Przejdź na stronę główną Interia.pl

Poznaj moich rodziców

Słynna matka, znany ojciec. A dzieci? Takie jak rodzice? Podobne? Inne? Podążają ich tropem czy walczą ze swoim dziedzictwem? Są wdzięczne czy zbuntowane? Dumne czy obojętne? O tym, jak daleko pada jabłko... i kim w ich życiu są „znani rodzice”, opowiadają dzieci Magdy Gessler, Zbigniewa Lwa-Starowicza, Róży Thun i Adama Nowaka.

Zrozumiałam i wybaczyłam

Lara Gessler, 25 lat: Mama wychowywała mnie w "południowy" sposób. Nic dziwnego, bo jako dziewczyna spędziła wiele lat na Kubie, a potem w Hiszpanii, gdzie dzieci mają dużo swobody, uczestniczą w życiu dorosłych do późnej nocy. Mnie też dużo było wolno. Mama nie goniła do lekcji, nie narzucała domowych obowiązków. Za to uczyła manier.

Dom inny niż wszystkie

Reklama

Pasją mamy zawsze były jej restauracje, tam spędzała najwięcej czasu. Często jednak zabierała mnie z sobą. Zdarzało się, że zasypiałam pod stołem podczas rozmów dorosłych i przy głośnej muzyce. Potem ledwo wstawałam do szkoły, ale zawsze musiałam pójść. Żadne "nie chce mi się" nie było argumentem. Nie skutkowało też symulowanie choroby. Mama patrzyła mi w oczy i mówiła: "Dobra, Lara, nie bajeruj, tylko się pakuj".

Pamiętam, że robiła mi kanapki do szkoły. Były "nieżyciowe", bo z sosem i pomidorami, więc trudno było je zjeść, ale pyszne i z fantazją. Poza tym w codziennych sprawach domem rządziły kolejne gosposie i to one czekały z ciepłym obiadem. Jednak w weekendy gotowaliśmy razem: mama, tata, ja i mój brat Tadeusz. Jak ja to lubiłam!

Wtedy, przy wspólnym gotowaniu, mama na chwilę się zatrzymywała. Zazwyczaj pędziła, rozpierała ją energia. Tata, spokojny i tolerancyjny, pozwalał jej na wszystko. Zdarzało się, że na przykład siedzimy przy śniadaniu, a mama nagle wpada na pomysł: "Pojedźmy do Hiszpanii". I już, nie pytając nikogo o zdanie, pakuje rzeczy. Wzrusza mnie, że przy całym swoim roztrzepaniu pamiętała o drobiazgach. Kiedy na koniec roku trzeba było zanieść kwiaty dla nauczycieli, układała maleńkie bukieciki i wkładała mi je do wiklinowego kosza. Dopóki mieszkała z nami, była mamą obecną.

Krótkie dzieciństwo

Miałam dziewięć lat, gdy rodzice się rozstali. Mama przejęła wspólne interesy, a ja zamieszkałam z tatą. To on wprowadził w moje życie porządek i stały rytm. W domu musiałam być najpóźniej przed 19, a w łóżku o 23. Ale były też przyjemne rytuały. Co niedziela chodziliśmy na targ staroci na Kole, w weekendy urządzaliśmy noce filmowe. Oglądaliśmy "Stawkę większą niż życie" albo filmy z Lizą Minnelli. Godzinami spacerowaliśmy po Starówce albo Żoliborzu. Zawsze też celebrowaliśmy niedzielne śniadania. W moim nowym życiu nie było pośpiechu.

Siedem lat chudych

Mama nie miała wtedy dla mnie czasu, pracowała dzień i noc. Widywałyśmy się, ale nie były to spotkania, o jakich marzy dziewczynka. Zarzucała mnie prezentami, jakby chciała zrekompensować to, że nas zostawiła. Myślałam: "Wolałabym, żebyś była prawdziwą matką, niż dawała kolejną drogą rzecz", jednak milczałam.

Tylko mój brat Tadeusz starał się sprowadzić mamę na ziemię, mówiąc że żadne prezenty nie zastąpią dzieciom matki i że w życiu nie liczy się wyłącznie praca. Ze zdumieniem patrzyłam, że się wobec niej buntuje. Ale on był już prawie mężczyzną, ja jeszcze dzieckiem. Nieraz płakałam z żalu i tęsknoty za dawnym życiem. I choć widziałam, że mama jest szczęśliwa, nie potrafiłam zrozumieć, jak mogła zostawić tak wspaniałego faceta jak mój ojciec. To trwało dobre siedem lat.

Lody między nami stopniały, dopiero gdy byłam szesnastolatką. Nic nie stało się nagle, to ja powoli dojrzewałam do wybaczenia. W końcu spojrzałam na nią z perspektywy kobiety. Zrozumiałam słabości, którym ulegała. To dlatego dzisiaj możemy być przyjaciółkami. I znów się spotykać. Czasem mama wraca przed północą z planu "Kuchennych rewolucji", a ja przyjeżdżam do jej domu w Łomiankach. Pijemy herbatę, jemy biały ser z pomidorami i gadamy do czwartej nad ranem. Nie ma tematów tabu. Nawet rozmowy o seksie nie są problemem, bo mama jest po prostu "południowa". Ale od kwestii moralnych jest tata. Kiedy mam wątpliwości, idę do niego.

Samosia

Mama marzyła, żebym też prowadziła restaurację, ale nie naciskała i nie zmuszała. Pewnie wiedziała, że w końcu geny dojdą do głosu. I stało się. Gdy miałam 17 lat, pojechałyśmy do Hiszpanii. W drodze do Santiago zatrzymałyśmy się w hoteliku koło Pampeluny. Właścicielka zrobiła nam genialny ryż podobny do paelli... Spojrzałyśmy z mamą na siebie, a ja odruchowo zapytałam: "Czy nie potrzebuje pani kogoś do pomocy na lato? Nawet za darmo". Zostałam tam dwa miesiące.

Ale z mamą długo nie zamierzałam pracować. Nie chciałam, żeby inni pracownicy szanowali mnie dlatego, że jestem córką szefowej. Sama musiałam na ten szacunek zasłużyć. Najpierw otworzyłam w Królikarni kawiarnię z księgarnią dla dzieci. Na start biznesu miałam odłożone tylko dwa tysiące, a trzeba było kupić lodówki. Nie chcieli mi ich dać na raty, więc jedną kupiłam z oszczędności, za dwie zapłacił tata. Mogłam iść po pieniądze do mamy, ale ja w ogóle o niczym jej nie powiedziałam...

Dowiedziała się od znajomego, który zapytał, czy idzie na otwarcie kawiarni Lary. "Jakiej kawiarni?". Potem miała żal: "Mogłaś mnie zaprosić". A ja nie chciałam, żeby ktoś pomyślał: matka kupiła córce kawiarnię. Zresztą szybko ją oddałam. Pojechałam do Londynu. Przez rok pracowałam w hotelach. Dojrzałam i dopiero wtedy mogłam stawić czoło temu, co czekało mnie w Warszawie, choć wcale nie byłam pewna, że chcę do niej wracać.

Dziś prowadzimy razem restaurację U Fukiera. Uzupełniamy się - ona jest artystką, ja ściągam ją na ziemię. Restauracje mamy toną w cudownych barwach i zapachach, udekorowane mnóstwem świeżych kwiatów. Mama chciałaby, żeby w wazonach codziennie stały nowe. To jest jednak bardzo drogie rozwiązanie i udało mi się ją przekonać, żeby zmieniać je co trzy dni.

Bilans dodatni

Troskliwa, dbająca i kochająca. Taka powinna być mama. I moja taka jest. Ale w dzieciństwie zazdrościłam koleżankom matek, które wracają po trzeciej, gotują obiad, sprawdzają lekcje, dają poczucie bezpieczeństwa. Żałuję, że zabrakło nam czasu spędzonego razem i codziennych spraw. A może dobrze się stało? Bo gdybym rosła pod bokiem mamy, byłabym krnąbrną, roszczeniową panną.

Magda Gessler: Jak wychować mądre dziecko? Trzeba je kochać, rozpieszczać, słuchać, całować i wszędzie z sobą zabierać. A przede wszystkim trzeba być prawdziwym. Ja taka byłam, nawet jeśli pozwalałam sobie na słabości. Na szczęście, gdy Lara stała się kobietą, kiedy pierwszy raz się zakochała, zrozumiała, co znaczy miłość. Na nią, tak jak na śmierć, nie ma rady. Jestem szczęśliwa, że wybaczyła mi, że w jej dzieciństwie nie byłam "klasyczną" mamą. Że zamiast uczyć pokory, buntowałam ją. To budziło w niej ogromne poczucie odpowiedzialności. Czasem mam wrażenie, że zamieniłyśmy się rolami. To Lara jest moją matką, ja jej córką. Przywołuje mnie do porządku, upomina, wskazuje drogę. Daje poczucie stabilizacji. Przed nią mogę pozwolić sobie na szczerość. Zna wszystkie sekrety, grzechy, wątpliwości, szaleństwa. O wszystkim dowiaduje się pierwsza. I jest dla mnie tolerancyjna, a to nie jest łatwe. Bo moje wybory często bywają... brawurowe.

Dowiedz się więcej na temat: Magda Gessler

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje