Przejdź na stronę główną Interia.pl

Radzimir Dębski: Przemytnik dźwięków

​Kiedy orkiestra widzi, że wiesz, co robisz, da z siebie wszystko. Każdy ma wątpliwości, ale jeśli pokażesz je przed 60-osobową grupą zawodowców i zaczniesz stękać, to nie jest zawód dla ciebie, mówi Radzimir Dębski. Muzyk, kompozytor, dyrygent, niedoszły koszykarz i fan ścigania się szybkimi autami. Nam opowiada, dlaczego został "Jimkiem", co zawdzięcza swojej dziewczynie i jak Beyoncé rozwiązała mu ważny życiowy problem.

Zanim zaczną, wydaje się, że to zwykła orkiestra, która spokojnie odegra Brahmsa. Ale już po kilku minutach słychać, że tu grzecznie nie będzie. Tempo narasta, zmienia się, przeskakuje, przez co muzyka staje się hipnotyczna, transowa. Skrzypaczki piłują smykami jak nakręcone. Trębacze dmą ile sił w płucach. Harfistka przebiera palcami jak na przyspieszonym filmie. Całą maszynerią steruje jeden młody człowiek.

Reklama

Na dyrygenta nie wygląda, strój może wskazywać raczej na obsługę techniczną - luźny T-shirt, wyciągnięte spodnie, zielone trampki. A jednak to on sprawuje tu rząd dusz. I to jego utwór - pod tytułem Crux - z takim zapamiętaniem grają młodzi muzycy. Nagranie jest w sieci. Warto zobaczyć, bo mówi o "Jimku" więcej niż tysiąc słów. Kiedy na spokojnie oglądam je po raz drugi, zastanawiam się, czy taka muzyka jest naprawdę elitarna i niezrozumiała? Chyba nie, koncert ma już ponad 900 tysięcy odsłon.

Pod koniec każesz skrzypkom walić pałeczkami w pulpity. Dość długo. Nie buntowali się?

Radzimir Dębski: To nie jedyna dziwna rzecz, którą tam napisałem. (uśmiech) Już sama polirytmia - czyli granie w różnych rytmach - chyba była dla nich ciekawa, ale na przykład w pewnym momencie musieli zaśpiewać mormorando (bez otwierania ust - red.) dokładnie to samo, co przed chwilą zagrali na instrumentach. Wymyśliłem sobie taki niebiański pogłos. Na występach publiczność zawsze się wtedy rozgląda i szuka: gdzie jest ten chór, którego nie widać? A wracając do tamtego finału, nagle orkiestra symfoniczna staje się armią perkusistów. Rozwinąłem ten pomysł jeszcze bardziej w nowym utworze RF1. Backline’owcy (osoby odpowiedzialne na scenie za sprzęt - red.) zawsze się dziwią, że wybrzydzamy przy wyborze pulpitów. Pewnie myślą, że jestem psycholem. A ja lubię, kiedy są drewniane, nie metalowe. Bo dźwięk drewna uderzonego o drewno daje dokładnie ten efekt, o który mi chodziło.

Stajesz przed poważną orkiestrą, proponujesz im fanaberie i nigdy nie masz wątpliwości, czy to kupią?

- Każdy miewa, ale jeśli pokażesz je przed 60-osobową grupą zawodowców i zaczniesz stękać, to... nie jest zawód dla ciebie. To trochę jakbyś była architektem i przyszła na budowę realizować inwestycję za miliony - nie możesz nie wiedzieć, o co ci chodzi. Już na etapie pisania partytury parę miesięcy wcześniej, mając do dyspozycji tylko swoją wyobraźnię, muszę podjąć wszystkie decyzje. Na scenie jest za późno. Plan jest rozpisany co do sekundy, bo nikt nie ma czasu - orkiestra, studio, gigantyczne koszty generują odpowiedzialność. Mam kilkudziesięciu snajperów i naparzamy! Zawsze wiem, co mi się podoba, i tego pilnuję. Czasem na granicy despotyzmu, chociaż operujemy na takich niuansach, że dla większości ludzi byłoby to i tak bez różnicy.

Wyobrażasz sobie, że ty napisałeś utwór, a ktoś inny dyryguje?

- Nowy utwór? Nie. I to nie dlatego, że będę to robił najpiękniej, ale dlatego, że tylko ja wiem, jaki ma być efekt. Inaczej nie miałbym po co tego pisać. Wszystko, czym się zajmuję, w zasadzie jest bez sensu i bez znaczenia, ale dla mnie to jest najważniejsze na świecie. Pisanie na orkiestrę i potem pierwsze usłyszenie utworu to kosmos! Czasem onieśmiela, czasem miękną kolana, wpada się w trans. Jednak się nie upajam, tylko cisnę i patrzę, co jeszcze można zrobić lepiej. Wszystko dzieje się naraz, co 20 milisekund dostaję odpowiedzi na pytania, które zadawałem sobie miesiąc wcześniej, pisząc: czy to zadziała, jak to zagra z tamtym, jak się rozłoży w tempie? Czasem muszę w biegu podjąć decyzję i wywrócić coś do góry nogami. Zdarza się też, że coś jest możliwe, a muzycy mi tego nie dają. Muszę ich wówczas zmotywować, wyciągnąć to, co najlepsze.

Kijem czy marchewką? 

- Wszystko sprowadza się do jednego: albo orkiestra widzi, że wiesz, co robisz, i wtedy ufa ci i chce dać z siebie wszystko, albo... nie. I wtedy mają cię gdzieś. Co ciekawe, oni to wiedzą natychmiast. Myślę, że w wielu miejscach pracy bywa podobnie, prawda? 

Swoje utwory podpisujesz "Jimek", tak też na ciebie mówią znajomi. Skąd ten pseudonim? 

- Ha, ha, i jest! Ulubione pytanie wszystkich muzyków! Pseudonim jest z podwórka, zawsze tak na mnie wołano. Może dlatego, że mama, kiedy próbowała nauczyć się mojego imienia, (uśmiech) mówiła "Dzimi". Ludzie to łapali i wołali: Dżimi, Dżimuś, Dżimek. Ani po polsku, ani po angielsku... Taka hybryda.

Czy 30-letni Radzimir lubi dziecinną wersję imienia? 

- Nie myślę o tym. Po prostu pięć liter. 

Ale zrobiłeś z nich pseudonim artystyczny. 

- Bo to jestem ja. Ksywa musi mieć historię. To nie jest tak, że stworzysz sobie jakiś wydumany wyraz, bo chciałbyś zmusić ludzi, żeby tak na ciebie mówili. Zauważ, że ludzie sobie wymyślają pseudonimy, żeby jakoś tam "awansować". A dla mnie on po prostu musi zawierać prawdziwą tożsamość, którą inni dla ciebie wymyślili albo która stworzyła się sama. Tak jak ten. Dlatego go lubię.

Twoja praca to dźwięki. Wychowałeś się w muzycznym domu. Tata kompozytor Krzesimir Dębski, mama Anna Jurksztowicz, wokalistka. Pamiętasz z dzieciństwa dźwięk, który był twoim ulubionym? 

- Najbardziej uwielbiałem dźwięki samochodów. Te bulgoty, warkoty rozpoznawałem z daleka. Do tej pory zresztą przeważnie wiem, co przejeżdża, nawet nie patrząc. Nikt nie potrafi wyjaśnić, skąd się wzięła ta pasja, bo tradycja interesowania się samochodami w naszej rodzinie jest... ujemna. Jedyne wspomnienie kogokolwiek z bliskich, które dotyczy motoryzacji, jest takie, że babcia Marysia - mama mamy - zawsze głaskała samochód, którym miała jechać, i mówiła: "no, wieź mnie, malutka, wieź! Ty mnie nigdy nie zawiedziesz". Może to dlatego uważam, że samochody mają duszę i charakter. 

Słyszałam, że masz na ich punkcie hopla. W wywiadach wielokrotnie opowiadałeś o swoim dużym fiacie, którego nazywasz bandziorem. 

- A od jakiegoś czasu restauruję kilka lat starsze ode mnie porsche 928. Ten dźwięk silnika... Jeden z najlepiej brzmiących gangów wszech czasów! Potwór. 

Gangów? 

- Tak maniacy mówią o dźwięku silnika. Samochody są dla mnie instrumentami, bo brzmią pięknie i różnorodnie. Ale są też wolnością. Czasem ścigam się na torach. Oczyszczające doświadczenie. Nagłość sytuacji jest taka, że zapominam o wszystkim i jedyny problem, jaki wtedy mam, to wyrobić się na zakręcie.

Ale to zagrożenie dla życia! 

- Nieprawda, najlepsze uczucie świata. Masz w rękach narzędzie, które daje nadludzkie możliwości, i samo jego okiełznanie jest fascynującym procesem. Uczysz się siebie, reakcji na stres. Tego, żeby się nie podpalać i zachować spokój w dramatycznej czasem sytuacji. Walczysz z własnym charakterem. No i to glissando silnika, ten narastający warkot... Czy w aucie, czy na motorze - on wprowadza mnie w coś w rodzaju medytacji. Ta wibracja jest jak masaż w mózgu, jak mówienie "oooom" na jodze. Te wszystkie emocje starałem się właśnie złapać i oddać w następcy Cruxa, czyli utworze RF1, napisałem go na zamówienie Porsche. Ale z toru wyniosłem też ważną zasadę: jeśli wychodzę z zakrętu, nie ocierając się o bandę, znaczy, że mogłem pojechać szybciej. 

- Jeśli nie wykorzystałem całego toru, to oznacza, że było jeszcze parę centymetrów, któ- re mogłem zająć. I wyjść z zakrętu z prędkością nie 93 tylko 94 na godzinę, dzięki czemu na długiej prostej wyprzedziłbym dwa inne samochody. 

To się jakoś przekłada na codzienne życie? 

- U mnie jak najbardziej. Tak się na przykład narodził utwór Historia hip-hopu na orkiestrę. Miałem zamknięty projekt na płytę 2015 z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia i raperem Miuoshem, z jego piosenkami. Pozostał nam lekki luz czasowy, ostatnia próba przed rejestrowanym koncertem. Pomyślałem: mam w ręku kluczyki do Formuły 1... 

Znowu te analogie samochodowe... 

- Bo NOSPR to najlepsza orkiestra w kraju! Pomyślałem więc: mam do nich "kluczyki" jeszcze przez chwilę, więc siądę i napiszę coś dodatkowego. Zacząłem o 17, skończyłem o 5 rano. O 7 nuty dla wszystkich się drukowały, na 8 przyniosłem je na próbę i zamamrotałem: "Proszę państwa, tu jeszcze taki kawałek na bis". Nikt tego u mnie nie zamawiał, nie było do niczego potrzebne, a okazało się kolejnym strzałem, który - podobnie jak przygoda z Beyoncé - zmienił moje życie (Historia hip-hopu zdobyła rozgłos i przyniosła Radzimirowi szacunek amerykańskich raperów i kontrakt z prestiżową wytwórnią Deutsche Grammophon - red.). 

Do Beyoncé chciałabym jeszcze wrócić, ale teraz powiedz, skąd u ciebie ta potrzeba, żeby robić więcej, coś sobie udowadniać? 

- Ze sportu pewnie.

To prawda, że miałeś być koszykarzem? 

- Kiedyś o tym marzyłem, ale przestałem rosnąć. Dla jednych oglądanie sportu jest zajęciem dla idiotów, ale innym pokazuje fajne rzeczy. Na przykład, jak można przegrać szlachetnie i wygrać nieszlachetnie. Być fair albo kraść faule i symulować kontuzje. Jako chłopak grałem w kosza i to wtedy, gdy koledzy woleli piłkę nożną. Ja zawsze chciałem inaczej - kiedy wszyscy słuchali rocka, wolałem hip-hop, który wtedy wcale nie był popularny. 

Chciałeś się wyróżniać. 

- Pewnie tak. Chociaż każdemu z nas się wydaje, że jest inny. Tak strasznie wyjątkowy. Mamy z Klaudią (dziewczyną Radzimira od 7 lat - red.) ulubiony raperski numer, z którego zawsze się śmiejemy. Kiedy mieszkaliśmy w Los Angeles, leciał w radiu z piętnaście razy dziennie. Ma najbardziej odkrywczy tekst na świecie: typ powtarza w kółko "I’m different, yeah, I’m different" (jestem inny - ang.). Kiedy mamy jakieś różnice zdań, kwitujemy to "I am different, yeah, I’m different". (uśmiech)

Nieczęsto mówisz o swojej narzeczonej, ale jeśli już, to w piękny sposób. Słyszałam, że nazywasz ją swym talizmanem i że bez niej nie doszedłbyś do tego, co masz teraz. 

- Klaudia jest psychologiem, od jakiegoś czasu pracuje w szpitalu psychiatrycznym. Kiedy ją spotkałem, nie miałem pracy i nie bardzo wierzyłem w siebie. Wszystko zaczęło startować na jej oczach, więc albo przyniosła mi szczęście, albo coś więcej... 

Motywuje cię do działania? 

0 Nie o to chodzi. Ona ma inne podejście do życia, co uważam za bardzo dla mnie odświeżające. Niewiele wie o mojej muzyce i nawet niespecjalnie ją to interesuje. To się nam w sobie spodobało, że jesteśmy kompletnie inni - "I’m differeeeent". (uśmiech) Na pewno nie z tych, co robią wszystko razem. 

Wspomniałeś o czasie, kiedy razem byliście w Stanach. Wiem, że tam pomieszkujesz i pracujesz. Czy w Los Angeles jesteś innym Jimkiem niż nad Wisłą? 

- Robię tam teraz dużo muzyki do reklam, szykują się jakieś filmy. Oczywiście nie mam takiej pozycji jak tutaj, gdzie zrobiłem muzykę do topowych filmów. Tam skala i rozmiar rynku są inne.

Mnie chodziło bardziej o psychikę, sposób bycia. Czy tam nie zamieniasz się w amerykańskiego luzaka, dla którego wszystko jest OK.

- Myślę, że jestem wszędzie taki sam. Może dlatego, że tam nigdy nie będę udawał, że jestem skądś, skąd nie pochodzę. Mój dom jest tutaj, nawet gdybym zamieszkał w Stanach na resztę życia. Ale tak, z lekkim zażenowaniem rzeczywiście muszę przyznać, że w Stanach czuję się luźniej, bo jestem całkiem anonimowy. Nie twierdzę, że w Polsce jestem jakimś wielkim gwiazdorem. Ale były okresy, zwłaszcza po Beyoncé... 

...przypomnijmy: w 2012 wybrała twój remix jej piosenki "End of time" spośród trzech tysięcy nadesłanych propozycji. "Miałeś 25 lat, gdy usłyszał o tobie świat". 

- To było super. Nagle ludzie chcieli przybijać mi piątkę na ulicy. Wyobrażasz sobie to uczucie? Idziesz i ktoś spontanicznie wyciąga rękę, bo lubi twoją muzykę. Jesteś jak pisarz w głowie czytelnika.

A nie denerwowało cię, że studiowałeś tyle lat na Uniwersytecie Fryderyka Chopina, zajmowałeś się poważnymi rzeczami w muzyce poważnej, a ludzie chcieli ci przybijać piątki, dopiero gdy "namaściła" cię Beyoncé, gwiazda popu?

- Nie. To, że mój remix znalazł się na jej płycie, uznaję za wydarzenie przełomowe. Dostałem kopa do działania. A "namaszczenie" sprawiło, że inni zaczęli być ciekawi tego, co robię. 

Śmiesznie, bo "wystrzeliło" cię coś, co w ogóle nie było twoim emploi. 

- Może dlatego miałem świeże spojrzenie i zrobiłem inaczej niż inni? Cieszę się, że udało mi się zachować tożsamość. Nie nagiąłem się. Równie dobrze mógłbym dalej robić tylko takie rzeczy, a starałem się iść swoją drogą. Czym pewnie zaprzepaściłem mnóstwo możliwości "kariery". Zresztą często łapię się na tym, że wykonuję najgłupsze ruchy biznesowe. 

W Polsce - trudno tego uniknąć - długo byłeś odbierany przez pryzmat rodziców. Na przykład poprzez fakt, że z tatą napisałeś muzykę do popularnego serialu Ranczo. 

- Byłem. I miałem z tym problem, bo cokolwiek bym zrobił zawodowo, zawsze mogło się znaleźć jakieś "ale"... I to się nagle zmieniło jednego dnia. 

Dzięki Beyoncé. Teraz robisz karierę na własny rachunek. W ciągu ostatniego roku skomponowałeś muzykę do dwóch filmów: "Sztuki kochania" i "Ataku paniki", oba soundtracki znalazły się nawet na płytach winylowych. Czy można już mówić o stylu Jimka? Jakie są twoje patenty? 

- Jestem stylistycznym włóczykijem. W każ- dym następnym projekcie ładuję baterie inną energią. Patenty? Mistrzostwo polega na tym, żeby mieć ich sto tysięcy i nimi żonglować. W "Ataku paniki" użyłem na przykład dwóch fortepianów, z których jeden przestroiłem ćwierć tonu. To daje właśnie efekt tytułowego "ataku paniki". Inny przykład: bęben. Jedna ręka grała, a osiem rąk kręciło śrubami i napinało membranę, która z kompletnego flaka stała się żyletką. Osiągnęliśmy w ten sposób skrajne dla ucha rejestry. Zobaczysz w kinie. 

Czy takie niegrzeczne zabiegi mają w muzyce swoją nazwę? 

- Sonoryzm. Wykorzystanie instrumentów niekoniecznie zgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem. I wykorzystywanie dźwięków z natury. To nie jest mój wynalazek, to cały kierunek w muzyce związany z awangardą XX wieku - Penderecki, Górecki, nawet Kilar. Studiując w Stanach, też uczyłem się o polskiej szkole sonoryzmu, z wielką dumą zresztą. Im bardziej różnorodne źródła dźwięku, tym ciekawiej. W ubiegłym roku zrobiłem w Polsce taki projekt - 3090 - w którym ludzie wysyłali mi najróżniejsze dźwięki, nawet nagrane telefonem w codziennym życiu. Selekcjonowałem je, zrobiłem z nich wielki kawałek. Na przykład tafla lodu, która spada na jezioro i się roztrzaskuje - wiesz, jaki to świetny dźwięk?

A ludzki głos też cię interesuje? 

- Śpiew jest ciekawy, bo u każdego jest inny, jak odcisk palca. Ma takie same parametry jak instrument, ale dodatkowo jeszcze jeden: szczerość. Zauważyłaś pewnie nieraz: są wokaliści świetni technicznie, ale się im nie wierzy. A ktoś może nie jest superwykształcony, ale robi to prawdziwie i chcesz go słuchać. Zdradzę ci łatwy test, jak poznasz jakiegoś jurora z TV, to mu przekaż. (śmiech) Śpiewa dobrze ten, kogo nie da się sparodiować. Bo robi to bez maniery. Ja zawsze jestem ciekaw nawet tych osób mniej sprawnych technicznie, dziwnych, outsiderów, bo ich przekaz często jest prawdziwszy. Zresztą prywatnie też lubię wariatów, wykolejeńców, tych, których inni nie lubią. 

"I’m different"... 

- Z wiekiem zmienił mi się stosunek do tego, jak mnie ludzie postrzegają. Kiedy byłem młodszy, chciałem wszystkich zadowolić. Na szczęście potem przestajemy przejmować się tym, co kto o nas myśli. Mało tego, jakiś czas temu zdałem sobie sprawę, że lubię ludzi, którzy... mnie nie lubią. Nie mam z tym problemu. Nie zawsze musi być towarzystwo wzajemnej adoracji. Dlaczego to, co ktoś myśli o mnie, ma wpływać na to, co ja o nim? 

Odważnie. A wracając do muzyki. Jesteś wolnym strzelcem, nie masz szefa, skąd zatem wiesz, kiedy "to jest to" i kończysz robotę? 

- Nigdy! Ciągle powtarzam że Krzysztof Kieślowski mówił, że żadnego filmu nigdy się nie kończy, po prostu przychodzi moment, że ktoś ci go wyrywa z rąk. Mam podobnie. Na szczęście są deadline’y. Wtedy spinam się, pracuję w dzień i w nocy. Na napisanie muzyki do "Sztuki..." i "Ataku..." miałem trzy, cztery tygodnie. W takich sytuacjach nie ma czasu na stękanie. Bo od mojej pracy zależy praca innych. Ja mogę stękać w rzeczach, które robię sam dla siebie i nikt mi tego nie finansuje. To mordęga każdego artysty - codziennie gram mecz sam ze sobą. I nie zawsze wygrywam. Czasem się frustruję, ale to normalne. Każdy, kto miał kiedyś do napisania pracę magisterską, wie, jak to jest. A ja tak mam non stop. (śmiech)

Idziesz na kompromisy ze sobą? 

- Świat muzyki poważnej to jest świat, w którym często jest więcej ludzi na scenie niż na widowni. Ale czy to znaczy, że ta muzyka jest niewartościowa i nie zasługuje na większe zainteresowanie? Oczywiście, że nie jest i że zasługuje. A czy ja powinienem tworzyć pod publiczkę, czy pozostać chropowaty i robić po swojemu? Nie mam na to odpowiedzi. Jest tylko wewnętrzny kompas: nigdy nie robię rzeczy, których nie czuję. Brzmi jak banał, ale w dzisiejszym świecie wcale nie jest takie oczywiste. W kwestii kompromisów chciałbym dać ci jedną uniwersalną odpowiedź, ale - i w muzyce, i w życiu - każda prostota jest skazana na bycie nieprawdą. Dziecku można udzielać prostych wyjaśnień, to mu daje poczucie bezpieczeństwa i ukojenie. Z czasem jednak i ono zaczyna zdawać sobie sprawę, jak złożone i nieoczywiste są sprawy wokół. Ale wiesz co? "Wszystko jest niepewne i to właśnie mnie uspokaja". To nie ja, to Muminki. (śmiech)

Rozmawiała Joanna Nojszewska 
TWÓJ STYL 2/2018


Zobacz także:

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje