Przejdź na stronę główną Interia.pl

Salma Hayek: Ja wam dam babunię!

Aktorkom wciąż się przypomina, że mają "datę ważności". Ja w wieku 50 lat mogę sobie przybić piątkę i docenić to, co robię. Nie ma kryzysu, tylko wstęp do wolności - mówi Salma Hayek. W filmie akcji Bodyguard zawodowiec występuje w scenach kaskaderskich bez dublerki i przeklina jak szewc. I jest w tym sobą.

Salma Hayek: - Jest pani z Polski? Muszę się poradzić: jakie jest u was najpopularniejsze przekleństwo?

Reklama

Nie wiem, czy wypada... Takie naprawdę mocne?

- Tak, najgorsze z najgorszych.

Chyba k...a. Tak jak po hiszpańsku zakręt.

- Aha! Bo widzi pani, moja nauczycielka jogi jest Polką i jeden z ochroniarzy Polakiem. Chciałam wiedzieć, co przy nich krzyknąć, kiedy się zdenerwuję. (uśmiech)

Sonia, którą gra pani w Bodyguardzie zawodowcu, przekleństwa traktuje jak przecinki.

- Mój filmowy mąż Darius, grany przez Samuela J. Jacksona, też ostro rzuca mięsem. Musimy do siebie pasować!

Powiedzmy czytelniczkom, że to film sensacyjny. Ryan Reynolds gra superochroniarza, który musi przetransportować przez pół świata byłego płatnego zabójcę Dariusa. Pani rola, choć nieduża, jest mocna. Zostaje w głowie.

- Jeden z producentów filmu, dobry znajomy, przekonywał: "Salma, uprzedzam, to jest naprawdę skromny drugi plan, ale jeśli ta bohaterka nie będzie mocna, całość nie zagra. Potrzebujemy kogoś, kto wypełni Sonię swoją charyzmą!". Co tu dużo mówić, pochlebił mi. (śmiech). Pomogła też zachęta Ryana Reynoldsa, którego cenię i lubię, a jego żona Blake Lively jest moją serdeczną przyjaciółką. No i było mi przyjemnie, bo reżyser Patrick Hughes chętnie przyjmował moje sugestie.

Na przykład?

- Wymyśliłam, że kobieta, która siedzi z Sonią w celi, nic nie mówi. Czułam, że to może wywołać komiczny efekt. Przygotowania do roli otworzyły mi oczy na parę spraw. Odkryłam np., że więzienia w Holandii (tam m.in. toczy się akcja filmu - red.) są komfortowe jak Holiday Inn! Nie trzeba walczyć o rzeczy, o które więźniowie w USA się zabijają. Można nosić, co się chce. Ten system nie jest przygotowany na ludzi, którzy są naprawdę niebezpieczni i brutalni. Zbyt cywilizowany! Tym trudniej było mi wymyślić jakieś niesztampowe zachowania dla mojej bohaterki.

Z Samuelem L. Jacksonem jesteście w tym filmie jak Bonnie i Clyde. Od razu znaleźliście wspólny język?

- Znam Sama od dłuższego czasu, lubimy się. Szybko się okazało, że mamy podobną wizję tego związku. Sonia i Darius musieli wyglądać na parę, dla której bycie razem jest ważniejsze niż prawo, porządek i zdrowy rozsądek. I mimo że to dwójka wariatów tworzących dysfunkcyjne małżeństwo, widz im kibicuje. A może nawet... po cichu marzy, żeby samemu być w takim związku. Bo ich mocna relacja napędza całą akcję. Ale na planie spędziliśmy razem zaledwie kilka godzin. Film jest o superochroniarzu i jego podopiecznym, ale ja większość scen grałam sama, najczęściej przeklinając do kamery.

Domyślam się, że w prawdziwym życiu nieraz miała pani do czynienia z ochroniarzami. Czy jakaś sytuacja mocniej zapadła w pamięć?

 - Było ich wiele, ale opowiem o tej najgroźniejszej. Kilka lat temu pojechałam do Los Angeles promować film Duże dzieci. Organizatorzy wymyślili, że zorganizują wywiady w Malibu, gdzieś w górach, na zewnątrz. Siedzimy z Marią Bello i Mayą Rudolph (aktorki grające w tym filmie - red.) na podeściku nad pięknym jeziorem. Wokół nas ochroniarze, makijażystki, dziennikarka, operatorzy, technicy - razem  ze 40 osób. I nagle widzę węża! Przemyka między ludźmi i sunie prosto na mnie. Nie jestem lękliwa, ale węże wzbudzają we mnie histeryczny strach. My tam siedziałyśmy na wysokich krzesłach, ale gdy tylko zobaczyłam gada, wskoczyłam na Marię - w szpilkach i kiecce.  Zaczęłam wrzeszczeć, jakby obdzierali mnie ze skóry.

- Najbardziej męski z całej ekipy okazał się fryzjer, który zaczął odganiać węża szczotką do włosów, krzycząc "A sio!". Cała sytuacja - ku uciesze internetu - została zarejestrowana, można ją wyguglować. Chociaż nagranie jest już zmontowane, więc nie pokazuje całej grozy sytuacji. Kiedy po wszystkim zapytałam mojego ochroniarza, dlaczego nie reagował, powiedział, że... nie jest zaklinaczem węży. Jak się pani pewnie domyśla, już ze sobą nie pracujemy.

Lęk przed wężami - to brzmi dość abstrakcyjnie, biorąc pod uwagę...

- Tak, wiem, jedną z moich słynniejszych scen w karierze jest taniec z wężem w Od zmierzchu do świtu. To był dla mnie koszmar, proszę wierzyć. Musiałam zmierzyć się z paraliżującym strachem. Przez całe ujęcie szłam jak w transie, wyłączyłam wszystkie poziomy świadomości poza tym, który musiał zostać, by kontrolować ciało i współpracować z wężem. Najgorszy był moment, kiedy gad wsunął mi język do ucha. Gdybym wtedy spanikowała, mógłby mnie zabić.

- A właściwie mogłaby, bo to była samica. Najlepsze jest to, że w scenariuszu nie było żadnego węża. Robert Rodriguez dołożył tę scenę w trakcie zdjęć. Kiedy się o tym dowiedziałam, chciałam uciec, rozważałam nawet zerwanie umowy. Ale zdecydowałam się zostać i dziś jestem z siebie dumna. Zatańczyłam z moim największym lękiem. I wygrałam.

Z pani w ogóle jest ostra babka. Rozmawiałam z pani kolegami z planu Bodyguarda..., byli pełni podziwu, bo sama wykonała pani wszystkie sceny kaskaderskie!

- Moja bohaterka spędza dużo czasu w celi, ćwicząc jogę. Jednak pozycje jogiczne nie były dla mnie problemem, robię je na co dzień, jestem dość giętka. Ale sceny kaskaderskie to inna bajka. Wiem, że większość aktorek ich nie robi, ale ja uwielbiam! Owszem, na początku myślałam, że będę potrzebowała zastępstwa. Kiedy okazało się, że daję radę, byłam dumna jak cholera.

- Widocznie czasem potrzeba adrenaliny jest silniejsza niż zdrowy rozsądek. (uśmiech) Podczas zdjęć "jechałam" na gigantycznej adrenalinie,  a potem przez tydzień nie mogłam się ruszać. Do tej pory mam ślady po wypadkach podczas niebezpiecznych ewolucji na planie. Proszę sobie wyobrazić te spojrzenia kaskaderów, jak wchodziłam na plan. "Babunia idzie!", szeptali. A tu niespodzianka. Mam 50 lat i tak fikam! Miałam z tego powodu wielką frajdę.

Na początku kariery mówiono głównie o pani wyglądzie. Dziś wciąż jest to temat, którym ekscytują się media. Nie irytuje to pani?

- Nie. Nie mogę się przejmować rzeczami, na które nie mam wpływu, bobym zwariowała. Zresztą mój stosunek do samej siebie uległ zmianie. Na początku pracy miałam potrzebę podobania się, chciałam być piękna, spełniać oczekiwania i fantazje innych. Ale z czasem zrozumiałam, że to droga na manowce. Tu nie ma szansy na spełnienie. Jedyne, co jest pewne, to niedosyt i poczucie, że wciąż nie jesteś wystarczająco atrakcyjna. Dziś w zawodzie nie czuję już takiej presji jak kiedyś. Dawniej wszystkim się przejmowałam, ale nauczyłam się odpuszczać. Mam dobre życie. Ustawia mnie dobre małżeństwo i wspaniałe dziecko. Udany związek wnosi w życie spokój. Jeśli moja kariera miałaby się skończyć jutro, powiedziałabym: trudno, mam do czego wracać.

Wiele aktorek boi się macierzyństwa. Myśli pani, że ma to związek z kultem idealnego ciała, jaki panuje w świecie filmu?

- Ten lęk to pewien przejaw egoizmu. Zostanie rodzicem oznacza postawienie dziecka na pierwszym miejscu. Trzeba o sobie trochę zapomnieć, bo ktoś inny staje się najważniejszy. A dla wielu aktorów to trudna świadomość. Ja akurat nie miałam z tym problemu. Zawsze byłam nastawiona na innych. Mam wiele zwierząt. Dwanaście psów, sześć koni uratowanych przed rzeźnią, dziewięć alpak, chomika, rybki, papugę, kota bez ogona, kurczaki.

- Moja córka jest szczęśliwa z takiego obrotu spraw, szczególnie że to nie na niej spoczywają związane z nimi obowiązki. (uśmiech) Wszystkie zwierzaki są znajdami, pozbieranymi z ulic świata. Meksyk, Bułgaria, Anglia... Same mnie znajdują, jakoś tak się układa. Wiele z nich to staruszki. Ostatnio z kilkoma musieliśmy się  pożegnać...

Czy macierzyństwo dużo zmieniło w pani życiu zawodowym?

- Dziś już się w ogóle nie przejmuję tym, co "muszę". Strategia, konwenanse? Moja Sonia z Bodyguarda... powiedziałaby: "pieprzyć to!".  (śmiech) Jestem bardziej wybredna. Nie angażuję się w projekty, które zabierają mnie na długo, bo muszę mieć czas dla domu, chcę tam być. Ktoś powiedziałby, że coś tracę - podróże, doświadczenia, spotkania na krańcach świata... Ale ja już to miałam. I wiem, że rodzina warta jest wszelkich poświęceń.

Pięćdziesiątka to w pani zawodzie granica trudna do przekroczenia?

- Na początku kariery mówiono mi, że nigdy nie odniosę sukcesu w USA, bo jestem Meksykanką. Potem, że OK, dobrze mi idzie, ale żebym się cieszyła, póki trwa mój czas. Bo gdy skończę 35 lat, nikt mnie już nie zatrudni. Potem koniec miał nastąpić po czterdziestce... Nam, aktorkom, cały czas się przypomina, że mamy "datę ważności". A jednak wciąż tu jestem!  25 lat w branży na mocnej pozycji. Po przekroczeniu pięćdziesiątki mogę sobie przybić piątkę  i docenić to, co zrobiłam. To nie kryzys, ale wstęp do wolności!

Skoro wiem, że się pani nie pogniewa, to z ciekawości zapytam: co pani robi, że tak doskonale wygląda?

- Mówią, że to geny, ale... nie byłabym taka pewna. Mój siedem lat młodszy brat wygląda starzej ode mnie. Moim patentem jest właściwy oddech, opanowałam go do perfekcji. Pracuję przeponą, tak żeby poczuć mięśnie brzucha  i zrelaksować je, uwalniając energię zgromadzoną w ciele. Jedną z moich najlepszych przyjaciółek jest włoska aktorka Valeria Golino.

- Nawet ostatnio rozmawiałyśmy o tym, że ludzie się dziwią, że my tak dobrze wyglądamy. Nic sobie nie zrobiłyśmy - żadnego botoksu, zastrzyków, wypełniaczy, a mimo to obie mamy propozycje i pracujemy jak szalone. Bo okazuje się, że niewiele jest w naszej branży kobiet w tym wieku, które wyglądają normalnie. A tak na marginesie: jestem zwyczajnie ciekawa zmian, które przynosi czas. Na przykład nie farbuję włosów. Raz, że podobają mi się siwiejące brunetki,  a dwa, jak mogłabym przeżyć życie i nie wiedzieć, jak wyglądam siwa? Chcę znać także tę stronę. I siebie! Może jak zobaczę siwiznę, to mi się nie spodoba i ufarbuję. Ale najpierw chcę się sama przekonać, jak to jest.

Rozmawiała Anna Tatarska, Nowy Jork

Twój Styl 9/2017

Zobacz także:

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje