Przejdź na stronę główną Interia.pl

Radość to mój stan naturalny

​"O, jak mi dobrze", pomyślała. Udany związek, niedawny ślub, dobra passa zawodowa: własne programy telewizyjne i książki kulinarne. Ale żeby to wszystko osiągnąć, Ania Starmach musiała kiedyś wywrócić swoje życie do góry nogami.

Zacznij rozmowę od jedzenia, a będzie zachwycona - radzi osoba z branży, która dobrze zna Annę Starmach. Wizerunek uśmiechniętej, dobrze wychowanej młodej kobiety, która raczej nie pozwala sobie na szaleństwa, mocno na niej ciąży. Kim więc jest po zdjęciu - jak sama mówi - "telewizyjnego kostiumu"? 

Reklama

Anna Starmach (30 l.), z zawodu historyk sztuki po Uniwersytecie Jagiellońskim, absolwentka prestiżowej akademii gotowania Le Cordon Bleu w Paryżu, od kilku lat pełni rolę jurorki w programach: "Masterchef" i "Masterchef Junior" (TVN), wydała siedem książek kucharskich (w październiku ukazały się "Pyszne obiady") z autorskimi przepisami. Prowadzi swój kulinarny serwis, przez kilka sezonów miała swój program o gotowaniu w TVN Style. Ostatnio było o niej głośno, lecz wcale nie z powodów gastronomicznych. W pierwszy weekend września wzięła ślub w ukochanym Krakowie. Jej wybranek Piotr też stąd pochodzi, pracuje w branży informatycznej. Ania na profilu społecznościowym zamieściła tylko dwa zdjęcia z ceremonii. Miała tradycyjną suknię z gorsetem i długim trenem, do tego welon, pan młody zaś - klasyczny ciemny garnitur i szary krawat. Oboje promienieli szczęściem. Wśród weselnych gości był m.in. dyrektor programowy TVN Edward Miszczak. 

Kolekcjonerka od pokoleń

Krakowianka od pokoleń. Pochodzi ze znanej w tym mieście rodziny Starmachów, jej ojciec Andrzej Starmach jest marszandem sztuki. Od prawie 30 lat prowadzi razem z żoną Teresą jedną z najbardziej znanych galerii w Polsce Starmach Gallery (w jej zbiorach znajdują się m.in. dzieła Tadeusza Kantora czy Magdaleny Abakanowicz). Są rodzicami trzech córek: Katarzyny, Agaty i Anny. Tylko ta średnia, czyli Ania, mieszka nadal w Krakowie. Umawiamy się w jej ulubionej wegetariańskiej krakowskiej restauracji ("Chociaż nie jestem wegetarianką", zastrzega na wstępie) w offowym zagłębiu gastronomicznym Dolne Młyny. Ania zjawia się przed czasem: ma na sobie prostą czarną sukienkę i baletki. Nie grymasi przy wyborze jedzenia. Zamawiamy proste zestawy lunchowe, a potem kawę z mlekiem kokosowym. 

Przekonuję się, że spotkałam się z dyplomatką, która starannie dobiera i waży słowa. Kiedyś miała specjalny notes, w którym zapisywała piękne lub oryginalnie brzmiące polskie wyrazy. - To były beztroskie czasy studenckie, kiedy razem z kolegami chodziliśmy po zajęciach od knajpki do knajpki i wpisywaliśmy do tego zeszytu słowa, które nam się spodobały. Fortel, fanaberia, girlandy, figle, galimatias. Kolekcjonowaliśmy je. Wszyscy mówili "fajnie", my woleliśmy "kapitalnie". Czasem otwieraliśmy notes i używaliśmy w rozmowie jak najwięcej tego typu wyrazów. Taka gra towarzyska - wspomina Starmach. 

Słowa, podobnie jak smaki, są dla niej ważne. Przez lata pamięta to, co usłyszała od kogoś: wartościowego, ale również przykrego. - Nie jestem też osobą, która rzuca słowa na wiatr. Szczerze? Prywatnie wcale nie mówię dużo. Czasami milczę, bo potrzebuję. Wszędzie panuje natłok słów. Nie lubię takich, które niczego nie wnoszą - wyjaśnia. 

Idź się pobawić

Z domu wyniosła zasadę, że do każdej nowo poznanej osoby mówi się per pan, pani. Nie potrafi przejść od razu na "ty", co bywa przeszkodą zwłaszcza na planie telewizyjnym, gdzie wszyscy mówią sobie po imieniu. - Niektórzy odbierają to jako tworzenie dystansu, ale przecież nie o to chodzi - przyznaje. 

Od dziecka była niezwykle odpowiedzialna. Kiedy chodziła do pierwszej klasy, sama budziła o świcie ojca z prośbą, aby ją odprowadził do szkoły. Nie chciała się spóźnić na lekcje. Uczyła się świetnie, startowała w olimpiadach. To rodzice sami ją prosili: "Idź się pobawić!". Jej najstarsza siostra Katarzyna Starmach, która mieszka w Warszawie, wspomina czasy, kiedy one były nastolatkami, a rodzice wyjeżdżali gdzieś na krótko. 

- To Andzi powierzali pieniądze, bo była gwarancją, że zostaną należycie wydane, czyli na jedzenie i bilety komunikacji miejskiej. Jak ja chciałam wyskoczyć na imprezę, musiałam prosić młodszą siostrę, aby dała mi na taksówkę - śmieje się. Trzy siostry dzieliły kiedyś jeden pokój. Zdarzały się kłótnie. Ale wystarczyło, żeby jedna z nich wyjechała na tzw. zieloną szkołę, a dwie pozostałe tęskniły. Katarzyna mówi, że to ona jest najbardziej rozgadaną i spontaniczną osobą w rodzinie. - Ale Ania, wpatrzona w starszą siostrę, czerpała z mojego luzu i otwartości. Nieraz udało mi się namówić ją na wagary czy noc w środku lasu pod namiotem. To za moją namową wstąpiła do harcerstwa. 

- Przyjaciółki? To mało powiedziane! - mówi Anna. - Mam z siostrami niezwykle silną więź, nie wyobrażamy sobie dnia bez rozmowy. Czuję się z nimi bezpiecznie, ufam im totalnie - dodaje. Od czasu do czasu wyjeżdżają gdzieś tylko we trzy. Tajlandia, Wietnam, europejskie metropolie: Paryż, Barcelona, Bruksela. W lutym tego roku Katarzyna towarzyszyła Ani podczas wyjazdu do Etiopii - Ania pojechała tam na zaproszenie World Food Programme (Światowy Program Żywnościowy), agencji ONZ, która walczy z głodem na świecie. Motywuje słynną siostrę, aby wykorzystywała popularność w najlepszy sposób, np. w celach charytatywnych. Agata z kolei była z Anią w Australii, podczas zdjęć do programu "Masterchef". 

Hrabina w Burgundii

To właśnie Ania miała być kontynuatorką dzieła rodziców. - Już w liceum wiedziałam, że idę na historię sztuki i będę pracowała w galerii rodzinnej. Miałam przeświadczenie, że tak trzeba. Kiedy znalazłam się na studiach, pierwszy raz w życiu poczułam, że pragnę czegoś innego. Naturalnym odruchem było jednak stłumienie w sobie tych emocji. Po pierwszym roku studiów postanowiła trochę zarobić. Fascynowała się kulturą i językiem francuskim, a od znajomych usłyszała, że pewna hrabina w Burgundii potrzebuje pomocy w kuchni. Od razu zadeklarowała się na całe wakacje, trzy miesiące. 

- Przyjechałam do przepięknego pałacu z wielohektarowym ogrodem i stadniną koni. Hrabina była sporo po osiemdziesiątce i miała pięciu synów. Szczupła, dystyngowana, z najpiękniejszą biżuterią na świecie. Nie miała pojęcia, jak się gotuje, ale wiedziała, jak powinno wszystko smakować - opowiada Ania. 

- Na miejscu były już dwie Polki. Jedna z nas miała się zająć dziećmi, druga sprzątaniem, a trzecia kuchnią. Ja wybrałam gotowanie, bo wydawało mi się bezproblemowe. Ale okazało się, że hrabina co weekend organizuje zjazdy rodzinne na trzydzieści osób. Jeśli myślałam, że w moim domu jada się elegancko, to tego typu kindersztuby jeszcze nie widziałam. Na początku hrabina nie stroniła od krytyki. Ale Ania z dnia na dzień była lepsza i coraz odważniej korzystała ze starych francuskich receptur. Szykowała tarty, quiche’e, wołowinę po burgundzku, ciasta. To była szkoła i gotowania, i życia. 

Ania chce być kucharką

Katarzyna wspomina, że Ania wróciła z Francji zmęczona, jednak z iskrą w oku. - Poczułam wtedy, że gotowanie to nie tylko jej hobby - mówi. Ania usiadła w sali wykładowej i pomyślała, że coś jej tu nie gra. Tego dnia powiedziała rodzicom, że chciałaby na poważnie zająć się gotowaniem. Jej ojciec poprosił znajomego restauratora, żeby przyjął córkę na praktyki. Ania trafiła do kuchni renomowanego krakowskiego lokalu. 

- Tata był pewny, że zrezygnuję szybciutko, sam jako student pracował jako szef kuchni w Skandynawii. Wie, że w tym fachu jest się na nogach po kilkanaście godzin dziennie - opowiada Anna.- Teraz, także dzięki programom typu "Masterchef", zmieniło się podejście ludzi do gotowania, ale 11 lat temu moja mama miała problem, żeby powiedzieć: "Ania chce zostać kucharką". Po zajęciach biegła do restauracji, w której pracowała do późnych godzin nocnych. Koledzy szli na Rynek na piwo, a ona pędziła zmęczona do domu. 

- Słuchając Ani, która z pasją opowiadała o tym, jak filetowała przez pół dnia łososia, zrozumiałam, że kuchnia to jej miejsce - mówi Katarzyna. Niedługo potem Ania wybrała się na kilka dni do Paryża na naukowy objazd. Przy okazji umówiła się na rozmowę w akademii Le Cordon Blue. Spędziła w niej cały dzień. Wróciła do Krakowa z nowym planem na siebie. Umówiła się w kawiarni z tatą, zupełnie jakby się starała o pracę. Powiedziała mu z przejęciem, że chce się nauczyć gotować w Paryżu, wyjechać do szkoły na rok. Nie krył zdziwienia, ale... 

- Nie zapomnę jego słów. Tata mi wtedy wyznał: "Kiedy się urodziły moje córki, to sobie obiecałem, że zrobię wszystko, abyście były szczęśliwe. Jeśli więc to cię ma uszczęśliwić, nie mam prawa utrudniać ci tego. Pomogę". I pomogli mi z mamą. Potem dowiedziałam się, że część pieniędzy pożyczyli od przyjaciół (aby sfinansować moją naukę w Le Cordon Blue). Mieli tylko jeden warunek: dokończę studia na uniwersytecie. Kiedy wyjeżdżałam z Polski, ludzie nie mogli się nadziwić, co ja wyprawiam. Gotowanie zamiast historii sztuki i prestiżowej pracy w galerii? Nikt nie powiedział: "Och, ale świetnie to wymyśliłaś!" - uśmiecha się dziś Starmach. 

Telewizja nie kłamie

Kraków, prawie osiem lat temu. Ania po kolacji surfuje w Internecie, przypadkiem natrafia na konkurs "Gotuj o wszystko". TVN szuka gotujących pań, nagrodą jest półroczne gotowanie na żywo w programie "Dzień dobry TVN". - Nie mam pojęcia, czemu wysłałam zgłoszenie, nie marzyłam przecież o pracy w telewizji - zastanawia się. - To nie był mój plan na życie. Konkurs wygrała. 

Pierwsze jej wejście na żywo tak wspomina Marcin Prokop, który z Dorotą Wellman prowadził wtedy program: - Pierwsze, co rzucało się w oczy, to jej niegasnący uśmiech, a drugie to fakt, że potrafi nie tylko gotować, ale też opowiadać o tym w taki sposób, że można się najeść, już tylko słuchając. Ania to połączenie delikatnego, dziewczęcego wdzięku i mocnego, kobiecego charakteru, który wie, czego chce. Na ekranie jest urocza, ale nie mizdrzy się do widza. Nie rozpycha się za wszelką cenę. Potrafi spontanicznie zachichotać w reakcji na odważny żart, lecz szybko poważnieje, kiedy odzywa się w niej wstydliwa, mieszczańska powściągliwość - dodaje dziennikarz. Po pół roku usłyszała od ówczesnego szefa "DDTVN": "Ania, spodobałaś się widzom i nam, chcemy dalej współpracować". A potem nastąpiła kulminacja wydarzeń. Pamięta, że było późne letnie popołudnie, siedziała z przyjaciółmi w kawiarni na krakowskim placu Szczepańskim, gdy zadzwonił telefon. Ówczesna szefowa kanału TVN Style proponowała jej autorski program kulinarny. A Ania miała już świeżo podpisany kontrakt z wydawnictwem Znak na pierwszą książkę i umowę z TVN-em na "Masterchefa". 

- W wieku 25 lat nagle stałam się jurorką programu oglądanego przez cztery miliony ludzi - mówi Starmach. - Jestem odporna psychicznie, ale oprócz tego, że cieszyły mnie sukcesy i możliwości, ta nowa rzeczywistość czasem przytłaczała. Nagła popularność, krytyka i, chyba najtrudniejsza jednak, samokrytyka. Na szczęście jestem dla siebie coraz mniej surowa, uspokoiłam się zawodowo i prywatnie. Poczułam większą pewność siebie. Oswoiłam - to kolejne ważne dla mnie słowo - całą tę sytuację. 

Ucieczki bliskie i dalekie

Sierpień tego roku, Bieszczady. Ania i jej przyszły mąż Piotr chodzą po górach, robią zdjęcia, wieczorami czytają książki. Mieszkają w schronisku. Nigdzie się nie spieszą. - Po powrocie z Bieszczad zawsze mam doskonały humor - wyznaje Ania. - Wystarczy kilka dni. Wyciszam się otoczona naturą. To nie jest ucieczka, tylko reset. Introwertyczka, mówią o niej w branży. 

- Może nią tylko bywam - uśmiecha się. - Owszem, mam ograniczoną liczbę przyjaciół i bliskich, lubię milczeć. Ale radość to mój stan naturalny. Kiedy pytałam mojego męża, co go we mnie urzekło, to najpierw wymienił promienny uśmiech. Jestem szczęśliwą kobietą, mam szczęśliwy związek. Kiedy z okazji trzydziestki goście dopytywali, czego mi życzyć, prosiłam: "Żeby to trwało!". 

Ci, co ją znają, mówią, że ostatnio Ania stała się bardziej otwarta i spontaniczna. - Przez lata byłam tą, która planuje i przejmuje się wszystkim nadmiernie - przyznaje. - A teraz wreszcie zaczęłam się cieszyć tym, co jest. Z okazji trzydziestki zorganizowałam pyszną kolację dla najbliższych. Tańczyliśmy z Piotrem, z moimi rodzicami i przyjaciółmi do rana. "Jak mi dobrze", pomyślałam, patrząc na nich wszystkich. 

Ania domowa

Najbardziej lubi krakowską codzienność, która jest rzadkością ze względu na jej podróże (głównie zawodowe). Ale kiedy już się jej ta krakowska codzienność przydarzy, to chce ją celebrować. Wstaje rankiem, razem z mężem szykuje śniadanie, wręcza Piotrowi pięknie zapakowane jedzenie do pracy. A potem siada z kawą na tarasie albo w dużym pokoju. Czyta gazetę, ma czas pobyć sama ze sobą. Choć wie, że czeka ją dziś sporo zadań (wrzucenie nowej porcji przepisów na stronę www.aniastarmach.pl, praca nad kolejną książką, testowanie receptur itp.), to jednak pozwala sobie na te chwile luzu. Jeśli coś komuś obiecuje, to dotrzymuje słowa. Potrafi zawalić noc, aby zdążyć z pracą. 

- Tata nauczył mnie punktualności, więc marnuję wiele godzin na dworcach i lotniskach, bo zawsze jestem za wcześnie. Kiedy ona lub Piotr odniosą zawodowy sukces, pozwalają sobie na prywatne świętowanie. Otwierają dobre wino lub szampana, Ania szykuje kolację. Znajdują czas na takie chwile. W domu chodzi bez makijażu: mąż uwielbia ją w takiej wersji. Dawniej po nagraniach do programów ściągała "kostium" i była chłopczycą w T-shircie i luźnych spodniach. Dziś lubi wyglądać bardziej kobieco. Pokochała sukienki. Ale nie szasta pieniędzmi i w sumie rzadko chodzi po sklepach. 

Mój Kraków

"Dlaczego nie przeprowadzisz się do Warszawy?" - takie pytania są na porządku dziennym, bo spędza wiele godzin w pociągach pomiędzy tymi miastami. - Ale to tutaj, w Krakowie, jest moja przestrzeń - protestuje Anna. - Nie wyobrażam sobie życia w Warszawie. Proszę ją o wskazanie ukochanych miejsc w jej mieście. Chętnie na to przystaje. Wymienia ich wiele jednym tchem. Najważniejsza jest dzielnica, w której mieszka z mężem, nieopodal jej rodziców i teściów. - Jest cicho i spokojnie, z dala od centrum. Przed północą słyszę tupot końskich kopyt i kół dorożek wracających do domów - mówi. Uwielbia też zaglądać do kawiarni Bunkier Sztuki (tam czasami spotyka tatę) oraz na Stary Kleparz. 

- Tutaj owoce i warzywa sprzedawali kiedyś moi dziadkowie oraz prababcia - opowiada. - A teraz my po sobotnim śniadaniu rodzinnym wpadamy na Kleparz na zakupy. Wiemy, kto ma najlepsze grzyby, a kto pomidory. Na krakowskim Rynku bywa za to najchętniej o świcie. Szósta rano, wschodzi słońce, jest lekki przymrozek. I żadnych turystów! Właśnie przy Rynku stoi piękna ceglana kamienica, w której wychowała się mama Ani. Tabliczka u  frontu budynku głosi, że w XVIII wieku mieszkał tutaj sam Tadeusz Kościuszko... Dziadkowie Ani prowadzili dom otwarty, a babcia słynęła z doskonałych wypieków, szczególnie z tortów. Pod koniec lat 80. XX wieku Teresa i Andrzej Starmachowie w piwnicy tej kamienicy otworzyli swoją galerię (potem przenieśli ją na krakowskie Podgórze). Córki chętnie wpadały do nich po lekcjach. Ania ma nadal fantastyczny kontakt z rodzicami. Wyznaje, że jest z nich dumna. 

- Historia ich życia to dowód na to, że marzenia, które wydają się na początku absurdalne, są jak najbardziej do zrealizowania. To oni w niesprzyjających czasach stwierdzili, że otwierają galerię i będą w niej sprzedawać sztukę trudną, nowoczesną, której nie rozumieli ich rodzice. Teraz już chyba jasne, skąd ja wzięłam odwagę, aby zawiesić studia i wyjechać do Francji na naukę gotowania? - rozkłada ręce Ania. I żegna mnie tym swoim firmowym uśmiechem.

Zobacz także:




Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje