Przejdź na stronę główną Interia.pl

Robert Więckiewicz: Czasem chciałbym coś zbroić

Popisywać się? Napinać? To już nie ten etap. Robert Więckiewicz ma świadomość, że wiele osiągnął. I przyznaje: w wybieraniu ról zrobił się wybredny, a w udzielaniu wywiadów - oszczędny. Ale chrapkę na granie ma jeszcze większą niż na początku. Że w tym roku kończy pięćdziesiątkę? "Co z tego? Najlepsze wciąż przede mną".

Ma pan swój ulubiony film drogi?

Reklama

Robert Więckiewicz: "Prosta historia" Davida Lyncha. Stary człowiek jedzie traktorkiem przez kilka stanów.

Zaskoczył mnie pan. Myślałam, że to będzie "Easy Rider" albo jakaś zawadiacka historia z wielkimi ciężarówkami. Co się panu podoba w tej, umówmy się, mało dynamicznej opowieści?

- Ona mówi o najbardziej podstawowych emocjach i wartościach. Staruszek jedzie z Iowa do Wisconsin, bo chce pogodzić się z bratem. Nagle się okazuje, że przychodzi taki moment w życiu, kiedy wszystko przestaje być ważne i liczy się tylko ten drugi człowiek. W filmie jest wzruszająca scena, przy której nieraz się poryczałem. Główny bohater spotyka dziewczynę, która uciekła z domu. Przy ognisku rozmawia z nią o życiu i pokazuje te ściśnięte w pęk patyki, mówiąc: jesteśmy silni, kiedy jesteśmy razem.

Naprawdę poleciały panu łzy?

- A co w tym dziwnego? Kiedy się wzruszam, to płaczę.

Ale gdy człowiek ma 49 lat, to może już mniej?

- A może odwrotnie? Ale powiem pani, że lubię też inny film drogi Lyncha, nakręcony dziesięć lat wcześniej - "Dzikość serca". Totalna rebelia, eklektyzm, kawał Ameryki w wykrzywionym zwierciadle. Nie Nowy Jork i Los Angeles, tylko sam środek kraju i parada dziwnych typów.

Amerykanie są w ogóle w tych filmach drogi nieźli.

- No tak, bo przecież oni wymyślili ten gatunek. Pamiętam parę takich filmów z końcówki lat 60. i początku 70. Pokłosie ’68 roku: eksplozja wolności, dzieci kwiaty. Na mnie jako młodym chłopaku oglądającym filmy w kinie Barbara w Nowej Rudzie ogromne wrażenie zrobił też "Znikający punkt", w którym kierowca rajdowy miał dowieźć auto z Kolorado do Kalifornii w 15 godzin. I "Pojedynek na szosie" - debiut Spielberga. Zwykły facet jedzie na spotkanie i nagle staje się zwierzyną łowną dla starej zardzewiałej ciężarówy. Ostatnio zaś "Mad Max: Na drodze gniewu" George’a Millera. Totalny odlot.

Kino drogi pana fascynuje, bo...

- Bo w drodze wszystko się może zdarzyć. Bo droga jest po coś: podczas podróży bohater przechodzi przemianę. Na lepsze czy na gorsze - zawsze dociera do jakiejś prawdy o sobie. Dzięki temu na koniec widzę innego człowieka niż na początku. Lubię w kinie drogi ten moment, w którym następuje punkt zwrotny. Wszystko idzie dobrze i nagle bach, nie ma odwrotu. Plan wymyka się spod kontroli.

Jak w "Thelmie i Louise"?

- Właśnie. Bohaterki nie mogą się cofnąć, za dużo się wydarzyło. Fantastyczny film. Klasyczne kino drogi, przy czym o tyle nietypowe, że głównymi postaciami są kobiety. No i kończy się tragicznie - finałem, który ma nas otrzeźwić. Pokazać: zobaczcie, jacy jesteście.

Jak pan się naogląda tych amerykańskich filmów drogi, to budzi się chętka, żeby ruszyć przez Stany? Drogą 66 albo inną?

- Budzi. Ale nie wiem, czy koniecznie przez Amerykę. Marzenia o jeździe przez Stany biorą się z legendy, bardzo umiejętnie przez Amerykanów sprzedawanej i podsycanej. Bo przecież marsz na Zachód stworzył ten kraj. Ale ja równie dobrze mogę pojechać w drugą stronę. Kazachstan, Mongolia... Chodzi o to, żeby poczuć przestrzeń. Przemierzyć kilka tysięcy kilometrów.

Może to dobry pomysł na prezent dla samego siebie?

- Kto wie? Czuję nieraz potrzebę, żeby się "zgubić w przestrzeni", bez telefonu komórkowego. Odciąć się od rutyny. Ale nie tej związanej z codziennymi zajęciami, tylko tej związanej z bezrefleksyjnością - że coś mamy i nie zastanawiamy się nawet, jak to działa. Zmierzyć się z brakiem cywilizacji to byłoby coś.

Ta podróż marzeń to czym mogłaby się odbywać? Starą ciężarówką, na motocyklu, konno, stopem?

- Nie, tak to już chybaby mi się nie chciało. Może rower. Ale też bym chyba spuchł. Ostatnio przeczytałem "Trzeci biegun". O pielgrzymce Marka Kamińskiego, który przeszedł pieszo z Królewca do Santiago de Compostela. Cztery tysiące kilometrów. Super. Przeczytałem też świetną książkę Piotra Cieplaka o tym, jak jechał z Warszawy do Lizbony na rowerze. Fantastycznie. Tylko jak sobie pomyślę, że ja bym tak... Nie.

Nie przejechałby pan? E tam.

- Może bym i przejechał. Ale musiałbym się przygotować. Raczej więc samochód, jak u Stasiuka w Osiołkiem. Jedziemy. Żadne tam autostopy.

Czyli jednak cywilizacja. À propos jazdy stopem. Przypomniał mi się najbardziej kultowy polski film drogi, "Podróż za jeden uśmiech".

- No pewnie! To jest prawdziwy film! Dlaczego? Bo jest totalną nieprawdą. Gdy byłem dzieckiem, oglądałem go w każde wakacje. Za oknem masakra - połamana karuzela w moim miasteczku. Czyli nic. A tu widzę, że się jedzie nad morze i że można mieć tyle przygód. Do dziś mam w oczach obrazek z plaży: idzie ta ofiara w garniturku i ciągnie walizkę po piachu - swoją drogą, ciekawe jak garniturek się utrzymał przez całą podróż? Pięknie, że pani o tym wspomniała. Ważny film.

No to pytanie zasadnicze: Poldek czy Duduś?

- (śmiech) Oczywiście gdy byłem dzieckiem, strasznie mnie ten Duduś wkurzał. Wycacany, wygłaskany. On za szybko był inteligentny. A Poldek miał radość z tego, że jeszcze przez jakiś czas był głupi. A fajnie jest na początku być trochę głupim. Nawet trzeba. Żeby poczuć tę beztroskę.

Duduś był erudytą, ale i strasznym ciapą.

- On wcale nie był takim ciapą! Ale żeby było jasne - wolałem Poldka. Cwaniaczek, rozrabiaka. Swojski chłopak, ze wszystkim sobie poradzi, z każdej sytuacji wybrnie. Pewnie gdzieś tam łaził na czereśnie do proboszcza albo rozbijał szyby kamieniem. Jest mi bliższy, bo ja też byłem takim Poldkiem. Nie wymuskanym Dudusiem, chodzącą encyklopedią. Dopiero później zasmakowałem w "dudusiostwie". Poldek jednak ciągle we mnie drzemie. I będę bronił tego Poldka w sobie, bo jak Duduś przeważy, to już trzeba będzie powiedzieć "dziękuję, do widzenia". (śmiech)

Deklaracja przyjęta. A z polskich filmów drogi ma pan jeszcze jakiś ulubiony? W którymś wywiadzie mówił pan, że bardzo lubi "Pociąg" Kawalerowicza.

- Uważam ten film za arcydzieło. Akcja w zasadzie rozgrywa się w jednym przedziale, a ile się dzieje w głowach bohaterów...

Niektórzy do kategorii kina drogi zaliczają jeszcze "Wielką majówkę".

- Ten film był dla mnie niesamowitym przeżyciem. Muzyka, Maanam i młody Zbigniew Zamachowski, któremu strasznie zazdrościłem. Nawet niedawno przy jakiejś okazji mu to powiedziałem. Zresztą do dziś mu zazdroszczę. Wszyscy z wypiekami na twarzy słuchaliśmy przebojów Maanamu, każdy z nas marzył, żeby ich dotknąć chociaż na koncercie, a on tak po prostu z nimi był!

O kinie drogi rozmawiamy nie bez powodu. Zagrał pan właśnie w "Konwoju" Macieja Żaka. Akcja przez większość czasu toczy się w trasie. Policzyłam, że to już pana co najmniej piąty film drogi.

- Tak?

"Ciało", "Francuski numer", "Baby są jakieś inne", "Wszystko będzie dobrze"...

- No tak, przewaga komedii. "Baby..." to wręcz ekstremalne kino drogi. Najbardziej "poważnym" spośród tych, które pani wymieniła, jest ten ostatni.

Jest sprzed dziesięciu lat, więc może przypomnijmy: nauczyciel z problemem alkoholowym rusza na rowerze za swoim podopiecznym, chłopcem, który biegnie do Częstochowy w intencji zdrowia swojej matki.

- I podczas tej drogi w moim bohaterze dokonuje się przemiana. Przy tym filmie po raz kolejny miałem wrażenie, że taka przemiana nie byłaby możliwa, gdyby bohater wcześniej nie miał w sobie określonego potencjału dobra.

To znaczy?

- Wierzę, że człowiek ma w sobie coś takiego naturalnie, od początku. Później na skutek różnych okoliczności życiowych ten potencjał może być tłumiony, zadeptywany przez codzienność, rutynę, otoczenie. I musi zdarzyć się coś takiego, co to dobro w nas odblokuje. Podobnie zresztą jest w tym najnowszym filmie.

W "Konwoju" pana bohater, sierżant Zawada, pracuje w więzieniu. Poznajemy go, kiedy ma ruszyć z transportem szczególnie niebezpiecznego więźnia. Wydaje się megatwardzielem - lubię ten moment, kiedy mówi do podwładnych: "Szykujcie klatkę, a ja idę po zbója". Ale widzimy też, że ma poważny problem z alkoholem i narkotykami.

Kiedyś był normalnym, fajnym facetem. Miał ideały. Praca za murem okazała się jednak diametralnie różna od tego, jak sobie ją wyobrażał. W filmie wyraźnie widać, że on nie chce zrobić tego, na co pierwotnie się zgodził. I teraz pytanie, co wygra: czy ta niechęć, czy obowiązek narzucony przez szefa? Którego gra Janusz Gajos. Film jest promowany hasłem: "Gajos i Więckiewicz po raz pierwszy razem na ekranie". Dla widzów - jasne - frajda. A dla pana co takie spotkanie oznacza?

- Czułem podskórnie, że ono musi się kiedyś w końcu zdarzyć. Bo ileż można czekać? (uśmiech) Jeśli powiem, że bardzo się cieszę i że to dla mnie istotne, to będą wyświechtane frazesy, choć akurat w tej sytuacji prawdziwe. W przerwach mieliśmy okazję do ciekawych rozmów. Ale nie pytałem o pancernych, bo mnie zawsze bardzo interesował ten późniejszy okres w życiu zawodowym pana Janusza, mniej więcej od momentu "Opowieści Hollywoodu" Kazimierza Kutza (wybitny spektakl telewizyjny z 1986 r. - red.).

Ciekawe, Janusz Gajos był wtedy mniej więcej w takim wieku jak pan teraz. Wkrótce potem zagrał sędziego Lawinę w "Piłkarskim pokerze" i cenzora w "Ucieczce z kina Wolność".

- Tak, wtedy zaczął się jego złoty okres. Dla mnie to dobre skojarzenie - mam nadzieję, że nadal jest wiele ról dla aktorów powyżej pięćdziesiątki. I że w związku z tym najlepsze jeszcze przede mną. (uśmiech) Zresztą, jak patrzę na film "Toni Erdmann", który właśnie zdobył pięć nagród Europejskiej Akademii Filmowej, i widzę, że tam gra aktor 70-letni, Peter Simonischek... To nastraja optymistycznie. (uśmiech)

Wracając od Janusza Gajosa. Na czym polega frajda grania z mistrzem?

- Po pierwsze przyjemność z obserwacji. U niego właściwie nie widać szwów, przychodzi na plan gotowy. Albo to wcześniej musi układać, albo pomysły rodzą mu się na poczekaniu. Muszę pani powiedzieć, że granie z takim gigantem wywołuje skrajne emocje.

Jak to?

- Bo z jednej strony chcemy się trochę ogrzać jego wielkością, pobyć w tej aurze. A z drugiej chcemy się skonfrontować. Zobaczyć, na co nas w tej konfrontacji stać.

Ale może to napędza do jeszcze lepszej gry?

- Owszem, jest rodzaj pozytywnego "challenge’u". Człowiek jest bardziej zmotywowany. Jak się ma Janusza Gajosa za partnera, wszystko lepiej idzie. Pojawia się pozawerbalne porozumienie, pewien kod, niektórzy nazywają to chemią. Pan Janusz ma umiejętność wysyłania dobrych piłek. Wystarczy skupić się na odbieraniu, pójść za nim, zbyt wiele nie kombinować i już będzie dobrze. Na tym między innymi polega jego charyzma. Obserwując kogoś charyzmatycznego, sami próbujemy stać się lepsi. Bezcenne doświadczenie.

Z Januszem Gajosem ma pan mocne sceny, ale najwięcej czasu spędza pan w furgonetce, m.in. z Łukaszem Simlatem, Ireneuszem Czopem i Przemysławem Bluszczem. Tylu znanych aktorów w podobnym wieku na kilku metrach kwadratowych. Nie mieliście syndromu łodzi podwodnej? I czy czuło się w powietrzu rywalizację?

- Może by się czuło, gdybyśmy byli młodsi? I chcieli udowadniać sobie i komuś, że jesteśmy fajni? Tu nie było niezdrowych sytuacji. Znamy się nie od dziś, lubimy. Każdy wiedział, co ma robić, i "zagospodarowywał" pomysłami swoje miejsce. W pracy nad filmem dobrze jest, kiedy wszyscy mają świadomość grania do jednej bramki. Trudności były tylko techniczne. Bo ciasno. Mieliśmy dwa specjalnie spreparowane samochody, żeby kamera mogła dojść wszędzie.

No i jeszcze te ciężkie kostiumy. Hełmy, kamizelki, broń, kajdanki. Chociaż aktorów chłopaków może to akurat rajcuje?

- Różne mundury już miałem na sobie, ale taki po raz pierwszy. Wiadomo, człowiek czuje się w nim inaczej niż w tweedowej marynarce. Kostium bardzo mocno określa postać, a jednocześnie trzeba o nim jak najszybciej zapomnieć. Tu gramy ludzi, którzy noszą te mundury od kilkunastu lat. Podobnie jest z bronią. Na początku robi wrażenie. Bo się człowiek naoglądał w młodości filmów sensacyjnych. Poza tym mężczyźni przeważnie czują pociąg do broni, chociaż ja akurat średnio.

Chrapka na granie jest wciąż taka sama jak 20 lat temu?

Jeszcze większa. Ale i wymagania z mojej strony rosną. Tematy, jakość scenariusza. Byle czym już bym się nie nasycił. Jestem bardziej wybredny.

A ważniejsze jest co czy z kim?

- Najlepiej, żeby i scenariusz, i reżyser, i partnerzy byli super. I żebym to ja był najsłabszym ogniwem tego układu. (uśmiech)

Na tym etapie kariery potrzebuje pan jeszcze pochwał ze strony reżysera?

- Ależ oczywiście! Pochwały są nawet ważniejsze od reżyserskich uwag. Bo pochwały zawsze silnie motywują, a uwagi tylko czasami biorę pod uwagę. (śmiech)

"Chodzę swoimi drogami" - to do pana pasuje?

- Staram się. Chciałbym. Ale chyba jeszcze do końca tej swojej drogi nie znalazłem. Bywa więc, że chodzę krzaczorami.

Możemy się jeszcze pobawić wyrażeniami ze słowem "droga"?

- Spróbujmy.

Jest mi nie po drodze z...

- ...z samym sobą. Czasami.

Droga cnoty - z czym się to panu kojarzy?

- Niestety z niczym. (uśmiech)

Efektowne.

- Chyba jednak to zmienię. Duduś się we mnie odzywa. (uśmiech) Brzmi efektownie, ale do końca nie jest prawdziwe. Powiedzmy, że droga cnoty jest jak droga na Mount Everest.

A droga przez mękę?

- To udzielanie, a później autoryzowanie wywiadów.

Mamy puentę. Ale chyba poproszę pana o coś weselszego.

- Najtrudniej powiedzieć coś naprawdę, a jednocześnie śmiesznie.

Zszedł pan kiedyś na złą drogę?

- Na to pytanie odpowiem pani za 20 lat. Bo wtedy może się okazać, że to, co dziś wydaje się złe, z perspektywy czasu okaże się dobre.

No to jest optymistyczna puenta. Umówieni.

Joanna Nojszewska

Twój Styl 3/2017


Reklama

Najlepsze tematy