Przejdź na stronę główną Interia.pl

Przeżył tragedię, dla innych była to "fascynująca zagadka kryminalna"

8 sierpnia 1969 ciężarna żona Romana Polańskiego, Sharon Tate, została brutalnie zamordowana przez członków sekty Charlesa Mansona. Podczas gdy on przeżywał najtrudniejsze chwile swojego życia, Hollywood tętniło od plotek. Zamiast współczucia, obwinianie. Zamiast wsparcia, szukanie sensacji. Oto jak Roman Polański wspomina tamte chwile w swojej autobiografii "Roman by Polański" .

Pierwsza podniosła alarm Winny Chapman, nasza sprzątaczka: znalazła ciała o ósmej rano w sobotę, dziewiątego sierpnia 1969 roku. Jednak na trop tragedii, o której się dowiedziałem przez telefon, pierwsza trafiła Sandy Tennant, żona Billa.

Reklama

Przyjaźniła się z Sharon i spotykały się lub przynajmniej telefonowały do siebie codziennie. Sandy zadzwoniła, a kiedy nikt nie odbierał, ogarnął ją niepokój: Sharon nie zamierzała nigdzie wychodzić. Sandy słyszała o jakimś pożarze na północnych wzgórzach Los Angeles i przestraszyła się, że może coś się stało.

Współpracownik Jaya Sebringa, John Madden, również zaczął się niepokoić, kiedy dowiedział się, że Sebring nie wrócił na noc do domu. Zadzwonił do matki Sharon, która bezskutecznie próbowała połączyć się z córką. Pani Tate skontaktowała się z Sandy, licząc na to, że może ona coś wie.

Ten telefon wzmógł niepokój Sandy. Postanowiła zadzwonić do męża, który grał w tenisa. Bill o niczym nie słyszał, ale przerwał partię i natychmiast pojechał na Cielo Drive. Kiedy dotarł na miejsce, już w odległości dwustu metrów od domu kręcili się dziennikarze i fotoreporterzy. Policja zarządziła blokadę drogi i zamknęła teren.

Dziennikarze, prowadzący regularny nasłuch policyjnych komunikatów na UKF-ie, dowiedzieli się tylko tyle, że w jednym z domów przy Cielo Drive dokonano zbiorowego mordu.

Policja nie wiedziała, kim są ofiary. Bill jako pierwszy zidentyfikował Sharon, Wojtka, Jaya i Gibby Folger, po czym dostał torsji. Następnie przedarł się przez tłum dziennikarzy do najbliższego automatu.

Właśnie miałem wyjść na spotkanie z Victorem Lownesem, kiedy zadzwonił telefon. Od razu poznałem Billa i zapytałem, jak się czuje.

- Źle - zabrzmiała odpowiedź.

Jego głos wydał mi się daleki, przytłumiony. Zdziwiło mnie to, ponieważ zwykle przy połączeniach z Ameryką miało się wrażenie, że rozmówca siedzi w sąsiednim pokoju.

- W domu wydarzyło się nieszczęście - powiedział.

Sądziłem, że ma na myśli jakąś rodzinną awanturę u siebie - wiedziałem, że jego małżeństwo przeżywa kryzys - ale na wszelki wypadek zapytałem:

- W czyim domu?

- W twoim. Sharon nie żyje. Wojtek, Gibby i Jay też. Wszyscy nie żyją.

Usłyszałem własny głos: "Nie, nie, nie". Andy i Michael patrzyli na mnie, nic nie rozumiejąc. Nie potrafiłem pojąć tego, co mówił Bill.

- Co się stało? - spytałem.

Pomyślałem od razu o osunięciu się ziemi - co dosyć często się zdarzało w Los Angeles. Jeśli zostali zasypani, może uda się ich uratować. Oby Sharon żyła - powtarzałem w myślach. Wtedy usłyszałem głos Billa:

- Roman, zamordowano ich.

Mówił coś jeszcze zduszonym głosem, ale położyłem słuchawkę na biurku. Andy ją podniósł, a ja poszedłem do sypialni. Zacząłem chodzić w  kółko z  zaciśniętymi pięściami. Słyszałem, jak Andy telefonuje do Gene’a Gutowskiego. "Przyjedź natychmiast" - powiedział. Potem dorzucił ostro: "Przyjeżdżaj i koniec!". Więcej nie pamiętam.

Z relacji Gene’a wynika, że bez przerwy jęczałem: "Nie, nie". Zacząłem walić w ścianę, najpierw pięściami, potem głową, aż Gene zląkł się, że zrobię sobie krzywdę. Objął mnie i przycisnął do siebie. "Czy wiedziała, jak bardzo ją kochałem? - powtarzałem bez końca po polsku. - Czy wiedziała?".

Tony Greenburgh poszedł gdzieś na kolację, był nieuchwytny. Zjawił się jakiś inny lekarz. Naszpikował mnie środkami uspokajającymi. Pamiętam jak przez mgłę przyjście Warrena Beatty’ego i Victora Lownesa, później Dicka Sylberta, Simona Hessery i wreszcie Tony’ego. Pamiętam też, że telefon dzwonił bez przerwy, a Victor krzyczał: "Zwolnijcie linię!".

Zanim zasnąłem, słyszałem, jak rozmawia z oficerem dyżurnym w ambasadzie Stanów Zjednoczonych tonem nieznoszącym sprzeciwu. Potem zadzwonił do rezydencji ambasadora, obudził go i załatwił mi wizę od ręki. Środki uspokajające działały przez następny dzień.

Victor wziął sprawy w swoje ręce. Na lotnisku Heathrow samochód linii lotniczej podwiózł mnie bezpośrednio na płytę. Polecieli ze mną Gene, Victor i Warren. Prawie całą drogę przespałem zupełnie otumaniony. W Los Angeles na pokład samolotu wszedł urzędnik służby imigracyjnej i podstemplował mi paszport. Wyprowadzono mnie w pierwszej kolejności tylnym wyjściem. Gene i Victor zostali, żeby stawić czoło dziennikarzom.

Pojechaliśmy do wytwórni Paramount, gdzie ulokowano mnie w apartamencie, który do niedawna służył za garderobę Julie Andrews. Nie bardzo wiedziałem, co działo się przez następne trzy dni. Byłem dalej w szoku i lekarz Paramountu aplikował mi wciąż środki uspokajające. Spałem bez przerwy. Pamiętam tylko jak przez mgłę, że długo przesłuchiwała mnie policja.

I zaczęły się plotki. Czuwali przy mnie na zmianę przyjaciele - Warren, Gene, Wally Wolf, Dick Sylbert i Bob Evans. Chciałem zadzwonić do Paryża, żeby porozmawiać z Gérardem Brachem, ale nie mogłem się na to zdobyć. Stale miałem uczucie, że Sharon żyje, że zaraz wejdzie do pokoju, a wszystko jest koszmarnym snem.

To okrutne morderstwo wywołało w całym Hollywood falę irracjonalnego przerażenia. Mimo strachu wszystkie gwiazdy zjawiły się na pogrzebie. Brakowało tylko Steve’a McQueena, jednego z najserdeczniejszych przyjaciół Sharon - nigdy mu tego nie wybaczyłem.

Miałem wrażenie, że jest to jakaś upiorna premiera. Ceremonia miała w sobie coś nierealnego. Przez cały czas usiłowałem uprzytomnić sobie, gdzie jestem. Siedziałem obok matki Sharon, obejmowałem ją z płaczem. Ksiądz wygłosił wzruszające kazanie, ale mnie dręczyła tylko jedna myśl: w tej trumnie jest ciało Sharon. Na próżno próbowałem się skoncentrować.

Nie mogłem się uwolnić od obrazu blizny, którą Sharon miała na lewym kolanie. Była to maleńka biała szramka - rezultat operacji chrząstki po wypadku na nartach. Podczas całej uroczystości pogrzebowej miałem przed oczami tylko tę bliznę, której już nigdy nie zobaczę.

Następnie zaczęły się indagacje. Jako pierwszy przyszedł inspektor Danny Bowser. Zjawił się zaraz po pogrzebie i jego wizyta zmusiła mnie do wzięcia się w garść. Byłem wciąż w stanie odrętwienia. Utrzymywała mnie przy życiu jedynie konieczność odkrycia prawdy. Pojechałem z Bowserem do komendy głównej policji w San Francisco, gdzie przyjął nas prowadzący śledztwo porucznik Bob Helder i przeprowadził ze mną długą, wyczerpującą rozmowę.

Stanowiła ona zaledwie preludium do serii podobnych seansów, zmierzających do wykrycia sprawcy zbrodni. Ściśle mówiąc, Danny Bowser nie wchodził w skład ekipy bezpośrednio prowadzącej dochodzenie. Wysoki, przystojny mężczyzna, budzący respekt i zaufanie, o szpakowatych włosach, ze szklanym okiem - pamiątką po jakiejś strzelaninie - należał do specjalnej sekcji śledczej.

Jego zadaniem było między innymi utrzymywanie ze mną kontaktu; poznałem go dosyć dobrze i podziwiałem jako policjanta i człowieka. Był twardym facetem, ale niezwykle uprzejmym i obdarzonym kapitalnym poczuciem humoru. Od dziewiątego sierpnia nie miałem w ręku gazety. To Victor Lownes, pilnie czytający dzienniki i czasopisma, pierwszy zwrócił moją uwagę na wypełniające prasę opowieści.

"Wypisują jakieś koszmarne brednie o Sharon" - wściekał się.  Zaraz po odkryciu masakry środki masowego przekazu oddały się bez reszty na usługi hollywoodzkim plotkom i zaczęły fabrykować najrozmaitsze wersje orgii, bankietów z narkotykami i seansów czarnej magii.

Społeczność Hollywood - wredna i niepewna swoich racji - chciała być jak najszybciej przekonana, że ofiary są same sobie winne; tylko w ten sposób mogła poczuć się bezpiecznie. Twierdzono, że Sharon i ci, których zamordowano wraz z nią, byli odpowiedzialni za swoją śmierć, ponieważ oddawali się złowieszczym praktykom i przestawali z nieodpowiednimi ludźmi. Nic podobnego nie mogłoby się nigdy przytrafić zwyczajnym, bogobojnym obywatelom.

To, że następnego dnia zwykłe, przeciętne małżeństwo La Bianca zostało zamordowane w podobnych okolicznościach, pomijano milczeniem. Logicznym wnioskiem płynącym z  poglądu: "Sami sobie winni" była teza: "Dostałeś nauczkę za swoje filmy, takie prowadziłeś życie, taka pisana wam śmierć". Artykuł zatytułowany Dlaczego Sharon musiała umrzeć, opublikowany wkrótce po morderstwie, charakteryzuje nastawienie Hollywood i środków przekazu w ogóle. Zdaniem autora ściągnęliśmy na siebie tę straszną tragedię, prowadząc życie podejrzane i rozwiązłe, a do tego w narkotycznym transie. Fascynująca zagadka kryminalna - oto jak tę tragedię nazwał "Newsweek".

Fragment pochodzi z książki: "Roman by Polański"


Fragment książki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje