Przejdź na stronę główną Interia.pl

Przyjemnie być synem Kisiela

Jerzy Kisielewski, syn słynnego Kisiela opowiada o krakowskim dzieciństwie, domu, przez który przewinęły się największe osobowości polskiej kultury i życiu w PRL-u a także książce "Pierwsza woda po Kisielu", w której opowiada o świecie, którego już nie ma. Anegdota goni anegdotę.

Anna Piątkowska, Styl.pl: Czy bardzo zmieniła się ulica Krupnicza w Krakowie od czasu, kiedy pan tam mieszkał?

Reklama

Jerzy Kisielewski: - Jedno jest pewne - jest mniejsza. Tak jest zawsze, kiedy wraca się do miejsc swojego dzieciństwa. Kiedyś przejście z Krupniczej na Wielopole czy na Stolarską, gdzie właśnie jesteśmy, to była cała wyprawa, a teraz to 15 minut spacerkiem.

Dom Literatów na Krupniczej to dom pana dzieciństwa.

- Tak, przez ten dom przewinęło się 101 pisarzy: Gałczyński, Mrożek, Peiper, Andrzejewski, Kruczkowski, Adam Polewka, Czesław Miłosz, Tadeusz Różewicz, później jeszcze wielu znakomitych, m.in. Szymborska. Był nawet pomysł, żeby zrobić tam rodzaj muzeum literatury, ale jakoś się to rozeszło.

Kilkadziesiąt lat temu Stefan Kisielewski głosił zasadę, dziś niezwykle popularną wśród psychologów dziecięcych, że "dziecko ma być bystre a nie grzeczne". Wygląda na to, że miał pan dobre dzieciństwo.

- To nie było złe dzieciństwo. Zastanawiałem się, czy nie zafałszowuję tego obrazu, ale liczy się przecież to jak zapamiętaliśmy - na tle tych bardzo chudych lat rodzice i ciocia była naszą tarczą obronną przed rzeczywistości, to się docenia po latach. Choć różne rzeczy się zapamiętuje i ja np. zapamiętałem też pończochy, które musiałem nosić do krótkich spodenek zimą, bo długich spodni nie było. Zapamiętałem, bo większego upokorzenia wtedy nie przeżyłem. Ale może to już tak jest, jak z Krakowem, że z biegiem lat znów coraz bardziej mi się podoba, coraz bardziej czuję się tu u siebie. To rodzaj nieświadomego pozytywnego zafałszowania.

Dzieciństwo to nie tylko obrazy, to także zapachy, takie, które zostają w nas na zawsze.

- Rzeczywiście zapamiętałem zapachy. W  szkole muzycznej na Basztowej było podwórko z krużgankami, prawie takie jak wawelskie, na przerwie wychodziło się na te krużganki i podwórka - to było coś, czego najbardziej brakowało mi po wyjeździe z Krakowa, takich starych murów, z tego powodu też Warszawa przez wiele lat wydawała mi się dziwna - i tam w podziemiach był magazyn suszonych grzybów, kiedy ktoś otworzył drzwi, to w szkole przez cały dzień unosił się zapach grzybów.

- A na Krupniczej, jak się szło w kierunku Szewskiej na rogu w piwnicach, była rozlewnia win importowanych, gdy przyjeżdżała cysterna, to nad ulicą długo unosił się zapach wina. Takie zapachy się zapamiętuje. Dziś Kraków pachnie inaczej, krakowianie narzekają...

Dziś w Krakowie czuje się pan u siebie?

- To jest wzruszające, bo kiedy wyjeżdżaliśmy z Krakowa miałem 10 lat, i gdy potem wracałem, to Kraków wydawał mi się dziwnie mały, po czym upływa jakiś czas i z coraz większym wzruszeniem wracam do tego miasta i coraz bardziej czuję, że to moje miasto.

Dowód na to, że czas jest względny - pół godziny na Rynku w Krakowie i pół godziny w centrum Warszawy. Czas w tych miejscach płynie zupełnie inaczej.

- To prawda, choć są krakowianie, którym  przeszkadza to, że w tym mieście wielu rzeczy nie da się zrobić, że czas płynie tu wolno, ale to ma swój wdzięk. W latach 70-tych współpracowałem jako tłumacz z telewizją francusko-belgijską, która robiła materiał o polskiej kulturze. Chcieli spotkać Piotra Skrzyneckiego, prosili więc, żeby zorganizować takie spotkanie i byli zdziwieni, kiedy powiedziałem, że nie trzeba nic organizować, wystarczy, że o pewnej porze pojawimy się na Gołębiej i bez umawiania się spotkamy wszystkich. Nie mogli się nadziwić, kiedy im powiedziałem, że w Krakowie jest kilka miejsc, do których można iść w ciemno i zawsze się kogoś spotka. To miasto jest tak skonstruowane, że w obrębie Plant zawsze się na kogoś trafi.

No tak, to miasto ma swój rytm niezmienny od lat, choć rzeczywiście może to przeszkadzać.

- Podczas jednej z wizyt w Krakowie poszedłem rano do kawiarni, usiadłem przy oknie, ale wciąż miałem nieodparte wrażenie, że ktoś na mnie patrzy. I rzeczywiście, patrzył na mnie z niechęcią elegancki, mocno starszy pan. Zdałem sobie sprawę, że zapewne usiadłem przy stoliku, przy którym on siadywał od kilku dekad , szybko więc przeniosłem się do innego. Uznał mnie za intruza, bo jak można nie wiedzieć, że to jego miejsce.

- W Warszawie też są takie miejsca, np. u Bliklego na Nowym Świcie jest stoliczek, przy którym nikt nie siada, bo wiadomo, że koło 11 przyjdzie na kawę Tadeusz Konwicki, do niedawna bywał tam z Andrzejem Łapickim.  Polska odzyskuje takie miejsca, tylko że w Krakowie nic nie trzeba odzyskiwać, bo takie miejsca zawsze tu były. Stare Miasto w Warszawie jest wciąż bardziej atrakcją turystyczną.

Pierwsze pytanie, jakie przychodzi mi do głowy w związku z książką "Pierwsza woda po Kisielu" to: dlaczego dopiero teraz?

- Ja jestem gadacz, te historie przy różnych okazjach opowiadałem więc  przyjaciołom. Przed ich spisaniem hamowało mnie jednak kilka spraw.

- Zastanawiałem się, czy jak już wszystkie te historie opowiedziałem, to czy jest jeszcze sens przelewać je na papier, ale chodziło to za mną... No i pomyślałem, że trzeba jednak spisać, dopóki jeszcze pamiętam, bo jak stracę pamięć, to trzeba będzie wymyślać.

- Hamulcem było to, żeby "nie jechać na Kisielu". Oczywiście nieuchronne jest pewne porównanie , ale nie chciałem, żeby ktoś odniósł wrażenie, że promuję się za pomocą ojca. Szczęśliwie tak się złożyło, że pracując jako dziennikarz wypracowałem sobie swoją niszę. Żeby było śmieszniej, do pisania zmobilizowała mnie także Monika Jaruzelska, moja sąsiadka, której pierwsza książka odniosła prawdziwy sukces.

- Hamował mnie jeszcze, niemodny może już dziś, respekt dla słowa drukowanego, książka to jednak książka.

Być synem Kisiela, to jakiś szczególny obowiązek?

- Wszyscy mnie pytają, czy łatwo być synem Kisiela - nie ukrywam, że przyjemnie, bo spotyka mnie niezasłużony splendor, co jest wzruszające, bo ojca nie ma wśród nas od ponad dwudziestu lat, a ja spotykam ludzi, którzy nie mając już okazji podzielić się wrażeniami z nim, przelewają sympatię na mnie.

- Zawsze, kiedy mnie ktoś zaczepia na ulicy, pojawia się to samo pytanie: A co by ojciec teraz na to powiedział?  I ja niezmiennie powtarzam, że jak zacznę chodzić i mówić z przekonaniem, że ojciec na pewno potępiłby to lub tamto, to należałoby mnie uśpić, bo nie mam prawa być  taką tubą, nie zostałem do tego upoważniony .

- Ale sam też sobie zadaję to pytanie - co powiedziałby ojciec, jak by reagował. Ojciec nie należał do ludzi, którzy się obrażają na rzeczywistość, raczej próbował ją zrozumieć, wyjaśnić, opisać. Z całą pewnością doceniałby te wszystkie przemiany, które przeszła Polska. Ojciec nie znosił szarości, dosłownie i w przenośni, więc kiedy ktoś się oburzał, że na tramwajach pojawiły się reklamy, bo to zaśmieca wizerunek miasta, ojciec to skomentował: Znalazł się esteta, chce żeby było szaro.

- Kiedy wyjeżdżał zagranicę, przywoził sobie kolorowe spinacze, które teraz można za grosze kupić wszędzie, natomiast wtedy były tylko metalowe, pisał w brulionach więc też przywoził sobie w kolorowych okładkach - żeby zaprzeczyć tej szarości.

To anegdoty, ale czy bycie synem Kisiela bywało trudne?

- Jako dziennikarz, np. w francuskiej "La Croix" długo pracowałem pod pseudonimem, nie angażowałem nazwiska ojca. Kiedyś zaproponowano mi pracę w telewizji. Pewien dyrektor doszedł do wniosku, że może mnie zatrudnić, wypełnia więc dokumenty i padają pytania: Miejsce urodzenia - Kraków, imię ojca - Stefan. - Ten? - Ten. I widzę, że jego motywacja do przyjęcia mnie słabnie coraz bardziej. Po kilku tygodniach dostałem pismo, że jednak nie mogą mnie przyjąć - blokada etatów. Ale to za mało, żeby mówić o represjach w związku z byciem synem Kisiela. A i ja nie buntowałem się nigdy.

- Ale była też taka sytuacja 8 - 10 lat temu. Zadzwonił do mnie znajmy, że przyjeżdża jego przyjaciel Włoch, który pisze książkę i jest umówiony z Jaruzelskim, ale nie mają tłumacza. Podczas tego spotkania Jaruzelski zapytał tego Włocha, o czym ta książka - on , że o dyktatorach, na co Jaruzelski odpowiada: w dobrym towarzystwie mnie pan stawia. Kiedy rozmowa się już kończyła generał zapytał go, czy wie, kim jest ojciec tłumacza i w tym momencie generał wygłosił długą, szczerą laudację na cześć mojego ojca. Wszystko się może zdarzyć w naszym kraju.

Bycie bratem słynnego Wacława Kisielewskiego, pianisty z duetu Marek i Wacek też przynosiło zyski?

- Między mną i Wackiem było 7 lat różnicy i na początku to była przepaść, to były dwa światy, dopiero kiedy mieliśmy po dwadzieścia parę lat nawiązaliśmy porozumienie, zaczęliśmy się zbliżać. Mimo wyjazdów Wacka, byliśmy blisko, ciągle mieliśmy sobie coś do powiedzenia. On był moim oknem na świat, kiedy wracał i opowiadał o ludziach, których spotykał, powierzał mi jakieś swoje tajemnice, to było poza normalnym rodzinnym uczuciem, ja się z nim przyjaźniłem. Ufał mi, skoro powierzył mi odbieranie rat za samochód, który sprzedał Maryli Rodowicz. Wprowadzał mnie w życie. Można powiedzieć, że żyłem w cieniu ojca i brata. Tak, ale to bardzo wygodny cień.

- Kiedyś ktoś pokazując na ulicy na ojca powiedział: Patrz ten pan to jest ojciec Wacka Kisielewskiego . Ojca to bardzo ubawiło. Inna sytuacja, stan wojenny zastał  ojca w Australii, stamtąd pojechał do Paryża i dopiero do Polski. W Paryżu wszyscy go uprzedzali, że jak już chce koniecznie wracać do tej Polski, to żeby nic nie brał, żadnych emigracyjnych książek, bo to będzie pretekst do aresztowania. Na lotnisku stawiliśmy się po ojca całą rodziną. Celnik jakoś tak się  dziwnie ojcu przyglądał, więc Wacek ruszył w ich kierunku,  a celnik, jak go zobaczył, mówi: Panie Wacławie dwa autografy proszę, dla mnie i dla syna, w zamian tatusia odprawimy jak ministra, bez kontroli. I nagle na tym lotnisku stan wojenny zawieszony - to jest wzruszające w Polsce.

Mnie wzruszyła historia o tym, jak znienacka odzywają się geny i trzeba się zmierzyć z wyczynem ojca, np. powtarzając pieszą wyprawę z Zakopanego do Krakowa.

- Oj dałem sobie wtedy w kość, chcąc powtórzyć wyczyn ojca i dojść z Zakopanego do Krakowa pieszo.  Przede wszystkim: nie idzie się w nowych pionierkach w góry. Przed Myślenicami wsiadłem do autobusu...

Dowiedz się więcej na temat: Stefan Kisielewski | jerzy waldorff

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama