Przejdź na stronę główną Interia.pl

Robert Kantereit: Pędzę więc jestem

Głos radiowej Trójki, twarz "Wstajesz i wiesz". Robert Kantereit to nowa gwiazda, tyle że bez gwiazdorskich zapędów. Dziwi się, że w telewizji każą mu się pudrować, przebierać. To niemęskie, a on najlepiej czuje się w T-shircie. Szkoda mu życia na „bywanie”, zamiast tego zabiera rodzinę w góry. Przepuszcza kobiety w drzwiach, żonie – od lat tej samej – kupuje kwiaty bez okazji. Jak on się taki uchował?

O której dzisiaj wstałeś?

Reklama

Robert Kantereit: - O 4.35 - i te pięć minut jest bardzo ważne. Nie jestem typem skowronka, więc o tej porze liczy się każda sekunda. Gdy się budzisz o 4.30 i wiesz, że jeszcze pięć minut możesz podrzemać, czujesz się tak, jakby ktoś darował ci życie. Na szczęście wstaję tak wcześnie tylko w dni "telewizyjne", kiedy prowadzę "Wstajesz i wiesz", czyli od poniedziałku do środy. W czwartek mogę pospać do 8.10, bo mam program w radiu.

Ile budzików nastawiasz?

- Dwa: jeden w telefonie i drugi "normalny" - na wszelki wypadek. Ale i tak śpię czujnie. Często budzę się i sprawdzam, która godzina. Pamiętam, jak kiedyś zawiesiła mi się komórka, pokazywała godzinę trzecią, wtedy drugi budzik uratował mi tyłek. Na szczęście nigdy nie zaspałem do pracy, choć wiele razy mi się to śniło. To straszny sen, z którego budzisz się zlany potem.

Otwierasz oczy o 4.35 i...

- Wysypuję piasek z oczu, klnę na czym świat stoi i idę do łazienki. Szybki prysznic, golenie, ubieranie - wszystko automatycznie. Przed wyjściem zjadam jajko na miękko ugotowane wieczorem, bo rano nie miałbym na to czasu. Kawę piję dopiero w redakcji. Musi być dobrze posłodzona, dwie i pół łyżeczki.

I jak w programie - wstajesz i wiesz?

- Trochę wiem, a reszty muszę się dowiedzieć. Już po drodze słucham radia w samochodzie, bo o piątej zaczynają się wiadomości w Jedynce. Parę minut po piątej, gdy lekko się przejaśnia, jestem w telewizji. Pusto i cicho. Lubię ten moment, kiedy idę telewizyjnym holem i słyszę odgłos swoich kroków, a echo niesie go po całym gmachu. Bo gdy po dziesiątej wychodzę, budynek jest już pełny. Tuż po przyjściu rozpakowuję gazety, przeglądam prasę i scenariusz programu. Potem wkładam garnitur - na wieszaku mam kilka, podobnie z koszulami. Nie muszę kombinować, czy jedno pasuje do drugiego, bo stylistki tak przygotowały wszystko, że cokolwiek wezmę, będzie pasowało.

- Kilka minut trwa jeszcze nałożenie przez panie charakteryzatorki podkładu i pudru. Wszystko po to, żeby mi się twarz nie świeciła. Kiedyś ciężko to znosiłem, pudrowanie wydawało mi się niemęskie. Pamiętam, jak w 2005 roku trafiłem z radia do "Kawy czy herbaty". W radiu mogłem siedzieć w ulubionym T-shircie, a nagle musiałem przyzwyczaić się do marynarki i do tego, że ktoś pudruje mi twarz.

Wejście na antenę za pięć szósta to wyczyn? Można w ogóle o tej porze powiedzieć coś z sensem?

- Czasem do ostatniej chwili wydaje mi się, że nie. Ale kiedy już zapala się czerwone światełko, umysł się spina.

Możesz liczyć na podpowiedź ze słuchawki, którą masz w uchu?

- Tak. Jednak bardziej jest ona po to, by uzgadniać kolejne elementy programu. Ale czasem jest to koło ratunkowe - kiedyś pomyliłem nazwisko i momentalnie miałem w słuchawce jego poprawne brzmienie. W moim uchu "siedzą" prawdziwi zawodowcy, którzy wiedzą wszystko.

A miałeś moment, kiedy z przerażeniem myślałeś: "Co ja teraz powiem"?

- Takie historie zdarzają się na szczęście głównie we śnie: z kimś rozmawiasz i nagle nie wiesz, kto to jest i o czym jest rozmowa. Choć raz przydarzyło mi się to naprawdę. Niespodziewanie na krześle obok mnie usiadł inny gość, niż było przewidziane w scenariuszu. Nie wiedziałem, kto to jest i o czym mamy rozmawiać. A przecież nie zapytam: jak się pan nazywa i w jakiej sprawie tu przyszedł? (śmiech) W takich sytuacjach liczy się każdy ułamek sekundy. W słuchawce była cisza. Błyskawicznie przeskanowałem w myślach scenariusz i... bingo! To był gość, który miał wejść 20 minut później.

Kiedy po czterech godzinach wychodzisz ze studia...

- ...to myślę tylko o tym, żeby jak najszybciej przyłożyć głowę do poduszki. Jadę do domu, żona czeka na mnie ze śniadaniem. Potem trochę poczytam i zasypiam. Ktoś mógłby powiedzieć, że marnuję czas, ale ja odsypiam poranne wstawanie. I nabieram sił do popołudnia w radiu. Po dwóch godzinach wstaję na obiad, a po południu jadę na Myśliwiecką. Do domu wracam dopiero po 19.

Twój organizm wytrzymuje życie na wysokich obrotach?

- Paradoksalnie, to tempo powoduje, że mam większą energię życiową. Staram się jednak o to, żeby moje życie było higieniczne, choćby ta dwugodzinna drzemka po programie. Być może po trzech latach takiej pracy okaże się, że to jednak ponad moje siły. Może ktoś, kto długo żył w takim szpagacie, powiedziałby mi: "Ej, kolego, za bardzo pędzisz, zwolnij".

Jarek Kuźniar nie ostrzegał przed takim życiem?

- Wiem, że to głupio zabrzmi, ale z Jarkiem się nie znamy. Kiedy ja byłem w "Dzień Dobry TVN", on prowadził "Wstajesz i wiesz", a te programy powstają w innych miejscach Warszawy. Znamy się jedynie z telewizyjnego ekranu. (śmiech)

Przejście z programu śniadaniowego do telewizji informacyjnej to awans?

- Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ja się ucieszyłem, kiedy dostałem tę propozycję. Choć pierwsza myśl była: to rewolucja. Ale nie dlatego, że do "Dzień Dobry" wstawałem przed szóstą, niby niewiele później, ale te poranne minuty liczą się zupełnie inaczej. W telewizji śniadaniowej są też inne tematy, nastrój, goście, inny rodzaj koncentracji.

Czyli prosto, łatwo i przyjemnie?

- Różnie. Kiedy pracowałem w "Kawie czy herbacie", a potem w "Dzień Dobry TVN", czasem kłopotem bywało to, że o wielu sprawach nie miałem pojęcia. Bo to jednak programy zdominowane przez tematykę kobiecą, a ja, jak większość facetów, słabo poruszałem się w damskim świecie. Ale przez to byłem wiarygodny ze swoim zdziwieniem czy niewiedzą.

Jednak pewnie były też rozmowy, które cię przerastały? Przychodzi transwestyta Rafalala i...

- I jestem bezradny. Nie wiem, co zrobić. Bo jest z innego świata, którego nie znam. A z drugiej strony to gość. Ktoś mi kiedyś wytłumaczył prosto: "Zaprosiłeś nie po to, żeby stłamsić, wyśmiać, obrazić i zmienić. Dlatego pilnuj się, bracie, żeby nie przekroczyć granicy". Bo zdarzyło mi się tę granicę przekroczyć. To było przy okazji rozmowy o egzorcyzmach. Przyszedł gość, który był asystentem egzorcysty, i kobieta, która była egzorcyzmom poddawana.

Dziewczyna twierdziła, że miała raka, który tuż po egzorcyzmach cudownie zniknął. Trochę z sarkazmem powiedziałem, że trzeba w takim razie mówić o tym jak najwięcej, bo skoro była chora, a egzorcyzmy ją uleczyły, to może pomogą innym. I zapytałem, czy ma wyniki, które to pokazują. A ona, że wyrzuciła, kiedy wyzdrowiała. Nie wierzyłem jej. Moim zdaniem oszukiwała. To był czas, kiedy mój tata chorował na raka. Nie wytrzymałem i powiedziałem, co o tym myślę. Wtedy miałem trudną rozmowę z wydawcą.

Pamiętasz największe telewizyjne faux pas?

- Kiedyś zaprosiliśmy do studia znanego, lubianego pisarza. Chcieliśmy porozmawiać o jego życiu prywatnym, a on był przekonany, że przyszedł opowiedzieć o ostatniej książce. I nagle usłyszał pytanie o żonę. "Przepraszam bardzo, ale nie na taką rozmowę się z wami umawiałem", powiedział kategorycznie. Rozmowa się skończyła. Chciałem poza anteną wyjaśnić nieporozumienie, ale usłyszałem: "Nie muszę znosić pana impertynencji". Zabolało. Ale większość programów była jednak miła i przyjemna, jak na poranek przystało.

Gdyby porównać, jak się ma "Dzień Dobry TVN" do "Wstajesz i wiesz"? Myślę, że do tej pory jeździłem wygodnym i bezpiecznym samochodem, a teraz - przechodząc do TVN24 - wsiadłem do sportowego i nowego auta, które ma mocno wyśrubowane osiągi. I jeśli dotąd jechałem spokojnie, tak teraz mam jazdę po bandzie. Więc pędzę. (śmiech)

A ty lubisz adrenalinę czy po prostu nie chciałeś już dłużej rozmawiać o mydle i powidle?

- Nie odrzuca się takich propozycji. To przecież topowy program informacyjny. Ale z sentymentem wspominam tamten czas. Pamiętam, jak któregoś dnia przechodziłem obok wielkich ekranów, na których pokazywane są na bieżąco programy innych stacji. Była ósma i właśnie zaczynało się "Dzień Dobry TVN". Zatrzymałem się.

Żona wytrzymuje to tempo?

- Przez moją pracę nasz tydzień jest trochę zdekomponowany. Przez pierwsze trzy dni stoi na głowie, a Asia ze wszystkimi sprawami jest sama, bo ja wracam dopiero na kolację.

I co wieczór czeka na ciebie z kolacją?

- Lubię ten moment, kiedy wchodzę do domu. Pachnie jedzeniem, córka zarzuca rączki na szyję i mówi: "Kocham cię, tatusiu". Oczywiście, cokolwiek by się działo, bajka na dobranoc dla Igi musi być. Czytanie to mój rytuał wieczorny. Teraz jesteśmy na etapie Muminków, wcześniej była Karolcia. Choć coraz częściej córka mówi: "Tata, ale opowiedz mi buzią". Wymyślam jej więc bajki. Specjalizuję się w takich o smokach. Kolacja, kąpiel, spanie - podoba mi się wieczorny, powtarzalny rytm, on nadaje prawdziwy sens życiu. Najbardziej lubię moment, kiedy czytam, czytam, Iga ma jeszcze oczy otwarte, jeszcze dopytuje, jeszcze prosi "Tato, pokaż obrazek", a już za chwilę zasypia.

A kiedy ostatnio spędziłeś z rodziną zwyczajne popołudnie?

- Piątek, sobotę i niedzielę mam zupełnie wolne - nie pracuję nigdzie. Czekają mnie trzy dni pełnego luzu. Najczęściej wyjeżdżamy nad morze albo w góry. Rzadko spędzamy weekendy w Warszawie. W piątek, gdy nasza córka jest w szkole, odsypiam, łażę do południa w kapciach i szlafroku. A potem pakujemy samochód - i w drogę. Zwykle wyjeżdżam z rodziną, ale niekiedy chcę być sam i solidnie się zresetować. A czasem z kumplami połazić po górach. I to jest totalne "odpięcie" od świata, bo tam, gdzie jesteśmy, nie ma telewizora, gazet, a nawet zasięgu. Gdy wracam w niedzielę wieczorem, szybko nadrabiam zaległości w informacjach.

A banalna codzienność spada na żonę? Sprzątanie, zakupy, pranie?

- Też jestem bohaterem w swoim domu. (śmiech) W listopadzie wkręciłem żarówkę w łazience, a nie było to łatwe - praca na wysokości wymagała drabiny. Listopad mamy więc odhaczony. W grudniu... przyniosę choinkę. A tak na poważnie, ładuję i rozładowuję zmywarkę, upiekło mi się pranie i prasowanie - nie wychodzi mi to najlepiej, za to odkurzam całe mieszkanie. No i czasem gotuję, ale odkąd Asia przeszła na wegetarianizm, rzadziej. Od pół roku jestem... fleksitarianinem, czyli mięso jem na wyjazdach. (śmiech)

Podobno poznaliście się w radiu?

- Historia naszej miłości jest romantyczna, ale mogę powiedzieć tylko tyle, że poznaliśmy się w pirackiej stacji radiowej, w której pracowałem na studiach. Ona przyszła z chłopakiem, ja robiłem o 19 serwis informacyjny. Nie od razu jednak zostaliśmy parą. Długo musiałem o nią walczyć, i to dosłownie. (śmiech) I proszę, już 20 lat jesteśmy razem, a 16 - małżeństwem.

To kawał czasu. Masz swoje sposoby, jak wytrwać?

- Trzeba szczęśliwie na siebie trafić. A potem nad tym pracować. Bywa gorąco, bo oboje jesteśmy Skorpionami. Żona nie ma ze mną łatwo. Na przykład z trudem przychodzi mi zmienić zdanie. Jak się przy czymś uprę, nie ma argumentów, które by mnie przekonały. Kiedy się "nakręcę", a mam do tego tendencje, zatracam jasność umysłu. Dopiero po czasie widzę, że to było bez sensu. Ale za to zdarza się, że bez okazji kupuję kwiaty. Ostatnio przyniosłem białe tulipany.

A często mówisz żonie, że ją kochasz?

- Często. Lubię jej to mówić.

Istnieje opinia, że za sukcesem mężczyzny zawsze stoi kobieta. Żona bez żalu zostawiła Gdańsk i pojechała za tobą do Warszawy? Właściwie zrezygnowała dla ciebie ze swoich ambicji.

- W pewnym sensie tak jest. Kiedy w roku 2004 dostałem propozycję z radiowej Trójki, zdecydowała się zmienić życie. I jestem jej za to wdzięczny. Dla mnie to też nie była łatwa decyzja. Nie wyobrażałem sobie, że zostawiam miasto, dom, przyjaciół. Ale Trójka była moim marzeniem. Wynająłem mieszkanie w domu na Saskiej Kępie i przeprowadziłem się do Warszawy, a Asia została w Gdańsku. Przez pół roku wracałem na weekendy.

- W końcu stanęliśmy przed pytaniem: tak ma wyglądać nasze życie? Asia przeprowadziła się do Warszawy, wzięliśmy kredyt i kupiliśmy mieszkanie niedaleko radia. Już wiedziałem, że Trójka to mój dom. Mieszkaliśmy w parku, do pracy miałem spacerem pięć minut, przez lata nie używałem samochodu. Ale kiedy sześć lat temu pojawiło się dziecko, mieszkanie zrobiło się za małe i przeprowadziliśmy się do większego.

Ojcostwo cię zmieniło?

- Ojcem zostałem dość późno. I myślę, że czterdziestka to dobry czas. Człowiek już się wyszumiał, coś osiągnął, rodzicielstwo ma pełniejszy smak. Ojcostwo to poważna sprawa. Wielu rzeczy dowiedziałem się o sobie, jak choćby o swojej niecierpliwości, nad którą zacząłem pracować. Dla mnie to wyzwanie, gdy odrabiam z córką lekcje. Zadania łatwe, ale dziecko lubi robić wszystko oprócz lekcji. Tu rysuje "o" z kreską, ale w tym czasie ma mnóstwo innych zajęć. Albo wkłada buty, a w tym czasie kilka innych spraw jest dla niej ważniejszych. Czasem się wkurzam, poganiam, a potem myślę: "Właściwie to fajnie, że dla niej buty nie są najważniejsze". Uświadamiam sobie, że z wiekiem zrobiliśmy się zadaniowi: budzik, prysznic, kawa, kurtka, buty, torba... A dziecko ma czas na wszystko.

Sądzisz, że ty byłeś dobrym synem?

- Myślę, że rodzice mieli ze mnie więcej pociechy niż zmartwień. Choć pamiętam solidne lanie od taty, kiedy z kolegami rozpaliliśmy w piwnicy ognisko. Dym wychodził klatkami i sąsiedzi narobili rabanu. Miałem z 10 lat. Kiedyś u kolegi podpaliliśmy dywan, bo bawiliśmy się w wojnę i to miał być wybuch. Innym razem robiłem frytki, wrzuciłem już ziemniaki do garnka z rozgrzanym olejem, ale pech chciał, że akurat leciał w telewizji serial "Czterej pancerni i pies" i zupełnie zapomniałem o frytkach. Kiedy przyszedłem do kuchni, było czarno od dymu, a garnek płonął. Jak tak sobie teraz myślę, to chyba miałem zadatki na piromana.

Też ćwiczyłeś cierpliwość swojego taty?

- Pamiętam, jak wciąż powtarzał, żebym się lepiej ubierał. (śmiech) To było jego marzenie, żebym dobrze wyglądał. A ja do ubrań do dziś nie przywiązuję zbytniej wagi. Muszą być wygodne: dżinsy i T-shirt. Teraz żona często mi powtarza: "Wyrzuć to, popatrz, że się przeciera, kup coś nowego". I upomina, że powinienem słuchać stylistów z telewizji, bo się znają i dzięki nim dobrze wyglądam. A ja jestem typem zbieracza - jak coś mam i lubię, będę w tym chodził, aż się porwie.

- Ale wracając do taty... zawsze mówił: "Robuś, po co ty wyjeżdżasz? Posiedziałbyś trochę w domu, odpoczął, obiad byśmy razem zjedli. A tak... wyjedziesz, zmęczysz się, spocisz. Po co ci to?". A mnie nosiło. Za pierwsze pieniądze, które uzbierałem na szkolnej książeczce SKO, kupiłem plecak, płócienny, w kolorze khaki, ze skórzanymi szelkami podszywanymi filcem i ząbkowanymi na brzegach. Całe życie o nim marzyłem. Zabierałem na wycieczki szkolne, kolonie, obozy i wyprawy w góry.

Byłeś w harcerstwie?

- W zuchach, jednak szybko mnie wyrzucili za rozrabianie. Mieliśmy z kolegą pełnić honorową wartę przed pomnikiem Karola Świerczewskiego przy szkole. Ale my, zamiast stać na baczność w mundurkach, rzucaliśmy przez pomnik trampkami, które zabraliśmy koleżance z drużyny. Podkablowała nas i wylecieliśmy z hukiem.

Tata zdążył jeszcze być z ciebie dumny?

- Duma spotykała go w różnych momentach. I niekoniecznie dotyczyła miejsca, w którym dziś jestem. Kiedyś poszedł do przychodni, stanął w długiej kolejce, nagle słyszy głos lekarza: "Zapraszam pana Kantereita". Ominął kolejkę, wszedł do gabinetu. Wtedy padło pytanie: "Czy pan jest ojcem Roberta Kantereita? To proszę go pozdrowić, bo zawsze na imprezy do akademika wchodziliśmy przez jego okno". Śmierć taty była takim momentem w życiu, kiedy po raz pierwszy poczułem się naprawdę dorosły. Nie ślub, nie narodziny dziecka, tylko jego odejście. Zrozumiałem, że teraz na mnie spoczywa odpowiedzialność.

Kantereit? Co to w ogóle za nazwisko?

- Niemieckie. Mój pradziadek był Niemcem, dziadek Franciszek (ojciec taty) miał więc niemieckie pochodzenie, ale był już Polakiem. Historia Pomorza jest skomplikowana. Świadczy o tym choćby fakt, że dziadek był w różnych armiach - najpierw w Wehrmachcie, potem w armii jugosłowiańskiej, dokąd zdezerterował, a w końcu w armii polskiej. Tak mu się życie i historia ułożyły. Byłem za mały, by dziadek opowiedział mi o sobie. Ale mam dokumenty, jego trzy książeczki wojskowe: z armii niemieckiej, z partyzantki jugosłowiańskiej i legitymację Wojska Polskiego.

- A drugi dziadek, ten od strony mamy, walczył w obronie Warszawy. Niestety, umarł, zanim dorosłem na tyle, by mi o tym opowiedział. Dużo jednak swoim dziadkom zawdzięczam. Po Franciszku odziedziczyłem brak cierpliwości i jak on potrafię nagle wybuchnąć. Po Czesławie mam łagodność i spokój. Za to mamie zawdzięczam ciekawość świata. Tak jak ona chciałbym wiedzieć, co jest za zakrętem. Dziś mama wciąż chodzi w Tatry. W każdej chwili możemy usiąść i pooglądać mapy górskich szlaków. I jej, i mnie sprawia to dużą przyjemność. Miałem 14 lat, gdy zabrała mnie na rajd w Beskidy. Pamiętam schronisko w Zwardoniu - pierwsze, w którym spałem. Do dziś mnie ciągnie.

Co ci dają te wyprawy?

- Oderwanie od tempa, w którym żyję w Warszawie. Bo to nie jest tak, że podczas wędrówek oddaję się rozważaniom filozoficznym albo rozwiązuję sprawy, z którymi nie mogę sobie poradzić na co dzień. Wszystko zostawiam w Warszawie. W górach idę i nie myślę o niczym. Spokojnie, noga za nogą, jak pada, to pada, jak wieje, to wieje. Wracam wyciszony. Kiedy długo nie wyjeżdżam, nosi mnie. I myślę: "Ach, pojechałbym zobaczyć zimę w Beskidach".

Beata Biały

Twój Styl 2/2016

Dowiedz się więcej na temat: Robert Kantereit

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje