać to na przykładzie porządku. Kiedy dzwonię do Piotra z planu, mówi mi, żebym się o nic nie martwiła, bo wszędzie jest błysk. Wracam i stwierdzam, że w życiu takiego bałaganu nie widziałam. Jednak sporo się od moich mężczyzn nauczyłam. Kiedy wpadam w kobiece histerie, sprowadzają mnie na ziemię.

Masz temperament. Takiej kobiecie jest potrzebny silny mężczyzna?

- Mężczyzna musi być wyzwaniem, inspirować. To tak jak w zawodach sportowych. Jeśli startujemy z kimś, kto jest od nas lepszy, damy z siebie wszystko. A kiedy z kimś słabszym, to co prawda wygramy, ale nie osiągniemy swojego maksimum.

A w aktorstwie rywalizacja mobilizuje?

- Ja jej nie odczuwam. Wbrew obiegowym opiniom przyjaźń w tym zawodzie jest możliwa. Dzisiaj po zdjęciach idę na kolację w doborowym aktorskim gronie: z Agatą Kuleszą, Izą Kuną, Iwoną Bielską i Iwoną Wszołkówną. Lubię te babskie spotkania, podczas których buzie nam się nie zamykają. Nie ma tematów tabu. Kiedy tak gadamy, zaczyna się pokazywanie: "Ty uważasz, że masz rozstępy? To zobacz, co ja mam!". A jak jest mowa o piersiach, to od razu pięć par jest na wierzchu. Nie wiem, czy panowie potrafiliby tak pokazać to, co mają najlepszego, porównać, a potem dobrze się czuć w swoim towarzystwie (śmiech).

Niedawno skończyłaś czterdzieści lat. Aktorki boją się tej granicy, zaczynają dostawać coraz mniej ról.

- Prawda jest taka, że kobiety w tym zawodzie są traktowane gorzej. Znakomity aktor płynnie przechodzi z jednej roli w drugą, a kobieta szybko zostaje odstawiona na ławkę rezerwowych - bo się "opatrzyła". Zazdroszczę Martynie Wojciechowskiej, że jest sobie sama sterem, żeglarzem, okrętem. Jeśli ma jakiś pomysł, to go po prostu realizuje.

Jesteś cenioną aktorką, nie trafiłaś na ławkę rezerwowych.

- Ja się w kinie czuję jak aktorka do zadań specjalnych. Ze zwykłymi, komercyjnymi propozycjami jest dużo gorzej. Zapewne dzieje się tak dlatego, że nie jestem osobą medialną, a co za tym idzie, nie "sprzedam" filmu, ale to był mój wybór i nie żałuję. Oczywiście to, że dostaję ciekawe role, zaspokaja moją próżność i ambicję, ale nie czuję się w kinie zrealizowana. Wiem, że stać mnie na więcej. Na świecie kręci się coraz więcej filmów o kobietach, a w polskim kinie to wciąż mężczyzna jest głównym bohaterem. Kobieta może mieć ciekawą rolę, jednak zazwyczaj pojawia się na drugim planie. Z angielskiego "support role", czyli rola wspierająca - trzeba w niej stworzyć własną postać i jeszcze swoim byciem na scenie czy planie zdjęciowym wesprzeć głównego bohatera. To jest naprawdę trudne. Mam wrażenie, że podobnie jest w relacjach damsko-męskich. Często to kobieta jest siłą sprawczą, która stoi za sukcesem mężczyzny.

(IN)

-------------


Magdalena Boczarska: aktorka filmowa, telewizyjna i teatralna. Obecnie związana z warszawskimi scenami IMKA i Buffo. Zagrała w kilku komediach Tomasza Koneckiego, m.in. "Lejdis", "Testosteron", i w "Jak się pozbyć cellulitu"Andrzeja Saramonowicza. Za tytułową rolę w "Różyczce" Jana Kidawy-Błońskiego otrzymała nagrodę dla najlepszej aktorki podczas 35. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni oraz wiele nagród zagranicznych. Jesienią zobaczymy ją w kolejnym filmie tego reżysera - "W ukryciu". Ma 34 lata, pochodzi z Krakowa.

Szparagi, szpinak, marchewka - zdrowiej już się chyba nie można odżywiać (na rozmowę umówiłyśmy się w restauracji). Figurę masz rewelacyjną, ale czy warto aż tak się męczyć?

Magdalena Boczarska: - Ale to żadna męka, ja uwielbiam tak jeść! Oczywiście zdarzają mi się różne kulinarne grzeszki, lecz staram się być w miarę konsekwentna, jeśli chodzi o dietę. Dbam o formę, lubię sportowe wyzwania. W ubiegłym roku wzięłam udział w triatlonie - dwa kilometry pływania w otwartym akwenie, potem 90 kilometrów na rowerze szosowym i 21 kilometrów biegania. Wszystko to w 40-stopniowym upale. Wielu mężczyzn nie dawało rady, a ja ukończyłam triatlon, i to w bardzo dobrym czasie - 6 godzin i 20 minut. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że nie jestem słaba . Dbam o swoje ciało, bo jest moim narzędziem pracy. Nie jestem kobietą, która gdy przytyje, to po prostu włoży luźniejsze ubrania. Pokazuję się na scenie, przed kamerami, nie chcę, by fizyczność odebrała mi szansę zagrania ciekawej roli.

Piękna kobieta musi być szczupła.

- Bzdura. Piękno to coś, co ma się w oczach. Dla mnie piękna kobieta to kobieta ciekawa, niebanalna i odważna. Z pasją, pewnością siebie, klasą i czymś wyjątkowym, czego nie da się podrobić. Nie są jej potrzebne wymiary modelki, ale musi być zadbana.

Ty dużo na siebie wydajesz?

- Myślę, że za każdym razem proporcjonalnie do potrzeby, jednak raz na jakiś czas lubię zrobić sobie prezent. Zawód, który wykonuję, wymaga ciągłego inwestowania w siebie. Dbam o ciało, regularnie chodzę do kosmetyczki i trenuję z osobistym trenerem. Sporo wydaję też na podróże. Jak wiele kobiet mam słabość do butów. Dojrzałam do tego, że chcę siebie rozpieszczać. Wystarczą małe rzeczy, choćby świeże kwiaty w domu. Tego na przykład nauczyła mnie mama. Choć jest drobną, wrażliwą kobietą, to jednak prawdziwą życiową siłaczką. Mówi jednak, że ja jestem jeszcze silniejsza, bardziej śmiała.

Taka się urodziłaś?

- Chyba nikt nie rodzi się siłaczem. Mam swoje lata i życiorys, który kocham. Często nie było mi łatwo, ale każdą swoją porażkę traktowałam jak trampolinę do dalszej drogi. Im mocniej wiatr wiał mi w oczy, tym bardziej zbierałam w sobie siły, żeby iść do przodu. Dużo wsparcia dostałam od innych kobiet, wbrew różnym opiniom bardziej wierzę w kobiecą przyjaźń niż w męską. W naszych czasach siła jest kobietą. Coraz częściej to kobieta staje się głową rodziny, zarabia, podejmuje decyzje, a rola mężczyzny sprowadza się do tego, żeby po prostu był. Znam mnóstwo dziewczyn, które nie są w stanie znaleźć odpowiedniego partnera. Czasem się śmieję, że gdyby nie ten seks i ciągła wiara w mężczyzn, to najszczęśliwszy związek stworzyłabym z kobietą.

Aż chciałoby się zaśpiewać: "Gdzie ci mężczyźni, gdzie te chłopy?".

- Kobiety płacą cenę za emancypację, mamy coraz więcej praw, ale i obowiązków. Odnoszę wrażenie, że mężczyznom to bardzo na rękę, więc jeśli na nich narzekamy, to trochę z własnej winy. Przejmujemy ich role i gdzieś przy okazji ci szarmanccy, odpowiedzialni "zeszli do podziemia". Mamy za to nadmiar wygodnych egoistów, Piotrusiów Panów, narcyzów. Nie chcą i nie potrafią się nikim zaopiekować, sami oczekują opieki. Moja ciotka miała dość kontrowersyjne powiedzenie, że z facetami jest jak z toaletami: albo są zajęte, albo zas...e. Ja się z nią nie zgadzam. Na szczęście są fantastyczni faceci, więc nie wieszajmy tak na nich psów. Jacy by nie byli, my - baby - nie umiemy bez nich żyć.

Jaki powinien być mężczyzna, żeby miał u ciebie szansę?

- Powinien być mężczyzną przez duże M. Musi mnie kochać na zabój i mieć w sobie to coś, co sprawi, że dla niego oszaleję .

Jest ktoś taki?

- To tajemnica. Moja sytuacja jest stabilna, bo mam siebie i już wiem , czego chcę, a czego nie. Nigdy nie byłam i nie będę z nikim tylko dla samego bycia. W moim życiu dzieje się dużo i wkur...a mnie stygmat kobiety samotnej, w domyśle - gorszej, bo niespełnionej w małżeństwie i macierzyństwie. Nigdy nie czułam presji ze strony swoich najbliższych, że powinnam wyjść za mąż czy rodzić dzieci, a zadawanie mi pytań dotyczących mojego życia osobistego przez obcych ludzi uważam za nietakt.

Wyobrażasz sobie, że poznajesz tego jedynego, rzucasz aktorstwo i rodzisz trójkę dzieci?

- Absolutnie nie. Dla mnie na taką decyzję jest już za późno, może mogłabym to zrobić zaraz po szkole. Był w moim życiu taki okres, gdy w całości oddałam się ukochanemu mężczyźnie. Nie najlepiej się to dla mnie skończyło i nie stać mnie już na popełnienie takiego błędu . Nie mogłabym przestać grać, bo to moja miłość i pasja. Wyjątkowe w zawodzie aktora jest to, że przez jakiś czas można żyć życiem swoich postaci. Na ekranie trzy razy wychodziłam za mąż, może dlatego nie tęsknię za białą sukienką. Interesuje mnie prawda, nie dekoracja, szkoda czasu na gierki. Jeśli się z kimś przyjaźnię, to wiem, dlaczego i co ta osoba wnosi w moje życie. To samo tyczy się miłości.

(IK)

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje