Przejdź na stronę główną Interia.pl

Rafał Sonik: W pogoni za wolnością

Wielkie marzenia miał już jako 15-letni chłopak, ale zarobić na nie musiał sam. Postanowił zostać milionerem nie z chciwości, tylko po to, by jego życie miało smak. Smak wyzwania, bo Rafał Sonik to pierwszy Polak, który wygrał najtrudniejszy rajd Dakar, i to jadąc na quadzie. A to oznacza straceńczy wyścig na maszynie, która nie ma nawet pasów bezpieczeństwa. Szaleństwo? Nie, kalkulacja ryzyka. Rafał uważa, że jego atutem jest dojrzałość, która czasem każe zdjąć nogę z gazu. Bo przecież miło potem wrócić do domu.

Czytałam, że pierwsze pieniądze zarobił pan w liceum. Tak wcześnie chciał pan być bogaty?

Reklama

Rafał Sonik: - Chciałem zarobić na moją pasję, narciarstwo, a trenowałem je ostro. Przyzwoite "deski" kosztowały wtedy 150 dolarów. A rodzice - tata był inżynierem, mama nauczycielką - na przełomie lat 70. i 80. zarabiali w przeliczeniu 50 dolarów miesięcznie. Pamiętam, jak przyszliśmy kiedyś do sklepu sportowego. A tam lśniące narty Atomiki, wiązania Tyrolie, buty Dachstein - o tym marzyłem. Sprzedawca podliczył, ile kosztowałby zestaw, a mama powiedziała: "to nasze roczne oszczędności". Pomyślałem: a może zarobię sam? Wtedy były już popularne giełdy sprzętu sportowego. Chodziłem, obserwowałem handlarzy, którzy byli coraz lepiej ubrani i mieli coraz lepsze samochody, a przede wszystkim sprzęt. Kliknęło mi w głowie, że mogę być jednym z nich. Miałem 15 lat. Zacząłem handlować używanymi nartami, butami itp.

Rodzice nie mieli nic przeciwko? Piętnastolatek powinien się uczyć.

- Przekonywałem ich, że nie będę wydawał na picie czy balowanie, tylko finansował treningi, zawody i sprzęt. Chciałem być niezależny i - jak to nastolatek - wyrwać się spod władzy rodziców. Po jakimś czasie kupiłem malucha, jeździłem nim na treningi, podwoziłem kolegów. W trzeciej klasie liceum zamiast prywatnej kwatery w Zakopanem wynająłem pokój w hotelu Gazda. Mogłem go zająć na cały sezon - od listopada do kwietnia. To już było coś.

Miał pan pomysł, jak będzie korzystał z dużych pieniędzy?

- Wtedy się nie korzystało, tylko inwestowało. W roku 1984 kupiłem używanego mercedesa 207 D. Nie musiałem już wyjmować siedzeń w samochodzie osobowym. I zacząłem marzyć o sytuacji, kiedy towar jedzie jednym autem, a ja drugim. Udało się. Jako licealista, a potem student podróżowałem tylko z dokumentami zapakowanymi w aktówkę, która była dla mnie synonimem sukcesu. Zacząłem sprzedawać nowe narty. Sprowadzałem je z Francji samolotem! W podwarszawskich Włochach mieszkali ciocia i wujek, do nich przyjeżdżały paczki z Okęcia. Zapach nowiutkich nart zapamiętałem na zawsze.

Nie pojawiła się myśl, że duża kasa może zdemoralizować tak młodego człowieka?

- Nigdy. Tata powtarzał, że tylko wtedy, jeśli robimy coś, co nas pasjonuje, mamy szansę na sukces i satysfakcję. Od początku szukałem tej wartości w biznesie. Dzisiaj moim największym szczęściem nie jest stan konta, ale to, że dzięki niemu mogę być Sonikiem kojarzonym ze zwycięstwem w Dakarze, zdobytymi pucharami świata. I że mogę rozwijać swoje pasje.

Co jeszcze prócz quadów?

- Uprawiam kilka dyscyplin, wciąż kocham narty, bardzo dużo latam. A najfajniejsze, że mam jeszcze marzenia na potem. Mądra kobieta, która przez dwadzieścia lat była moją żoną, powiedziała: zawsze miej marzenia, których nie spełniłeś. Wolę więc zachować je, a podzielić się tym, co mam, z kimś, komu to bardziej potrzebne, komu mogę pomóc zmienić życie.

Słyszałam, że pomaga pan w konkretny sposób. Co to jest Siemacha?

- To najlepszy projekt społeczny, jaki znam. Na przełomie XIX i XX wieku ksiądz Kazimierz Siemaszko zaczął w Krakowie pomagać bezdomnym chłopcom. Stworzył dla nich ośrodek przy ulicy Długiej. Uważał, że dzieci wychowują się najlepiej, ucząc się od rówieśników. A my, dorośli, powinniśmy stworzyć im do tego warunki, obserwować, ale nie ingerować ex cathedra. Zrobił to w swoim ośrodku, my powtarzamy to dziś. Najprościej mówiąc, wyszukujemy i przygotowujemy liderów, którzy stają się naturalnymi "przewodnikami" dla rówieśników.

Mówi pan "my", bo jest w ekipie, jak rozumiem?

- Tak. Kiedy w 1992 roku z moim wspólnikiem Jurkiem Starakiem szukaliśmy w Krakowie lokalizacji dla McDonalda, przez przypadek trafiliśmy do Zgromadzenia Księży Misjonarzy, którzy wówczas nosili się z zamiarem reaktywowania idei księdza Siemaszki. Odzyskali kamienicę przy ulicy Floriańskiej, chcieli ją wynająć, by mieć pieniądze na odtworzenie ośrodka. Kamienica była jednak kompletnie zrujnowana. Księża potrzebowali dużej gotówki na początek. Pomogliśmy i Siemacha została reaktywowana. Dziś mamy trzydzieści ośrodków, ponad dwa tysiące dzieci pod opieką. Wiele z nich jest nieprzeciętnie utalentowanych.

- Pamiętam ośmioletniego chłopca z Tarnowa. Chciał grać na perkusji. Wprowadziliśmy go do pracowni muzycznej, instruktor zapytał: "Grałeś kiedyś? - Nie. To usiądź i spróbuj. I on zagrał! - Ale przecież mówiłeś, że nie umiesz?! - Ćwiczyłem w domu, ołówkami na poduszkach". To było elektryzujące. Za kilka lat ten chłopiec prawdopodobnie będzie grał w zespole i przychodził do ośrodka uczyć innych. Można powiedzieć, że stworzyliśmy edukacyjne perpetuum mobile. Siemachę w Tarnowie zaprojektował wychowanek, który ma dyplom z architektury, ja sfinansowałem budowę. Tak to działa.

Lubi pan myśleć, że zrobił coś dobrego?

- Rozliczam się z życiem na bieżąco, nie czekam na ostatni moment. Myślę, że gdybym zginął dzisiaj, stanąłbym z ufnością przed sądem ostatecznym.

A to nie jest tak, że bogaty człowiek uspokaja sumienie: mam superdom z basenem i śmigłowiec, więc dla równowagi pomogę tym, których nie stać na buty dla dzieci?

- Uważam, że pomaganie nie może polegać na upuszczaniu okruchów z pańskiego stołu. Bo to nie jest filantropia, tylko wielkopaństwo. Filantropia powinna polegać na tym, żeby odjąć sobie trochę od ust, wtedy jest uczciwa.

Trochę czy dużo? Ma pan własną skalę?

- Kiedyś sprzeczałem się ze znajomą. Twierdziła, że pomaganie polega na tym, by oddać wszystko, co się ma. Tłumaczyłem jej, że w ten sposób będzie cały czas goła - dosłownie i w przenośni. Jeżeli los - Opatrzność, Pan Bóg - obdarzył cię talentami, to nie oddawaj wszystkiego, tylko szukaj dobrych proporcji. Bo jeśli masz tylko koszulę, możesz dać tylko ją. Ale jeżeli masz fabrykę koszul, to możesz oddać część produkcji, czyli zwiększyć skalę pomagania.

Jesteśmy blisko przypowieści biblijnej. Dla pana Biblia jest ważna?

- Wiele myśli w niej zawartych jest wciąż aktualnych. Traktuję ją jako przewodnik po życiu.

Godzić biznes i Dekalog może być trudne. Szef musi na przykład zwalniać ludzi. A oni mają rodziny, muszą z czegoś żyć.

- Rzadko zwalniam. W moich firmach wielu pracowników ma ponaddwudziestoletni staż. Renata, która jest moją bliską współpracownicą, pracuje już 27 lat. Chyba mam dobre relacje z ludźmi. Staram się być uważny. Wie pani, co jest dla mnie istotne? Obserwowanie wyrazu twarzy kogoś nowo poznanego przez pierwsze sekundy. Jak patrzy, reaguje. To mi nie jest obojętne.

Humanista z pana wychodzi?

- Nie chcę, żeby to zabrzmiało pretensjonalnie, ale liczą się dla mnie wartości. Pielęgnowanie tego, co ważne.

Proszę dać przykład.

- Od dziecka jestem związany z górami i tą jedną, absolutnie wyjątkową, jaką jest Kasprowy Wierch. Ta góra to dla mnie wielka wartość. Tak jak dla mojego ojca. On był freakiem, zapalonym narciarzem. Kiedyś wrócił z wypadu z mocno uszkodzoną ręką. Był zagipsowany od jednego barku po drugi, plus cała ręka. Mnie, małemu chłopcu, Kasprowy zaczął się wtedy kojarzyć z przygodą, wyzwaniem. Tata zabrał mnie tam pierwszy raz, gdy miałem pięć, może sześć lat. A później jeździłem już sam. W Kuźnicach, na dolnej stacji kolejki, jako uczniowie liceum, a później studenci poznawaliśmy dziewczyny. Załatwialiśmy im bilety, a trzeba wiedzieć, że ich kupienie to był wyczyn. Wstawaliśmy czwarta, wpół do piątej, stawaliśmy w ogonku i około dziewiątej mieliśmy miejscówki. To było zjawisko towarzysko-socjologiczne, ludzie się poznawali, zżywali. Kolejka funkcjonowała niemal niezmieniona od 1935 do 2007 roku. Kiedy zaczęło się mówić o tym, że ma zostać zastąpiona nową, poczuliśmy, że kończy się epoka.

- Podczas demontażu zdjęto linę nośną. Odkupiłem jej część, pociąłem na fragmenty i zrobiłem tysiąc ręcznie numerowanych pamiątek. Dawaliśmy je tym, którzy są związani z Kasprowym swoją życiową historią. Bo ta lina to nie byle co. Przez 35 lat unosiła wagoniki do górskiego "nieba", a nasze życie w jakimś sensie było na niej zawieszone. Z przyjaciółmi skupionymi wokół Kasprowego postanowiliśmy uhonorować historyczny moment. Zorganizowaliśmy mszę na szczycie. Przyjechali ludzie z wielu krajów, były nawet nasze olimpijki - narciarki, które w roku 1952 startowały na igrzyskach w Oslo - Anna Kodelska, Maria Kowalska i Basia Grocholska. Postanowiliśmy: zróbmy to znowu za rok. Do dziś, a mija właśnie dziesięć lat, spotykamy się na przełomie kwietnia i maja. To mam na myśli, mówiąc o pielęgnowaniu wartości.

Ładne. Ale schodzę na ziemię. Jak szybko jedzie quad?

- Mam takie, które rozwijają do 200 kilometrów na godzinę, ale mnie nigdy nie fascynowała prędkość.

Ale bierze pan udział w rajdzie obliczonym na jak najlepszy czas?

- Nie, obliczonym na wytrzymałość.

Dlaczego stanął pan na starcie Dakaru pierwszy raz?

- Koledzy nadepnęli mi na ambicję. Kierowcy motocyklowi Jacek Czachor z Markiem Dąbrowskim, doświadczeni dakarowcy, obserwowali moje starty w Polsce i powiedzieli: "Prezes - taką miałem wtedy ksywkę - po co ty się tu ścigasz wokół trzepaka? Jedź na poważne zawody". Czyli na jakie? Na Dakar. Opierałem się. Ale w roku 2008 pojechałem z nimi jako ich serwisant w samochodzie ubezpieczającym. I to był akurat jedyny rok, kiedy rajd został odwołany z powodu zagrożenia terrorystycznego w Afryce. Ale apetyt rósł. W końcu uznałem: chcę to zrobić! Właśnie wtedy Dakar został przeniesiony do Ameryki Południowej. A ja uczyłem się jeździć quadem od moich przyjaciół w Stanach - w Kalifornii, Nevadzie i Arizonie. Pomyślałem: warunki w Argentynie i Chile są podobne, więc może dam radę? Ale na starcie stanąłem bardzo zestresowany.

Tak w skrócie - na czym polega rajd?

- Do przejechania jest dziesięć tysięcy kilometrów w ciągu dwóch tygodni. Codziennie etap składa się z "dojazdówki" i odcinka specjalnego. Czyli na 1000 kilometrów około 500 to "oes", gdzie ścigamy się o ułamek sekundy, a pozostała część to najczęściej asfalt lub drogi szutrowe. Jest zadany limit czasu i jeżeli nic się nie psuje, możemy - szanując przepisy - jechać spokojnie. Proszę sobie wyobrazić drogę po horyzont - przez Argentynę, Chile, Peru czy Boliwię. Jadę 100-110 kilometrów na godzinę i chłonę to, co dookoła.

Ale na starcie etapu myśli pan: muszę wygrać?

- Na starcie sprawdzam, przez jaki teren będę jechał. Jeżeli w road booku, czyli książce drogowej z opisem trasy, widzę, że będzie to pustynia wydmowa, gdzie czuję się najlepiej - będę walczył o zwycięstwo na zabój. Jeśli przede mną odcinek w wysokich górach, po wąskich dróżkach i półkach skalnych - wówczas zwiększam margines bezpieczeństwa. Nawet jeśli stracę czas do konkurentów. W ostatnim Dakarze, w Boliwii jeździliśmy ścieżynami na skraju przepaści, na wysokości trzech, czterech tysięcy metrów. Miały głębokie koleiny, szczególnie na dojściach do zakrętów i wyjściach z nich. Jestem ciężki, ważę 90 kilogramów, w stroju 105. Plus quad - w sumie jakieś 350 kilogramów. Jeśli w takiej koleinie minimalnie postawi mnie bokiem, wypadam z zakrętu. Rywale w większości są nie tylko o połowę młodsi, ale też o jedną trzecią lżejsi. A mniejsza waga to mniejsza siła odśrodkowa i prawdopodobieństwo, że wypadnie się z "rynny". Ściganie się na maksimum w górach może skutkować zero-jedynkowo. Czyli nie ma mnie w rajdzie, a być może w życiu.

Ma pan jakieś zabezpieczenia?

- Nie. W quadzie nie ma pasów. Łączy mnie z nim jedynie kabelek, który odcina zapłon, kiedy wypadam z maszyny. Wtedy silnik gaśnie.

No to pan się musi bać. Podobno w takich rajdach tylko głupcy się nie boją?

- Boję się, jasne. Ale tylko tego, czego nie mogę skontrolować. Zdarzyło mi się, że na Sacharze, w kurzu, wjechał na mnie motocyklista Łukasz Łaskawiec. Jechałem we mgle i nagle na szczycie piaszczystej fali poczułem uderzenie z tyłu - Łukasz! Źle ocenił odległość, nie wyhamował. Wybiło go i przejechał mi kołem po łokciu. Gdyby to było pięć centymetrów dalej, zmiażdżyłby mi rękę. Drugie niebezpieczeństwo na pustyni jest takie, że kiedy słońce świeci w zenicie, nie ma w cienia, więc nie ma kontrastów. Oko przekłamuje, można najechać na przeszkodę, nie dostrzec zagłębienia lub wzniesienia.

Pana to kiedyś spotkało?

- Nie raz. Ale najgorsze doświadczenie mam sprzed dwóch lat, z rajdu Abu Dhabi Desert Challenge. Po zatankowaniu paliwa na odcinku specjalnym (musimy tankować co 230-240 km, żeby mieć zapas w razie zgubienia się na pustyni) wystartowałem cztery minuty po koledze z polskiej ekipy, motocykliście Kubie Przygońskim. Po kilku kilometrach słyszę pikanie urządzenia sygnalizującego wypadek. Widzę punkcik. Kask. Jest zasada, że jeżeli ktoś się przewróci w dnie wydmy, to on albo ten, kto przyjechał po nim, wykłada kask na jej szczyt - by z odległości było widać, że coś się tam wydarzyło.

- Dojeżdżam do kasku i widzę: ośmiometrowy uskok, a na dnie Kuba reanimuje motocyklistę, który tam spadł! Krew bucha zawodnikowi z uszu, oczu i ust. Kuba uciskał mu serce ostatkiem sił. Zeskoczyłem, żeby pomóc, ale widziałem, że nie uratujemy tego człowieka. Po chwili przyleciał helikopter, ratowanie elektrowstrząsami nie dało rezultatu... Potem okazało się, że minutę przed wypadkiem miał na swoim urządzeniu rejestrującym prędkość 158 kilometrów na godzinę. Nie dostrzegł uskoku. Spadając, uderzył głową o własny motocykl i zginął.

Dojrzały mężczyzna nie powinien w takim momencie pomyśleć: stary, daj sobie spokój, to nie jest zabawa?

- Nie należy kapitulować, tylko uważać, by nie być za szybkim. Ustrzec się przed pokusą, żeby docisnąć gaz do oporu. Mógłbym jechać szybciej, tylko że wtedy nie widziałbym przeszkód. Kiedyś ktoś powiedział: musisz być szaleńcem, skoro ścigasz się w Dakarze. Nie. Trzeba mieć chłodny umysł i kalkulować. Przegrywa się wtedy, kiedy rządzą emocje. Przykład. Wyprzedza mnie konkurent, ale doganiam go w korycie rzeki. Natychmiast rodzi się pokusa: dopaść, wyprzedzić. Ale dlaczego on zwolnił? Większość rzek w środku lata (czyli w styczniu) w Chile i Argentynie jest sucha. W wyschniętych korytach są głazy, zagłębienia. Każda większa roślina, która wygląda na gibką, jest twarda. Opierała się prądowi wody, więc stała się mocna, może zranić. Ten człowiek przede mną prawdopodobnie dobrze rozpoznaje zagrożenie. Ja też zwolnię - takie myślenie powinno się włączyć.

Można powiedzieć, że wiek jest w Dakarze atutem? Młodsi mają gorętsze głowy.

- Wiek to mój główny atut w konkurencji z nimi. Jestem w stanie więcej przewidzieć i skuteczniej powstrzymać się w sytuacjach, które prowokują do szaleństwa. Generalnie można powiedzieć, że wygrywa nie ten, kto jest najszybszy, tylko kto najlepiej zarządza swoją energią, wytrzymałością, koncentracją, snem.

Ile pan śpi?

- W pierwszym Dakarze spałem średnio cztery godziny. Ostatnio sześć. Różnica wzięła się z tego, że powierzyłem przygotowanie road booka zawodnikowi, z którym się przyjaźnię. Prawdopodobnie jako pierwszy w historii Dakaru oddałem swoje bezpieczeństwo w ręce innego człowieka. Zaufałem mu.

Porozmawiajmy o przyjemnościach Dakaru.

- Znajdujemy się w miejscach, których nikt inny raczej nie zobaczy. Bo tam się nie doleci, nie dojedzie. Na helikopter za daleko, nie wystarczy paliwa. Autem niebezpiecznie, bo kto ściągnie w razie awarii? A ja mogę tam być. W Argentynie często widzę stada mustangów. Są zachwycająco piękne, nie wiem, jak mężczyzna miałby to opisać. Facet pewnie inaczej chłonie doznania. Na przykład uważam, że najpiękniejszy dźwięk to ryk silnika w górskiej dolinie, odbity echem z wielu stron. Ale nie będę do tego przekonywał kobiet. W trakcie rajdu nie słyszę wiele, mam kask i zatyczki w uszach. To wyostrza inne zmysły. Dotyk, czucie w dłoniach, w ciele, na twarzy. Przede wszystkim czuję watr.

A ciepło? Przecież tam jest piekielnie gorąco.

- Ludzie pytają, jak to możliwe, żeby przy temperaturze 50 stopni wykonywać ciężki wysiłek. Ale my, dzięki nieprzewiewnemu ubraniu, tracimy mniej wody, ona nie wyparowuje. Powstaje efekt lodówki. Pęd powietrza, który trafia na warstwę płynu na ciele, schładza ją. Najgorzej jest, kiedy się stanie. Woda natychmiast robi się gorąca. Trzeba uważać, by nie dostać udaru. Osobna sprawa to ciśnienie. Na Dakarze 2015 jednym z najtrudniejszych odcinków był etap w Chile i Boliwii, z Iquique do Uyuni i z powrotem. Iquique jest położone na poziomie morza. Tego dnia na dojazdówce wyjechaliśmy na 3600 metrów, ścigaliśmy się na wysokości między trzy a cztery i pół kilometra. Upał, a potem śnieżyca i gradobicie w górach. Następnego dnia zjeżdżaliśmy znowu na "zero". Dla organizmu to nieustanny szok. Trzeba znać granice swoich możliwości.

Mówi pan o wyobraźni, ale na pana rękach widzę blizny. Ta na przedramieniu ma ze trzydzieści centymetrów. Co się stało?

- Motocyklista zgubił się na trasie, wracał pod prąd i uderzył mnie z boku. Wypadek zdarzył się w górach, zanim dotarłem do karetki, wszystko było zakażone. Kości na wierzchu, w środku błoto. Jeszcze pół godziny i trzeba by było amputować prawą rękę. Kość łokciowa składała się z ośmiu połączonych śrubami elementów, bo częściowo zjadły ją bakterie. Przeszedłem siedem operacji. A tu, w nadgarstku, który złamałem w Emiratach, mam trzynaście śrub i tytanową blachę...

Czy pan opowiada takie szczegóły swojej partnerce?

- Nie ograniczam się w opowieściach, ale też nie podkreślam "przygód". Nie chcę jej przerażać. Mam urwane więzadło barkowe, dwukrotnie rozerwany staw skokowy lewej nogi. O tych rzeczach mówię głośno tylko w kontekście pokory. Cierpienie uszlachetnia, tego w życiu doświadczyłem. Z człowieka pewnego siebie, czasem aroganckiego robi wyważonego gościa pełnego szacunku dla życia i ludzi.

Wracam do pani Karoliny. Wiem, że jest córką rajdowca. Ale mimo wszystko musi się o pana bać. To blokuje w wyścigu?

- Nie, ale rzeczywiście, mając rodzinę, od niedawna dziecko, czuję, że muszę jeszcze lepiej opanować sztukę powstrzymywania się. Rozumiem, że jeżeli oczekuję szacunku dla moich pasji, to muszę dać jej mniej więcej tyle samo. O tę równowagę zabiegam. Żeby szala nie przechyliła się zbytnio w stronę mojego egoizmu.

Jakie to uczucie być dojrzałym tatą debiutantem?

- Przeżywam to doświadczenie o dwadzieścia lat później niż rówieśnicy. Ale to nie zmniejsza jego intensywności, wręcz przeciwnie. Bo ja już nie muszę się spieszyć, spinać. W rozkładzie dnia mogę zrobić takie przesunięcia, żeby jak najwięcej czasu spędzić z Gniewciem. Dotychczas poranki miałem zaplanowane co do minuty. Teraz budzę się i wszystko jest płynne. Wstaję nie wtedy, gdy dzwoni budzik, tylko kiedy budzi się synek. Poza tym nie sądziłem, że będę chciał przeżywać rzeczy powtarzalne. Wspólne budzenie, pierwszy uśmiech. wyciągnięcie rączek - sto, dwieście razy. I jest cudownie.

Dziecko rozbroiło twardziela?

- Miałem potrzebę wyrażania uczuć, ale musiałem się dyscyplinować. Bo jak tu się wzruszać przy ekipie rajdowej czy pracownikach. A kiedy mam synka na rękach, ludzie wybaczają każde zachowanie niemęskie. Jak Gniewko płacze, całuję go, uspokajam i drapię za uszkiem. Ale przyznaję, że są takie emocje, których doświadczam po raz pierwszy. Na przykład nowy jest ból związany z myślą, że syn mógłby zachorować. Działając charytatywnie, wciąż stykałem się z chorobami dzieci. Ale uświadamiam sobie, że one mnie nie dotyczyły. A teraz, kiedy wyobrażę sobie, że synek - jak chłopiec, któremu pomagaliśmy w ubiegłym roku - mógłby zachorować na nowotwór oka... Przechodzą mnie ciarki. Przy takiej wizji inne sprawy, nawet Dakar, stają się banalne, trzeciorzędne.

Dziś wygrywa pan dla siebie czy także dla syna?

- Ścigam się dla Polski, bo wtedy i syn będzie ze mnie dumny. Ale tak, czasem na środku pustyni o wschodzie słońca zastanawiam się, co też Gniewko kiedyś powie o tym, jak zachował się czy co osiągnął jego stary. Potrafię sobie wyobrazić, że nastolatek, którego ojciec miał pięćdziesiąt lat w momencie jego narodzin, ma prawo powiedzieć: chłopie, przecież byłeś już dojrzałym facetem - gdybym na przykład coś przeskrobał. Ale jeśli mimo wieku spiszę się na medal, może on to doceni bardziej? Chciałbym.

Agnieszka Litorowicz-Siegert

TWÓJ STYL 4/2017

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje