Przejdź na stronę główną Interia.pl

Rodzinka.eu, czyli jak to się robi w Europie

Jak z trójką synów Marcie i Maćkowi żyje się w Szwecji. Jakie problemy ma samotna matka w Niemczech. Jak we Francji radzi sobie wielodzietna rodzina, w której matka i ojciec są bez pracy. Na jaką pomoc Włoch mogą liczyć Marco i Laura, którym urodził się trzeci syn. "Twój STYL" sprawdza, jak rodziny wspiera się w rozwiniętych krajach Europy. Sprawa, jak wiemy, aktualna.

WŁOCHY: Państwo się nie dokłada

Reklama

Na drzwiach mieszkania Laury i Marco Rossich pojawiła się błękitna kokarda - urodził się chłopak! Trzeci syn na imię dostanie Lorenzo. - Ja jestem szczęśliwa, ale mąż się martwi i narzeka, że ciągle nam na coś będzie brakowało - mówi Laura. Zgodnie ze śródziemnomorskim zwyczajem obowiązującym we Włoszech, ale także w Grecji, Hiszpanii i Portugalii - czyli tam, gdzie współczynnik dzietności jest najniższy - na rodzinę zarobić musi mężczyzna.

- Nie jesteśmy biedni, mąż jako profesor na uniwersytecie ma niezłą pensję, prawie trzy tysiące euro (średnia we Włoszech w 2015 roku wynosiła 2033 euro). Ja do pracy nie chodzę, bo niby jak? Od pięciu lat siedzę z dziećmi, zajmuję się domem, a to przecież zajęcie na pełny etat. Gdybym pracowała, miałabym urlop macierzyński: pięć płatnych miesięcy (co miesiąc otrzymuje się 80 procent pensji - przyp. red.), ale wtedy nie byłoby "czeku na macierzyństwo", czyli 1700 euro. Lepszy rydz niż nic - mówi włoska mamma. Mieszkają pod Wenecją w 40-tysięcznym miasteczku.

Oprócz Lorenza mają dwóch synów w wieku trzech i pięciu lat. Ponadstumetrowe mieszkanie, pięcioletni samochód, z którego korzysta głównie żona, i spłacają 500 euro comiesięcznej raty kredytu. - Nasz Instituto Nazionale della Previdenza Sociale (odpowiednik polskiego ZUS-u) zdecydował ostatnio łaskawie, że należy nam się zasiłek dla rodzin wielodzietnych 130 euro miesięcznie na całą trójkę, dopóki najstarszy syn nie skończy 18 lat. To kpina! - piekli się Laura. Jej mąż korzysta z ulgi podatkowej, która daje mu oszczędność w granicach 150-170 euro miesięcznie.

- Gdybym nagle zdecydowała, że jednak pójdę do pracy, mogłabym ubiegać się o specjalny dodatek, który pomoże nam w opłaceniu żłobka lub niani. To nowość. Słyszałam, że można dostać 600 euro, ale dają je tylko przez pół roku - krzywi się Laura. Kiedy we Włoszech dziecko kończy trzy lata, idzie do darmowego przedszkola - obaj starsi synowie Rossich spędzają tam czas codziennie od 8.30 do 16.30. Gdy pójdą do szkoły, Urząd Miasta i Gminy przekaże im bezpłatne podręczniki i pokryje część opłat za obiady w szkolnej stołówce.

- Polityka prorodzinna we Włoszech? Praktycznie nie istnieje - złości się pan Rossi. - Zmieniają się rządy, ale państwo niewiele robi, by ulżyć zwykłym rodzinom. Pomoc przysługuje tylko tym, które żyją na granicy biedy. Partie, które powinny wspierać wielodzietne rodziny, przypominają sobie o naszych problemach tylko przed wyborami, gdy muszą walczyć o głosy. A co najgorsze, Włosi już nawet przestali liczyć, że ktoś zajmie się na serio ich codziennymi problemami. Chcesz mieć dzieci? Dobrze. Ważne, byś pamiętał, że twoje dzieci to wyłącznie twój problem.

SZWECJA: Dobre zarobki i długie urlopy

Marta i Maciej mają trzech synów, najmłodszy ma osiem miesięcy. Rok temu skończyli budowę domu. Mogli wybrać jeden z trzech obowiązujących w tej okolicy projektów - na ich osiedlu budynki różnią się drobnymi szczegółami, których nie sposób dostrzec na pierwszy rzut oka. Wszystkie domki są białe z szarymi wykończeniami, dwukondygnacyjne, z ogrodem i garażem na dwa samochody. W każdej łazience te same białe kafelki 15 na 15 centymetrów.

- Nuda? Coś za coś. Wcześniej mieszkaliśmy na południu Sztokholmu, w nieciekawej dzielnicy popularnej wśród emigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki. Przenieśliśmy się ze względu na dzieci. Tu jest bezpieczniej, są lepsze szkoły i przedszkola - tłumaczy Maciej. Jest anestezjologiem i pracuje w państwowym szpitalu. Oboje z żoną są przed trzydziestką. Najpierw do pracy w Sztokholmie zaczęła wyjeżdżać Marta. Dziesięć lat temu. Od pięciu oboje mieszkają w Szwecji na stałe. Marta jest stomatologiem.

- Zarabiamy dobrze, w Szwecji jest świetny socjal, w lecie mamy jak wszyscy tutaj pięć, sześć tygodni wakacji. Wygodne życie, nie ma co ukrywać - mówi Marta. Najstarszy syn Emil w maju skończy siedem lat, chodzi do bezpłatnej zerówki. - Zawożę go, jadąc do pracy, na ósmą. Zajęcia ma do 14, potem zostaje jeszcze godzinę, dwie w świetlicy, ale ta jest już płatna, kosztuje 400 koron miesięcznie (190 zł). W cenie są też posiłki. Z przedszkolami jest podobnie - mówi Marta. Wybiera się trzy, które ci najbardziej pasują, i gmina w ciągu trzech miesięcy musi znaleźć miejsce.

Jaśka posłaliśmy, gdy miał rok i dwa miesiące, bo przedszkola przyjmują dzieci, kiedy potrafią samodzielnie chodzić. W Szwecji nie ma żłobków. Państwo policzyło, że bardziej mu się opłaca umożliwić rodzicom opiekę nad małymi, niechodzącymi dziećmi, niż zakładać żłobki. - To dlatego jest tu tak rozbudowany i elastyczny system długich urlopów rodzicielskich, najdłuższych w Europie - tłumaczy Maciej. Jego żona jest na macierzyńskim od dwóch i pół roku, bo półtora roku po urodzeniu drugiego syna znów zaszła w ciążę. - Wygląda to tak: na każde dziecko mamy razem z Maćkiem 480 wolnych dni (17 miesięcy), z czego 390 wysoko płatnych. Dostajemy 80 procent miesięcznej pensji; przez pozostałe 90 dni otrzymujemy 180 koron dziennie (ok. 2500 zł miesięcznie). Urlopem się dzielimy, przy czym ojciec musi wziąć z tej puli przynajmniej 60 dni i to jest super, bo od początku tworzy się między nim a dziećmi silna więź. Najlepsze, że po upływie 120 dni od urodzenia dziecka reszty urlopu nie trzeba wykorzystać ciurkiem. Planuję go tak, jak jest mi najwygodniej. Często bywa, że w tygodniu biorę dwa dni wysoko płatne, dwa mniej płatne i jednego dnia normalnie idę do pracy. To nam ma być wygodnie - wyjaśnia Marta.

Na wykorzystanie wszystkich wolnych od pracy dni rodzina ma dwa lata. Dodatkowo każdy rodzic - jeśli któreś z jego dzieci ma mniej niż 8 lat - może przejść w pracy na trzy czwarte etatu. - Dostajemy miesięczny zasiłek na dziecko (do 16. roku życia) w wysokości 1050 koron (490 zł). Rodzinom takim jak nasza, czyli w których jest więcej niż jedno dziecko, dodatkowo przysługuje comiesięczny bonus (na dziecko do lat 16): na drugie dziecko mamy 150 koron, na trzecie 604. A na piąte, gdybyśmy tyle mieli, dostawalibyśmy prawie trzy tysiące koron - śmieje się Maciej. - Poza tym każde z nas ma 120 dni w roku na zostanie w domu z chorym dzieckiem. I nikt w pracy nie może mi nic powiedzieć. Wielokrotnie z tego korzystałam. Mam chore dziecko, nie przychodzę. Znam ludzi, którzy mając kilkoro dzieci, prawie nie bywają pracy, ale to już przesada - mówi Marta. - Dla mnie bardzo ważne jest, że posiadanie trójki dzieci nie oznacza konieczności rezygnacji z pracy.

FRANCJA: Łatwo podjąć ryzyko

- Chcieliśmy mieć trzecie dziecko, a fakt, że świadczenia rodzinne we Francji są bardzo dobre, jeszcze mocniej nas do tego zmobilizował - mówi Jacek, Polak mieszkający z żoną w Metzu. Ich najmłodsze dziecko ma półtora roku, a najstarsze sześć lat. - W sumie dostajemy dwa tysiące euro na całą trójkę oraz spory dodatek do stumetrowego mieszkania. Do czynszu z własnej kieszeni musimy dołożyć zaledwie 60 euro - wylicza Jacek. Przyznaje, że nie odczuli z żoną skutków ubiegłorocznej reformy polityki rodzinnej we Francji, która zlikwidowała część ulg. - Zapewne mniej dostają rodziny, w których jedno z rodziców lub oboje mają dobrze płatną pracę. My z żoną teraz nie pracujemy, bo chcemy być z dziećmi.

To była ryzykowna decyzja, ale to, co dostajemy z urzędu pracy plus zasiłki na dzieci, spokojnie wystarcza na utrzymanie całej rodziny. Czasami nawet zostają jakieś pieniądze i możemy sobie kupić coś ekstra albo odłożyć na wakacje. Wiem, że gdyby nam czegoś zabrakło, opieka społeczna pomoże. Lekarza i leki dla całej rodziny mamy za darmo. W Polsce taka sytuacja pewnie jeszcze długo nie będzie możliwa - mówi. Kiedy najmłodsze dziecko podrośnie, Jacek zamierza wrócić do pracy. Ostatnio jako informatyk zarabiał 2400 euro (średnia płaca we Francji w 2015 roku wynosiła 2180 euro) i dodatkowo otrzymywał 900 euro zasiłku socjalnego.

Kasia, Polka żyjąca wraz z mężem i czteromiesięcznym synem w Paryżu, ma nieco inne zdanie na temat udzielanej jej przez państwo pomocy. - Życie w stolicy jest drogie. Bardzo dużo płaci się za jedzenie i mieszkanie. Paczka pampersów kosztuje siedem euro, a ja zarabiam 800 euro miesięcznie. Na macierzyńskim byłam tylko dwa miesiące, bo dostawałam mniej niż połowę pensji i - ponieważ to moje pierwsze dziecko - tylko 390 euro zasiłku rodzinnego przez sześć miesięcy. Gdyby nie zmieniono w ubiegłym roku prawa, dostawałabym tyle przez dwa, trzy lata - irytuje się Katarzyna. Na zmiany narzeka także 33-letnia Francuzka Julie, matka trójki dzieci. - Pierwsze urodziłam jeszcze na studiach i nie miałam prawa do zasiłku rodzinnego. Około 700 euro zaczęłam dostawać dopiero po urodzeniu drugiego.

Na każde z dzieci, zaraz po ich urodzeniu, otrzymałam niecały 1000 euro jednorazowego "becikowego". W tej chwili mam też zasiłek na całą trójkę (gdy dziecko skończy 16 lat, drastycznie się zmniejszy), ale w ostatnim roku ucięto nam sporą jego część - z dwóch do półtora tysiąca euro miesięcznie. To dlatego, że mąż pracuje i nie najgorzej zarabia. Ciągle wprowadzane są jakieś zmiany, a ja wiem jedno: na dzieci mamy coraz mniej. Kiedyś we Francji urodzenie dziecka nie oznaczało pogorszenia poziomu życia, teraz tak. Ostatnia reforma systemu prorodzinnego najprawdopodobniej zmusi mnie do powrotu do pracy, a córka ma dopiero pół roku. To nie jest polityka lewicy, a głosowałam na rząd Hollande’a!

NIEMCY: Pomagają urzędy i fundacje

Anja jest artystką i matką samodzielnie wychowującą dwoje dzieci: jedenastoletniego Noaha i dwuletnią Bentu. Nie jest jej łatwo, bo nie może liczyć na pomoc żadnego z ojców dzieci. - Noah chodzi do piątej klasy podstawówki. Szkoła jest bezpłatna. Do godziny 17 syn może siedzieć w świetlicy, płacę za nią 50 euro miesięcznie plus obiady po trzy i pół euro dziennie. Przedszkole Bentu, choć powstało jako oddolna inicjatywa grupy rodziców i zaprzyjaźnionych nauczycieli, w połowie jest finansowane przez miasto i kosztuje mnie niecałe 100 euro miesięcznie - Anja wyliczankę zaczyna od wydatków. Mówi, że dla najbiedniejszych przedszkola są darmowe. Miejsce przydziela urząd ds. młodzieży i w zależności od sytuacji zawodowej rodziców pozwala na pięcio-, siedmio- lub dziewięciogodzinny pobyt dziecka w przedszkolu.

Jakiś czas temu Niemcy wprowadzili obowiązek wysyłania do przedszkola wszystkich dzieci po trzecim roku życia - co najmniej pięć godzin dziennie. - Pracuję w różnych szkołach i jest w nich coraz więcej dzieci emigrantów, które w ogóle nie znają niemieckiego. Myślę, że stąd ten przepis. Moja córka jest w przedszkolu, od kiedy skończyła półtora roku. Wcześniej korzystałam z Elternzeit, czyli urlopu rodzicielskiego. Mogłam go dowolnie dzielić z ojcem Bentu, jedynym warunkiem było, że każde z nas pozostanie na nim przez co najmniej dwa miesiące. Podczas Elternzeit otrzymywałam mniej więcej dwie trzecie mojej średniej pensji z czasu przed urodzeniem córki, ale nie było to więcej niż 1800 euro - wyjaśnia Anja. Jeśli ktoś zarabia mniej niż 1000 euro miesięcznie, dostaje sto procent pensji. - No i jest Kindergeld, czyli zasiłek na dzieci do 16. roku życia. Teraz mam 380 euro miesięcznie na oboje. Myślałam, że może uda mi się z tego coś odłożyć na czarną godzinę dla dzieciaków, ale wszystko idzie na codzienne wydatki. Wiem, że na trzecie i kolejne dzieci jest trochę więcej. Przed urodzeniem Bentu Anja wraz z ojcem dziecka zgłosili się do fundacji pomocy rodzinom, od której można dostać dodatkową zapomogę.

- Musieliśmy przedstawić swoją sytuację finansową i opisać, na co dokładnie potrzebujemy wsparcia. Dostaliśmy raz 400 euro. Pomaga też Urząd Pracy. Starając się o zasiłek, trzeba udokumentować, że dotychczasowe dochody są niewystarczające. Naturalne jest, że z ciążą, a następnie z przyjściem dziecka na świat wiążą się dodatkowe koszty. Państwo rozumie nawet, że samotny rodzic musi robić zakupy w sklepie bliżej domu, często droższym, i dlatego należą mu się dodatkowe pieniądze. Ile otrzyma, zależy od jego zarobków i wieku dziecka - mówi Anja. O taką pomoc można prosić już po 12 tygodniach ciąży i obejmuje ona m.in. wydatki związane z ubraniami ciążowymi, lekami, koniecznymi ćwiczeniami, wyposażeniem pokoju dziecięcego (łóżeczko, wózek, przewijak itp.) oraz zakupem sprzętów takich jak pralka i zmywarka.

- Ja sama z tego nie korzystałam, ale moje koleżanki tak i wiem, że ta pomoc bardzo im się przydała. Ponieważ pracuję jako wolny strzelec i nie mam stałej pensji, wypełnienie dokumentów o pomoc socjalną jest w moim przypadku bardzo skomplikowane - tłumaczy Anja. Jej syn codziennie chodzi na zajęcia pozalekcyjne. - Najtańsze są wszelkiego rodzaju sporty, bo zwykle dofinansowuje je miasto. Syn chodzi na zajęcia cyrkowe, pływalnię, uczy się jeździć na deskorolce i gra w zespole muzycznym. Na wszystko razem wydaję około 100 euro miesięcznie. Poza tym jako samotna matka korzystam z ulg i zwolnień podatkowych. Na razie nie mamy takich problemów, ale gdyby syn miał trudności w nauce, dostanę pieniądze na korepetycje. Pocieszająca jest świadomość, że gdybym nagle potrzebowała jakiejś pilnej pomocy czy wsparcia finansowego, nie zostanę z tym sama.

ANGLIA: Ulgi tylko dla najbiedniejszych

Lisa Stokes jest architektem. Ma troje dzieci w wieku 13, 10 i 5 lat. - Najciężej było na początku. W Anglii nie ma państwowych żłobków ani przedszkoli, a prywatny żłobek w mojej okolicy, w pełnym wymiarze godzin, kosztuje 960 funtów miesięcznie (prawie 5400 zł). Kiedy dziecko ma trzy lata, przysługuje mu 15 godzin tygodniowo przedszkola za darmo, za resztę płacisz. Od jesieni tego roku ma to być podobno 30 godzin, ale uwierzę, jak zobaczę - zastrzega Lisa. Koszty opieki nad małymi dziećmi w Wielkiej Brytanii są tak wysokie, że w wielu rodzinach matki rezygnują z pracy i zostają z dzieckiem w domu przez dwa lata albo - jeśli mają taką możliwość - przechodzą na pół etatu.

- Ja nie mogłam tego zrobić - podkreśla Brytyjka. Pracowała na pełen etat w dużej firmie, więc przysługiwał jej urlop macierzyński w pełnym wymiarze: 39 tygodni. - Przez sześć pierwszych dostawałam 90 proc. pensji, ale przez pozostałe 33 tygodnie zaledwie 140 funtów tygodniowo (niecałe 800 zł) - wylicza. Ta druga kwota to tyle samo, co zasiłek macierzyński przysługujący samozatrudnionym oraz kobietom pracującym na tzw. kontrakty zerogodzinowe (brytyjski odpowiednik umowy o dzieło). - Mój mąż za każdym razem wykorzystywał pełen płatny urlop ojcowski: dwa tygodnie. Po drugim dziecku przeszłam na pół etatu. A kiedy wróciłam do pracy po urodzeniu trzeciego, natychmiast mnie zwolniono, bo trwała recesja. Dwa miesiące później zostałam samotną matką, bo mąż założył nową rodzinę - opowiada Lisa. Nie miała wyjścia - uruchomiła własną firmę, by móc dzielić czas między dom a pracę na własnych warunkach. - Jedyna pomoc finansowa, jaką dostaję od państwa, to zasiłek na dzieci.

Przysługuje on wszystkim rodzicom dzieci do lat 16 i starszym, do pełnoletności, jeśli kontynuują naukę, niezależnie od dochodów rodziców - tłumaczy. Pierwsze dziecko dostaje 20,70 funtów tygodniowo (ok. 115 zł), każde następne 13,70 (ok. 75 zł). - To wystarcza akurat na opłacenie obiadów w szkole i dojazd syna do gimnazjum. Za wszystkie zajęcia pozaszkolne i świetlicę płacę z własnej kieszeni. Gdybym mniej zarabiała, przysługiwałyby mi jeszcze inne dodatki i ulgi, ale mam dobrze płacących klientów, mój mąż nie zalega z alimentami, więc nic mi się nie należy. Mimo że po opłaceniu rachunków i kredytu za dom ledwo starcza nam do końca miesiąca.

Katarzyna Dobrowolska, Anna Freindorf, Michał Kukawski, Marzena Matuszak, Zuzanna O’brien

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje